Pieczone śliwki z cynamonem, mascarpone i orzechami – mała porcja owoców, ale dużo jesiennego smaku

Kupiłam śliwki z zamiarem bardzo prostym – miały sobie leżeć w misce i znikać po jednej. Taki był plan. Tyle że wieczorem, kiedy zrobiło się chłodniej, śliwka prosto z lodówki jakoś zupełnie przestała mnie interesować. Za to wizja czegoś ciepłego, pachnącego cynamonem i jedzonego łyżeczką zaczęła brzmieć zdecydowanie lepiej. Zajrzałam jeszcze raz do lodówki, znalazłam mascarpone, z szafki wyciągnęłam orzechy i właściwie deser wymyślił się sam.

Lubię takie przepisy szczególnie jesienią. Nie trzeba piec całego ciasta, a później przez kilka dni prowadzić ze sobą negocjacji pod tytułem „tylko jeden kawałek”. Robię jedną albo dwie porcje, jem coś naprawdę dobrego i na tym sprawa się kończy. Przynajmniej teoretycznie, bo zapach pieczonych śliwek z cynamonem dość skutecznie zachęca do sprawdzenia, czy przypadkiem nie zostało ich jeszcze kilka.

To oczywiście nie jest deser keto. Śliwki zawierają naturalne cukry, dlatego w umiarkowanym low carb traktuję je jak to, czym są – owocowy dodatek, a nie produkt bez ograniczeń. W tej wersji porcja owoców jest niewielka, za to mascarpone i orzechy sprawiają, że deser jest konkretny i naprawdę wystarcza mi mała miseczka.

Na 2 małe porcje przygotowuję:

  • 4 średnie śliwki, około 180–200 g,
  • 100 g mascarpone,
  • 20 g orzechów włoskich lub pekan,
  • ½ łyżeczki cynamonu,
  • ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego,
  • 1 łyżeczkę soku z cytryny,
  • erytrytol, allulozę lub inny słodzik do smaku,
  • opcjonalnie małą szczyptę kardamonu.

Piekarnik nagrzewam do 190°C, góra–dół. Śliwki myję, przekrawam na pół i wyjmuję pestki. Układam je przecięciem do góry w niewielkim naczyniu do zapiekania. Skrapiam sokiem z cytryny, oprószam cynamonem i, jeśli owoce są dość kwaśne, dodaję odrobinę słodzika. Nie przesadzam z nim, bo podczas pieczenia śliwki miękną, puszczają sok i ich smak staje się znacznie intensywniejszy.

Wstawiam naczynie do piekarnika na około 15–20 minut. Dokładny czas zależy od śliwek. Dojrzałe będą gotowe szybciej, twardsze potrzebują kilku minut więcej. Chcę, żeby były miękkie i puściły trochę soku, ale nadal zachowały kształt. Nie piekę ich do momentu, aż zamienią się w kompot.

W czasie, kiedy śliwki są w piekarniku, siekam orzechy i przez 2–3 minuty prażę je na suchej patelni. Pilnuję ich, bo orzechy mają podobny charakter jak parmezan czy jarmuż – długo wydaje się, że nic się nie dzieje, a chwilę później trzeba otwierać okno.

Mascarpone mieszam z wanilią. Jeśli chcę, żeby krem był trochę lżejszy, dodaję łyżkę śmietanki 30% albo gęstego jogurtu greckiego. Można też dodać odrobinę słodzika, ale najpierw próbuję całości ze śliwkami. Często okazuje się, że wcale nie jest potrzebny.

Upieczone owoce zostawiam na 3–4 minuty. Nie nakładam mascarpone bezpośrednio na śliwki wyjęte z piekarnika, bo zamiast kremowej porcji dostanę szybko topniejącą białą kałużę. Śliwki mają pozostać ciepłe, ale nie parzyć.

Do miseczek nakładam mascarpone, na nim układam po cztery połówki ciepłych śliwek, polewam odrobiną soku, który zebrał się podczas pieczenia, i posypuję prażonymi orzechami. Jeśli mam ochotę, dodaję jeszcze odrobinę cynamonu.

I to właściwie cały deser. Nie dodaję żadnej kruszonki, ciasteczek ani mąki migdałowej tylko po to, żeby stworzyć kolejną warstwę. Miękkie, lekko kwaśne śliwki, chłodne mascarpone i chrupiące orzechy mają tutaj wszystko, czego potrzeba. Ważne jest tylko, żeby nie rezygnować z prażenia orzechów. Niby drobiazg, a smakują wtedy zupełnie inaczej.

Jeżeli chcę przygotować deser wcześniej, piekę śliwki i przechowuję je w lodówce, ale przed podaniem delikatnie podgrzewam. Właśnie połączenie ciepłego owocu z chłodnym mascarpone jest tutaj najlepsze. Całego deseru nie składałabym kilka godzin wcześniej, bo śliwki puszczają sok i po pewnym czasie wszystko zaczyna wyglądać znacznie mniej apetycznie.

Cztery śliwki nie brzmią może jak początek wielkiego deseru, ale właśnie o to mi chodziło. Trochę owoców, trochę kremowego mascarpone, chrupiące orzechy i dużo cynamonowego zapachu.

A śliwki, które miały grzecznie znikać z miski po jednej? Cóż. Okazało się, że zdecydowanie lepiej radzą sobie po wyjściu z piekarnika.

Lunchbox „jesienna deska”. Kiedy nie mam ochoty robić sałatki

Nie każdy lunchbox musi zaczynać się od gotowania. Czasami wieczorem mam jeszcze ochotę coś przygotować na następny dzień, a czasami otwieram lodówkę i od razu wiem, że patelnia ani piekarnik nie mają dziś żadnych szans. Nie oznacza to jednak, że następnego dnia mam ratować się przypadkową kanapką kupioną po drodze. Właśnie w jeden z takich wieczorów zaczęłam wyciągać z lodówki po trochu tego, co akurat miałam: jajka, kawałek cheddara, drugi ser, kabanosy, ogórek i paprykę. Z szafki dołączyły orzechy, ze słoiczka kilka oliwek i nagle okazało się, że zamiast przypadkowych resztek mam całkiem porządny lunchbox.

Nazwanie go „jesienną deską” brzmi oczywiście znacznie lepiej niż „powkładałam do pudełka wszystko, co znalazłam”, więc przy tej pierwszej wersji pozostanę. Tym bardziej że rzeczywiście przypomina małą deskę przekąsek, tylko zamkniętą w pudełku i zabraną do pracy. Jest konkretnie, kolorowo, chrupiąco i – co dla mnie równie ważne – następnego dnia wszystko nadal wygląda i smakuje tak, jak powinno. Nie ma zwiędniętej sałaty ani sosu, który przez noc zdążył przejąć kontrolę nad całą zawartością pojemnika.

Na jedną solidną porcję przygotowuję 2 jajka ugotowane na twardo, około 40 g cheddara, 40 g drugiego sera – może to być gouda, brie albo camembert – 40–50 g kabanosa dobrej jakości, pół świeżego ogórka, pół czerwonej lub żółtej papryki, 6–8 oliwek i około 20–25 g orzechów włoskich, pekan albo migdałów. Nie są to oczywiście proporcje, których trzeba pilnować z wagą w ręku co do jednego grama. Chodzi raczej o to, żeby pudełko było sensownie skomponowane, a nie składało się głównie z sera i kabanosa z jednym plasterkiem ogórka dla uspokojenia sumienia.

Jajka gotuję na twardo, studzę i obieram. Sery kroję w nieduże kawałki, kabanosa w grubsze plasterki, a ogórka i paprykę tak, żeby później można je było wygodnie podjadać. Oliwki dokładnie odsączam z zalewy, bo niekoniecznie chcę, żeby cheddar i jajko przez całą noc marynowały się w oliwkowym płynie. Jeśli pudełko nie ma przegródek, wkładam je do małego pojemniczka. Podobnie robię z orzechami – wolę, kiedy pozostają suche i chrupiące.

Przy kabanosach zwracam uwagę na skład. Wybieram takie z dużą zawartością mięsa i sprawdzam ilość węglowodanów, bo cukier czy syrop glukozowy potrafią pojawić się również tam, gdzie człowiek zupełnie się ich nie spodziewa. Nie robię jednak za każdym razem sklepowego dochodzenia. Kiedy znajdę kabanosy, które mają dobry skład i mi smakują, po prostu później po nie wracam.

Nie przygotowuję do tego lunchboxa żadnego sosu. Feta... a właściwie tym razem sery, oliwki i kabanos mają wystarczająco dużo smaku, ogórek i papryka dają świeżość, a orzechy chrupią. Jeśli jednak mam ochotę na coś dodatkowego, zabieram odrobinę musztardy Dijon albo mały pojemniczek gęstego jogurtu wymieszanego z ziołami. Najczęściej okazuje się jednak, że niczego więcej nie potrzebuję.

Oczywiście zawartość pudełka można zmieniać w zależności od tego, co akurat jest w lodówce. Cheddar jednego dnia może ustąpić miejsca goudzie, innym razem dokładam kawałek camemberta. Zamiast orzechów włoskich biorę migdały, a kiedy nie mam papryki, dokładam rzodkiewki. Właśnie za to lubię ten pomysł – nie muszę kupować siedmiu konkretnych produktów tylko po to, żeby następnego dnia mieć co zabrać do pracy.

Ponieważ w pudełku są jajka, sery i mięso, przechowuję je w lodówce. Jeśli nie mam możliwości schowania lunchu do lodówki w pracy, przydaje się torba termiczna z wkładem chłodzącym. To drobiazg, ale przy takim zestawie zdecydowanie nie warto zostawiać pudełka przez kilka godzin w cieple.

Najbardziej podoba mi się jednak przygotowanie. Kilka minut krojenia, żadnego smażenia, żadnego pieczenia i praktycznie nic do zmywania. Następnego dnia otwieram pudełko, a tam jajko, sery, kabanos, kolorowe warzywa, oliwki i orzechy. Wygląda, jakbym poprzedniego wieczoru bardzo starannie zaplanowała sobie lunch.

I nie widzę najmniejszego powodu, żeby komukolwiek mówić, że cała ta doskonała organizacja zaczęła się od stania przed lodówką i myśli: „Tylko błagam, dzisiaj już niczego nie gotuję”.

Zapiekanka z mięsem mielonym, kalafiorem i cheddarem. Bez ziemniaków, ale sera sobie nie żałuję

Kiedy robi się chłodniej, sałatka na obiad jakoś przestaje mnie przekonywać. Mogę ją lubić przez całe lato, mogę nawet przez chwilę udawać, że w październiku nadal mam na nią ochotę, ale przychodzi taki moment, kiedy otwieram lodówkę i wiem, że chcę czegoś gorącego. Najlepiej prosto z piekarnika, z porządną warstwą sera na wierzchu.

Tym razem zaczęło się od kalafiora. Miał być dodatkiem do obiadu, ale obok leżało mięso mielone, w lodówce znalazłam cheddar i właściwie plan zmienił się sam. Zamiast trzech osobnych rzeczy zrobiłam jedną zapiekankę. I bardzo dobrze, bo po pierwsze wyszła naprawdę smaczna, a po drugie po obiedzie zostało zdecydowanie mniej naczyń do zmywania. Obie zalety uważam za równie istotne.

Nie będę przy tym przekonywać, że kalafior „smakuje zupełnie jak ziemniaki”. Nie smakuje. Jest kalafiorem i tutaj właśnie o to chodzi. Z dobrze doprawionym mięsem, kremowym sosem i cheddarem tworzy zapiekankę, której naprawdę niczego nie brakuje.

Składniki na około 4 porcje:

  • 500 g mięsa mielonego wołowego lub wieprzowo-wołowego,
  • 1 średni kalafior, około 700–800 g,
  • 1 niewielka cebula,
  • 2 ząbki czosnku,
  • 1 łyżka oliwy lub masła klarowanego,
  • 150 ml śmietanki 30%,
  • 80 g pełnotłustego serka śmietankowego,
  • 150 g cheddara,
  • 1 łyżeczka musztardy Dijon,
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki,
  • ½ łyżeczki wędzonej papryki,
  • ½ łyżeczki suszonego tymianku,
  • sól,
  • świeżo mielony pieprz,
  • odrobina szczypiorku lub natki do podania.

Piekarnik nagrzewam do 200°C, góra–dół. Kalafior dzielę na niewielkie różyczki. Wrzucam je do osolonego wrzątku i gotuję około 5 minut. Nie dłużej. Kalafior ma lekko zmięknąć, ale nadal pozostać jędrny, ponieważ za chwilę spędzi jeszcze trochę czasu w piekarniku. Odcedzam go bardzo dokładnie i zostawiam na kilka minut na durszlaku, żeby pozbyć się jak największej ilości wody. To ważny moment. Mokry kalafior potrafi skutecznie zamienić dobrą zapiekankę w coś, co po przekrojeniu zaczyna pływać po talerzu. Jeśli mam czas, po odcedzeniu rozkładam różyczki na chwilę na ręczniku papierowym.

Na dużej patelni rozgrzewam tłuszcz. Dodaję mięso mielone i smażę na dość mocnym ogniu, rozdzielając je łopatką. Nie mieszam bez przerwy – daję mu chwilę, żeby rzeczywiście się przyrumieniło. Kiedy mięso nabierze koloru, dodaję drobno pokrojoną cebulę i smażę jeszcze 3–4 minuty. Następnie dokładam czosnek, słodką i wędzoną paprykę oraz tymianek. Doprawiam pieprzem i niewielką ilością soli. Jeśli mięso puściło sporo płynu, pozwalam mu odparować. Do naczynia powinno trafić soczyste mięso, ale nie patelnia pełna wody.

Zmniejszam ogień. Do mięsa dodaję śmietankę, serek śmietankowy i musztardę Dijon. Mieszam, aż serek całkowicie się rozpuści. Dodaję około 50 g startego cheddara i jeszcze raz mieszam. Sos powinien być kremowy i dość gęsty. Nie gotuję go długo – wystarczą 2–3 minuty na małym ogniu. Próbuję i dopiero teraz ostatecznie doprawiam. Cheddar i serek wnoszą już trochę soli, dlatego wolę dołożyć ją na końcu niż później zastanawiać się, jak uratować przesoloną zapiekankę.

Do naczynia do zapiekania, mniej więcej 20 × 30 cm, przekładam kalafior. Dodaję mięso z sosem i delikatnie mieszam, żeby sos dostał się pomiędzy różyczki. Na wierzchu rozsypuję pozostałe 100 g cheddara.

Wstawiam do nagrzanego piekarnika na około 18–22 minuty. Wszystkie składniki są już właściwie gotowe, więc nie chodzi o długie pieczenie. Zapiekanka ma się dobrze rozgrzać, a ser na wierzchu stopić i lekko zrumienić.

Jeśli po tym czasie cheddar nadal wygląda zbyt grzecznie, można na ostatnie 2–3 minuty włączyć funkcję grilla. Tylko wtedy już nie odchodzę od piekarnika. Ser ma wyjątkowy talent do przechodzenia od „jeszcze chwilkę” do „no trudno” dokładnie wtedy, kiedy człowiek zajmie się czymś innym.

Po wyjęciu zostawiam zapiekankę na około 5–10 minut. Wiem, że pachnie wtedy tak, że najchętniej nakładałabym ją natychmiast, ale ten krótki odpoczynek naprawdę jej służy. Sos lekko gęstnieje i całość zdecydowanie lepiej się nakłada.

Na koniec trochę szczypiorku albo natki i obiad jest gotowy.

Przy tym przepisie największym wrogiem nie jest brak mąki ani ziemniaków. Jest nim woda.

Dlatego kalafiora nie rozgotowuję i bardzo dobrze go odsączam. Z mięsa również odparowuję nadmiar płynu, zanim dodam śmietankę. Sos przed przełożeniem do naczynia powinien już być kremowy, a nie przypominać zupy.

Nie używałabym też mrożonego kalafiora bezpośrednio z zamrażarki. Jeśli chcę z niego skorzystać, najpierw go gotuję lub rozmrażam i naprawdę dokładnie odsączam.

Cheddar jest tutaj moim pierwszym wyborem, bo ma wyraźny smak i dobrze się topi. Można część zastąpić goudą, ale nie zamieniałabym całej porcji na mozzarellę. Jest łagodniejsza, a przy kalafiorze dodatkowa wilgoć naprawdę nie jest nam potrzebna.

Zapiekankę można przygotować wcześniej, schować do lodówki i zapiec dopiero przed obiadem. Wtedy wyjmuję ją z lodówki mniej więcej 20 minut wcześniej i liczę się z tym, że może potrzebować w piekarniku kilku minut więcej.

Najlepiej smakuje mi po prostu sama, ewentualnie z prostą sałatą obok. Jest mięso, są warzywa, jest kremowy sos i jest porządna warstwa cheddara. Nie widzę powodu, żeby jeszcze bardziej komplikować sprawę.

A kalafior, który początkowo miał być tylko dodatkiem do obiadu, ostatecznie dostał jedną z głównych ról. Ziemniaka przy tym nie udaje i bardzo dobrze. Przy takiej ilości zapieczonego cheddara naprawdę nie musi nikogo udawać.

Omlet z fetą, szpinakiem i suszonymi pomidorami. Kiedy nie mam ochoty wymyślać kolacji

Wracam do domu i zwykle mam dwa scenariusze. W pierwszym doskonale wiem, co zjem, wszystko mam kupione i pozostaje tylko przygotować. Ten scenariusz brzmi bardzo ładnie, ale zdecydowanie częściej realizuję drugi: otwieram lodówkę i czekam, aż jej zawartość sama podsunie mi jakiś pomysł.

Tym razem zobaczyłam jajka, otwarte opakowanie fety, trochę szpinaku i słoiczek suszonych pomidorów. Zestaw właściwie gotowy, wystarczyło wyciągnąć patelnię. I właśnie takie jedzenie lubię najbardziej. Bez przygotowywania pięciu miseczek, bez składników, które trzeba specjalnie kupować, a potem przez pół roku zastanawiać się, do czego wykorzystać resztę. Kilkanaście minut i na talerzu mam coś ciepłego, konkretnego i naprawdę dobrego.

Omlet z fetą, szpinakiem i suszonymi pomidorami sprawdzi się oczywiście również na śniadanie, ale u mnie spokojnie może być kolacją. Feta daje mu słoność, suszone pomidory mocny smak, a szpinak trochę równoważy całe to serowo-pomidorowe towarzystwo. Tylko z solą trzeba uważać. Feta i suszone pomidory potrafią załatwić tę sprawę bez naszej pomocy.

Składniki na 1 dużą porcję:

  • 3 duże jajka,
  • 50 g sera feta,
  • 50 g świeżego szpinaku,
  • 3–4 suszone pomidory z oleju, dobrze odsączone,
  • 1 łyżka śmietanki 30%,
  • 1 łyżeczka masła klarowanego,
  • świeżo mielony pieprz,
  • szczypta suszonego oregano,
  • opcjonalnie odrobina chili.

Jajka wbijam do miseczki, dodaję śmietankę, pieprz i oregano. Roztrzepuję widelcem tylko do połączenia składników. Nie trzeba ich długo ubijać – to omlet, a nie przygotowania do biszkoptu.

Fetę kruszę, pomidory dokładnie odsączam z oleju i kroję na mniejsze kawałki. Z pomidorami nie przesadzam. Są intensywne i kilka sztuk spokojnie wystarczy, żeby było je czuć w każdym kęsie.

Na patelni o średnicy około 20–22 cm rozgrzewam masło. Wrzucam szpinak i smażę mniej więcej minutę, tylko do momentu, kiedy zwiędnie. Jeśli puści trochę wody, pozwalam jej odparować. Nie wlewam masy jajecznej na mokry szpinak, bo wtedy spód omletu zamiast się delikatnie smażyć, zacznie się gotować.

Zmniejszam ogień do średnio-małego i wlewam jajka. Przez pierwszych kilkadziesiąt sekund delikatnie przesuwam łopatką ścięte fragmenty od brzegów do środka, pozwalając płynnej masie spływać na patelnię. Później już zostawiam omlet w spokoju.

Kiedy spód jest ścięty, ale wierzch nadal lekko wilgotny, rozkładam fetę i suszone pomidory. Przykrywam patelnię pokrywką i smażę jeszcze około 2–3 minut na małym ogniu.

To właśnie mały ogień jest tutaj ważny. Jeśli podkręcę temperaturę, spód zdąży się przypalić, zanim jajka na wierzchu się zetną. Wolę dać omletowi minutę więcej niż później zastanawiać się, dlaczego pachnie zdecydowanie bardziej „rumiano”, niż planowałam.

Gotowy omlet składam na pół albo zostawiam otwarty – zależnie od tego, jak akurat mam ochotę go podać. Środek powinien być miękki i soczysty, ale jajka nie mogą być surowe.

Kilka drobiazgów, które robią różnicę

Suszone pomidory naprawdę dobrze odsączam. Jeśli wrzucę je na patelnię razem z dużą ilością oleju ze słoiczka, omlet zrobi się ciężki i tłusty. Z kolei szpinak potrzebuje tylko chwili. Długie smażenie niczego mu tutaj nie poprawi.

Fety nie zamieniałabym na dużą ilość łagodnego żółtego sera. To właśnie jej charakterystyczny, słony smak dobrze pasuje do pomidorów i sprawia, że przy tak niewielu składnikach omlet nie jest nudny.

Nie solę też jajek przed smażeniem. Po dodaniu fety i suszonych pomidorów zwykle okazuje się, że sól wcale nie jest potrzebna. Jeśli po spróbowaniu uznam inaczej, zawsze mogę ją dodać na talerzu. W drugą stronę niestety to nie działa.

Jeżeli robię omlet na śniadanie, najczęściej wystarcza mi sam. Na kolację dokładam kilka plasterków świeżego ogórka, pomidora albo garść rukoli z odrobiną oliwy i soku z cytryny. Nie potrzebuję do tego specjalnych sosów ani skomplikowanych dodatków.

Całość przygotowuję w kilkanaście minut, a większość tego czasu polega na czekaniu, aż jajka zrobią swoje. To jeden z tych posiłków, które ratują sytuację, kiedy jestem głodna teraz, a nie za godzinę.

I pomyśleć, że jeszcze kilka minut wcześniej stałam przed otwartą lodówką bez żadnego pomysłu na kolację. Czasami naprawdę warto dać lodówce chwilę. W końcu coś podpowie.

Pieczone chipsy z jarmużu z parmezanem

Jarmuż długo kojarzył mi się bardziej z czymś bardzo zdrowym niż z czymś, na co człowiek ma prawdziwą ochotę. Leżał sobie spokojnie w lodówce i pewnie skończyłby w sałatce, gdyby nie to, że naszła mnie ochota na coś chrupiącego. Takiego do postawienia obok kubka z kawą albo miseczki dipu i podjadania bez większej ceremonii. Wyjęłam więc parmezan, włączyłam piekarnik i postanowiłam dać jarmużowi szansę w roli, w której wcześniej zupełnie go nie widziałam.

Pierwsza partia nauczyła mnie jednego: jarmuż naprawdę potrafi być chrupiący, ale tylko wtedy, kiedy dobrze go osuszymy i nie zalejemy oliwą. Tutaj więcej zdecydowanie nie znaczy lepiej. Jeśli liście będą mokre albo tłuste, zamiast chipsów dostaniemy miękkie, pieczone listki, które może i da się zjeść, ale trudno udawać, że o taki efekt chodziło.

Składniki:

  • 150 g jarmużu
  • 1 łyżka oliwy
  • 25 g drobno startego parmezanu
  • ¼ łyżeczki czosnku granulowanego
  • świeżo mielony pieprz
  • niewielka szczypta soli

Jarmuż dokładnie myję i bardzo porządnie osuszam. To naprawdę najważniejszy etap. Najlepiej użyć wirówki do sałaty, a później jeszcze rozłożyć liście na ręczniku papierowym. Grube łodygi usuwam, bo po upieczeniu pozostają twarde. Liście rwę na kawałki mniej więcej podobnej wielkości.

Przekładam je do dużej miski, dodaję oliwę i przez chwilę delikatnie masuję liście dłońmi, żeby oliwa pokryła je cienką warstwą. Nie powinny być mokre od tłuszczu.

Dodaję czosnek, pieprz i połowę parmezanu. Z solą bardzo uważam, bo parmezan sam w sobie jest już słony.

Blachę wykładam papierem do pieczenia i rozkładam jarmuż w jednej warstwie. Liście nie powinny leżeć jeden na drugim, bo zamiast się piec, zaczną się parować.

Piekę w temperaturze [pewne] 150°C, góra dół, przez około [pewne] 10 do 14 minut. Po mniej więcej [pewne] 7 minutach zaglądam do piekarnika i delikatnie obracam liście.

Pod koniec naprawdę warto pilnować piekarnika. Jarmuż potrafi przejść od idealnie chrupiącego do zbyt ciemnego szybciej, niż człowiek zdąży zrobić kawę.

Po wyjęciu posypuję chipsy pozostałym parmezanem i zostawiam na blasze na kilka minut. Właśnie wtedy robią się jeszcze bardziej chrupiące.

Co zrobić, żeby naprawdę wyszły

Najważniejsze są trzy rzeczy. Po pierwsze, jarmuż musi być suchy. Jeśli na liściach zostanie woda, chipsy będą miękkie. Po drugie, oliwy daję naprawdę niewiele. Jedna łyżka na tę ilość jarmużu wystarcza. Po trzecie, liście piekę w jednej warstwie. Jeśli blacha jest za mała, robię dwie partie zamiast upychać wszystko naraz.

Nie piekę też w bardzo wysokiej temperaturze. Parmezan i cienkie liście łatwo się przypalają, dlatego wolę spokojniejsze pieczenie i kilka minut więcej niż gorzkie, ciemne brzegi.

Gotowe chipsy najlepiej smakują od razu. Można podać je z dipem z jogurtu greckiego i czosnku, ale u mnie najczęściej znikają jeszcze zanim zdążę cokolwiek do nich przygotować.

I muszę przyznać, że jarmuż trochę mnie tym przepisem zaskoczył. Nie będę mówić, że zastępuje klasyczne chipsy i człowiek nagle zapomina, że istnieją ziemniaki. To po prostu bardzo dobra, chrupiąca przekąska low carb, która naprawdę smakuje, a nie tylko dobrze wygląda na zdjęciu.

Największy błąd, jaki popełniłam przy pierwszej partii, to zrobienie zbyt małej ilości. Po upieczeniu jarmuż kurczy się tak skutecznie, że człowiek patrzy na blachę i zaczyna podejrzewać, że ktoś coś podjadł. Tym razem winnego nie było. Trzeba było po prostu od razu zrobić dwie blachy.

Konfitura ze śliwek z cynamonem i chia bez dodatku cukru – umiarkowany low carb

 Ze śliwkami mam ten sam problem co z wieloma sezonowymi owocami. Kupuję rozsądną ilość, a potem przy następnym stoisku dochodzę do wniosku, że tamte wyglądały dobrze, ale te wyglądają jeszcze lepiej. I w ten sposób pewnego dnia orientuję się, że na kuchennym blacie leży zdecydowanie więcej śliwek, niż jestem w stanie zjeść, zanim zaczną domagać się natychmiastowego zainteresowania.

Mogłam oczywiście zrobić z nimi coś bardzo rozsądnego. Tyle że na widok śliwek od razu przypomniały mi się powidła. Takie długo smażone, ciemne, gęste i słodkie. Tylko że tym razem nie chciałam ani dosypywać cukru, ani spędzać pół dnia przy garnku. Zrobiłam więc małą porcję konfitury ze śliwek, a do zagęszczenia wykorzystałam chia. Wyszła na tyle dobrze, że następnego dnia zaczęłam się zastanawiać, dlaczego zrobiłam tylko jeden słoiczek.

Od razu jednak ustalmy jedną rzecz. To nie jest przepis keto. Śliwki zawierają naturalnie występujące cukry i chia tego nie zmieni. Konfiturę traktuję jako propozycję dla osób na umiarkowanym low carb i jem ją jako dodatek – łyżeczkę czy dwie do jogurtu, twarożku albo deseru, a nie pół słoika przy jednym posiedzeniu. „Bez dodatku cukru” oznacza tutaj dokładnie to, co powinno oznaczać: nie dokładam cukru, ale nie udaję, że w owocach go nie ma.

Składniki na jeden nieduży słoiczek:

  • 500 g dojrzałych śliwek, ważonych przed usunięciem pestek,
  • 1 łyżka soku z cytryny,
  • 2 łyżki wody,
  • ½ łyżeczki cynamonu,
  • 1½ łyżki nasion chia,
  • erytrytol, alluloza lub inny słodzik do smaku – opcjonalnie,
  • ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego – opcjonalnie.

Najlepiej wybieram śliwki dojrzałe, miękkie i naprawdę smaczne. Przy konfiturze bez dodatku cukru owoc nie ma się za czym schować. Kwaśne, niedojrzałe śliwki nie zamienią się nagle w cudowną konfiturę tylko dlatego, że potrzymamy je chwilę w garnku.

Śliwki myję, przekrawam, usuwam pestki i kroję na mniejsze kawałki. Przekładam do niedużego garnka z grubszym dnem, dodaję wodę oraz sok z cytryny.

Podgrzewam na małym lub średnim ogniu. Po kilku minutach śliwki zaczynają puszczać sporo własnego soku, dlatego nie dolewam więcej wody. Gotuję je bez przykrycia około 15–20 minut, mieszając od czasu do czasu, aż zmiękną i częściowo się rozpadną.

Teraz rozgniatam je tłuczkiem albo widelcem. Nie miksuję wszystkiego na idealnie gładką masę, bo w konfiturze lubię znaleźć kawałek śliwki. Jeśli ktoś woli konsystencję musu, oczywiście może użyć blendera. Dodaję cynamon i ewentualnie wanilię. Dopiero teraz próbuję.

I właśnie dlatego słodzika nie wpisuję jako obowiązkowej konkretnej ilości. Jedne śliwki po podgrzaniu są wystarczająco słodkie, inne potrzebują niewielkiej pomocy. Jeśli trzeba, dodaję trochę słodzika, mieszam i próbuję ponownie. Nie przesadzam – chcę nadal czuć śliwki, a nie wyłącznie słodycz. Zdejmuję garnek z ognia i wsypuję 1½ łyżki chia. Dokładnie mieszam i zostawiam na około 10 minut.

W tym momencie konfitura może nadal wydawać się trochę za rzadka i właśnie tutaj łatwo popełnić błąd, dosypując kolejne chia. Nie robię tego od razu. Nasiona potrzebują czasu, a po całkowitym ostygnięciu masa zgęstnieje jeszcze bardziej. Dopiero jeśli po 20–30 minutach nadal jest zdecydowanie zbyt płynna, dodaję dodatkową łyżeczkę chia. Dzięki temu zamiast śliwkowego betonu mam konfiturę, którą rzeczywiście można nabrać łyżeczką.

Do czego jej używam?

Najprościej do gęstego jogurtu greckiego albo skyru. Bardzo dobrze smakuje również z twarożkiem, serniczkiem w pucharku czy naleśnikiem przygotowanym w wersji low carb. Śliwka, cynamon i orzechy włoskie też bardzo się lubią, więc czasami wystarcza mi jogurt, łyżka konfitury i kilka posiekanych orzechów.

Nie gotuję jej przez godzinę, żeby zrobić z niej klasyczne powidła. Chia ma tutaj konkretne zadanie – pozwala uzyskać odpowiednią konsystencję bez dużej ilości cukru i długiego odparowywania owoców.

Ważne – to nie jest konfitura do spiżarni

Ta wersja nie jest tradycyjnym przetworem przeznaczonym do przechowywania miesiącami w szafce. Brak dużej ilości cukru i krótka obróbka oznaczają, że traktuję ją jak świeży produkt.

Gotową konfiturę przekładam do czystego słoiczka, studzę, zamykam i przechowuję w lodówce. Robię niewielką porcję i zużywam ją w ciągu kilku dni. Jeśli chcę zachować ją na dłużej, dzielę na małe porcje i zamrażam. Nie eksperymentuję z przechowywaniem jej na półce tylko dlatego, że znajduje się w słoiku.

I chyba właśnie dlatego lubię takie małe domowe przetwory najbardziej. Nie muszę wyciągać dziesięciu słoików, pasteryzować połowy kuchni i zastanawiać się, gdzie to wszystko później postawię. Jeden garnek, jeden słoiczek i pół godziny później mam konfiturę pachnącą śliwkami i cynamonem.

Tylko z tym jednym słoiczkiem znowu nie do końca przemyślałam sprawę. Bo kiedy następnego ranka nałożyłam pierwszą łyżeczkę do jogurtu, stało się jasne, że zapasów na zimę z tego raczej nie będzie.

Pumpkin spice latte low carb

Jesienią wystarczy, że zrobi się trochę chłodniej, a dynia zaczyna pojawiać się wszędzie. W zupie, cieście, dekoracjach, na balkonach i oczywiście w kawie. Przez długi czas do tej ostatniej wersji podchodziłam z pewną rezerwą, bo kawa to kawa, a dynia niech sobie spokojnie siedzi w garnku. Tyle że po serniczku dyniowym zostało mi trochę puree i patrzyło na mnie z lodówki z miną produktu, który oczekuje dalszego wykorzystania.

Zrobiłam więc pumpkin spice latte. Pierwsza myśl po spróbowaniu? Dobrze, że nie wsypałam do niej wszystkiego, co kojarzy się z jesienią. W wielu przepisach lista przypraw jest tak długa, że kawa ma niewielkie szanse przebić się przez cynamon, imbir, goździki i gałkę muszkatołową. Ja chciałam nadal pić kawę. Tylko cieplejszą, kremową, pachnącą jesienią i z delikatnym smakiem prawdziwej dyni.

I właśnie taka wersja została ze mną.

To nie jest napój, który nazwałabym ścisłym keto, bo dodaję prawdziwe puree z dyni. Są go jednak tylko dwie łyżki na dużą porcję, dlatego przy rozsądnym doborze mleka i słodzika pumpkin spice latte spokojnie może znaleźć miejsce w umiarkowanym low carb.

Składniki na 1 dużą porcję:

  • 1 podwójne espresso, około 50–60 ml,
  • 200 ml niesłodzonego mleka migdałowego,
  • 50 ml śmietanki 30%,
  • 30 g, czyli około 2 łyżki, gęstego puree z pieczonej dyni,
  • ½ łyżeczki cynamonu,
  • niewielka szczypta mielonego imbiru,
  • maleńka szczypta gałki muszkatołowej,
  • ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego,
  • erytrytol, alluloza lub inny słodzik do smaku.

Goździków tym razem nie dodaję. Są świetne w wielu jesiennych rzeczach, ale w kawie bardzo łatwo przejmują władzę nad całym kubkiem. Jeśli ktoś je uwielbia, można dodać dosłownie odrobinę mielonych, ale naprawdę odrobinę.

Do małego rondelka wlewam mleko migdałowe i śmietankę. Dodaję puree z dyni, cynamon, imbir, gałkę muszkatołową, wanilię oraz słodzik. Podgrzewam na małym ogniu, cały czas mieszając trzepaczką. Nie doprowadzam do mocnego wrzenia. Chodzi o to, żeby mieszanka była dobrze gorąca, puree dokładnie się połączyło z płynem, a przyprawy oddały aromat.

I tutaj właśnie ma znaczenie, jakiego puree użyjemy. Powinno być gładkie i dość gęste, bez włókien i kawałków dyni. Najlepiej sprawdza mi się puree z dyni upieczonej i zmiksowanej bez dodatku wody.

Kiedy mleczna mieszanka jest gorąca, zdejmuję rondelek z palnika i spieniam ją spieniaczem. Można również energicznie potraktować ją trzepaczką. Nie oczekuję piany jak z kawiarni, szczególnie przy mleku migdałowym, ale śmietanka sprawia, że napój robi się przyjemnie kremowy.

Do dużego kubka wlewam świeżo przygotowane podwójne espresso, a następnie gorącą mieszankę dyniową.

Na wierzchu odrobina cynamonu i właściwie niczego więcej mi nie potrzeba.

Jeśli nie mamy ekspresu można przygotować około 60 ml bardzo mocnej kawy z kawiarki albo zaparzyć mocną kawę w inny ulubiony sposób. Ważne, żeby była naprawdę intensywna. Przy 250 ml mleka i śmietanki zwykła, delikatna kawa po prostu zniknie.

Nie polecam natomiast zwiększania ilości dyni tylko po to, żeby latte było „bardziej dyniowe”. Dwie łyżki wystarczą. Większa ilość zaczyna zmieniać konsystencję napoju i zamiast kawy możemy dostać coś niebezpiecznie zbliżonego do bardzo rzadkiej zupy dyniowej. A jednak nie po to włączam ekspres.

Jak zrobić własną przyprawę pumpkin spice?

Jeśli zamierzam przygotowywać taką kawę częściej, nie odmierzam za każdym razem trzech przypraw. Do małego słoiczka wsypuję:

  • 4 łyżeczki cynamonu,
  • 1 łyżeczkę mielonego imbiru,
  • ½ łyżeczki gałki muszkatołowej.

Mieszam i gotowe. Do jednej kawy wystarcza mi około ½ łyżeczki mieszanki. Jeśli lubicie mocniej korzenny smak, można dać trochę więcej, ale zaczęłabym właśnie od tej ilości.

Ważne jest też mleko. W wersji low carb wybieram niesłodzone mleko migdałowe i zawsze zerkam na etykietę, bo dwa kartony stojące obok siebie potrafią mieć zupełnie inną ilość węglowodanów. Nie korzystam z gotowych syropów pumpkin spice – właśnie tam bardzo często kryje się sporo cukru.

Można na wierzch dodać trochę ubitej śmietanki. Wtedy kawa robi się już właściwie małym deserem i nie widzę w tym nic złego. Trzeba tylko uczciwie pamiętać, że śmietanka nadal ma kalorie, nawet jeśli bardzo ładnie wygląda na kawie.

Pierwszy kubek wypiłam przy stole, patrząc na resztę puree w lodówce. I pojawił się pewien problem. Miałam je przecież wykorzystać i zakończyć temat dyni. Tymczasem zaczęłam się zastanawiać, czy nie upiec kolejnej.

Tak właśnie jesień przejmuje kuchnię. Najpierw niewinnie stawia w niej jedną dynię, a potem człowiek orientuje się, że dobiera do kawy cynamon.

Serniczek dyniowy w pucharku. Jesień, która mieści się w jednej łyżeczce

Dynia pojawiła się u mnie w kuchni zupełnie niewinnie. Kupiłam kawałek z myślą o obiedzie, potem odłożyłam część puree do lodówki i przez dwa dni przechodziłam obok niego, udając, że mam jakiś konkretny plan. Oczywiście nie miałam. W końcu zrobiłam kawę, otworzyłam lodówkę i pomyślałam, że skoro jesień coraz odważniej zagląda przez okno, to zamiast kolejnej zupy dyniowej zrobię coś zdecydowanie bardziej interesującego. Kilkanaście minut później w pucharkach chłodził się serniczek dyniowy, a ja po raz kolejny przekonałam się, że najlepsze pomysły często zaczynają się od produktu, który trzeba po prostu wykorzystać.

Ten deser jest kremowy, lekko korzenny i naprawdę smakuje jak sernik, chociaż piekarnik tym razem ma wolne. Dyni używam z umiarem, dlatego traktuję go jako deser dla osób na umiarkowanym low carb. Nie próbuję też robić z niego wersji ekstremalnie dietetycznej. Serniczek ma być deserem, a nie karą za to, że człowiek miał ochotę na coś słodkiego.

Składniki na 3 większe albo 4 mniejsze porcje:

  • 250 g gęstego twarogu sernikowego lub pełnotłustego serka typu cream cheese,
  • 100 g mascarpone,
  • 120 g gęstego puree z pieczonej dyni,
  • 35–45 g erytrytolu w pudrze albo innego słodzika do smaku,
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,
  • 1 łyżeczka soku z cytryny,
  • ½ łyżeczki cynamonu,
  • szczypta imbiru,
  • szczypta gałki muszkatołowej,
  • 40 g orzechów włoskich lub pekan,
  • opcjonalnie 1 łyżka śmietanki 30%, jeśli masa okaże się zbyt gęsta.

Najważniejsze jest puree. Powinno być naprawdę gęste. Jeśli korzystam z dyni pieczonej, miksuję miąższ bez dodawania wody. Jeżeli puree jest wodniste, przekładam je na sitko i zostawiam na kilkanaście minut. Ten drobiazg decyduje o tym, czy deser będzie kremowy, czy zacznie po chwili przypominać dyniowy jogurt.

Twaróg, mascarpone, puree, słodzik, wanilię, sok z cytryny i przyprawy miksuję krótko, tylko do uzyskania jednolitej masy. Nie ubijam jej długo, bo nie chcę niepotrzebnie jej rozrzedzać. Jeśli jest bardzo gęsta, dodaję łyżkę śmietanki i jeszcze raz krótko mieszam.

Teraz próbuję. Ten moment jest ważny, bo dynie różnią się smakiem, a słodziki jeszcze bardziej. Masa powinna być wyraźnie sernikowa, lekko słodka i korzenna, ale cynamon nie może zagłuszyć wszystkiego innego.

Orzechy siekam i prażę na suchej patelni przez kilka minut, aż zaczną pachnieć. Nie odchodzę wtedy od kuchenki, bo pomiędzy „ładnie uprażone” a „dlaczego w kuchni jest dym” czasem naprawdę jest bardzo niewielka różnica.

Na dno pucharków wsypuję część orzechów, nakładam masę sernikową i posypuję resztą. Deser wkładam do lodówki przynajmniej na 2 godziny. Po schłodzeniu masa wyraźnie tężeje, smaki się łączą, a przyprawy stają się łagodniejsze.

Nie dodaję tutaj kruchego spodu z mąki ani ciasteczek bez cukru. Orzechy dają chrupkość, której potrzebuję, a przy okazji nie wprowadzają do deseru kolejnej warstwy, która miałaby tylko udawać coś innego.

Jeżeli mam ochotę na bardziej deserową wersję, na wierzch dodaję łyżkę lekko ubitej śmietanki i odrobinę cynamonu. Przy umiarkowanym low carb można też dorzucić kilka borówek albo odrobinę musu jabłkowego bez cukru, ale wtedy traktuję to jako dodatek i nie przesadzam z ilością owoców.

Najbardziej podoba mi się jednak wersja najprostsza. Kremowa masa, dynia, wanilia, cynamon i prażone orzechy. Smakuje jesienią, ale nie taką przesadzoną, z pięcioma świeczkami, trzema kocami i obowiązkowym kubkiem z napisem. Po prostu dobrze.

A puree, które miało czekać na jakiś rozsądny obiad, oczywiście nie doczekało. Skończyło znacznie lepiej. W deserze.

Sałatka z kurczakiem, pieczoną papryką, fetą i pestkami dyni - lunchbox w stylu low carb

Z jedzeniem zabieranym do pracy mam jeden podstawowy warunek – kiedy otwieram pudełko, nie chcę żałować, że nie kupiłam po drodze czegoś innego. Sałata z trzema plasterkami ogórka może i wygląda bardzo dietetycznie, ale około południa człowiek zaczyna na nią patrzeć z niechęcią, a chwilę później zastanawia się, kto przyniósł do pokoju obok coś, co tak dobrze pachnie.

Dlatego mój lunchbox musi być konkretny. Ma mnie nasycić, przetrwać kilka godzin w pudełku i nadal dobrze smakować. Tym razem zaczęło się od czerwonej papryki, którą postanowiłam upiec. Skoro piekarnik już pracował, obok wylądował kurczak. Potem feta, pestki dyni, trochę zielonego i wyszła sałatka, którą spokojnie mogę przygotować wieczorem, a następnego dnia zabrać ze sobą.

I od razu jedna rzecz: nie polewam jej rano przypadkowym gotowym sosem. Przy tej sałatce bardzo dobrze sprawdza się prosty sos musztardowo-cytrynowy. Kwaśny akcent jest potrzebny, bo feta, kurczak i pestki dyni są dość konkretne. Bez niego całość byłaby poprawna, ale trochę płaska. A ja nie chcę poprawnego lunchu. Chcę otworzyć pudełko i mieć ochotę je zjeść.

Składniki na 2 solidne porcje:

  • 350 g filetu z piersi kurczaka,
  • 1 duża czerwona papryka,
  • 100 g sera feta,
  • 100–120 g miksu sałat lub rukoli,
  • ½ świeżego ogórka,
  • 30 g pestek dyni,
  • 1 łyżka oliwy do kurczaka,
  • ½ łyżeczki słodkiej papryki,
  • ¼ łyżeczki wędzonej papryki,
  • ½ łyżeczki suszonego oregano,
  • sól i świeżo mielony pieprz.

Na sos:

  • 2 łyżki oliwy,
  • 1 łyżka soku z cytryny,
  • 1 płaska łyżeczka musztardy Dijon,
  • ½ łyżeczki erytrytolu lub kilka kropli ulubionego słodzika – opcjonalnie,
  • świeżo mielony pieprz.

Piekarnik nagrzewam do 220°C, góra–dół. Paprykę przekrawam na pół, usuwam gniazdo nasienne i układam na blasze skórką do góry. Piekę około 20–25 minut, aż skórka miejscami mocno się przypiecze i pojawią się na niej ciemne pęcherze. Gorącą paprykę przekładam do miski i przykrywam talerzem na mniej więcej 10 minut. Pod wpływem pary skórka później bardzo łatwo odchodzi. Obieram ją, a miąższ kroję w paski. Można oczywiście użyć gotowej pieczonej papryki ze słoika, ale wtedy dokładnie ją odsączam i sprawdzam skład zalewy, bo cukier potrafi pojawić się tam zupełnie nieproszony.

Pierś kurczaka przekrawam wzdłuż na cieńsze filety. Dzięki temu mięso smaży się szybciej i bardziej równomiernie. Osuszam je, nacieram oliwą, słodką i wędzoną papryką, oregano, pieprzem oraz niewielką ilością soli. Rozgrzewam patelnię i smażę kurczaka na średnio mocnym ogniu po około 3–4 minuty z każdej strony. Dokładny czas zależy od grubości mięsa, dlatego tutaj bardziej ufam termometrowi niż zegarkowi – w najgrubszym miejscu kurczak powinien osiągnąć 74°C. I teraz ważne: nie kroję go od razu.

Przekładam mięso na deskę i zostawiam na około 5 minut. Dopiero później kroję w paski. Dzięki temu soki zostają w mięsie zamiast wypłynąć na deskę, a do lunchboxa nie trafiają suche kawałki kurczaka, które następnego dnia wymagają popijania co drugim kęsem.

Pestki dyni wsypuję na suchą patelnię i prażę przez 2–3 minuty, często mieszając. Kiedy zaczynają pachnieć i lekko się rumienić, od razu przesypuję je na talerzyk. Patelnię opuszczają szybciej, niż podpowiada intuicja – zostawione na gorącym dnie potrafią się przypalić już po wyłączeniu palnika. Ten drobiazg naprawdę robi różnicę. Uprażone pestki mają znacznie więcej smaku i przyjemnie chrupią.

Oliwę, sok z cytryny i musztardę wkładam do małego słoiczka, dodaję pieprz i ewentualnie odrobinę słodzika. Zakręcam i energicznie potrząsam. Próbuję. Sos powinien być wyrazisty i lekko kwaśny, bo po połączeniu z pozostałymi składnikami jego smak złagodnieje. Nie dodaję soli przed spróbowaniem – feta wnosi jej do tej sałatki naprawdę sporo.

Do pudełka wkładam sałatę, pokrojonego ogórka, paski pieczonej papryki i kurczaka. Dodaję pokruszoną fetę. Pestki dyni pakuję osobno albo wsypuję dopiero przed jedzeniem, bo wtedy pozostają chrupiące.

Tak samo robię z sosem. Jeśli przygotowuję sałatkę do pracy na następny dzień, zabieram go w małym szczelnym pojemniczku i polewam wszystko tuż przed jedzeniem. Dzięki temu rano nie wyjmuję z lodówki smutnych, zwiędniętych liści. Jeżeli jem sałatkę od razu, oczywiście nie bawię się w żadne osobne pojemniczki. Polewam, mieszam i gotowe.

To połączenie jest naprawdę dobrze zbalansowane: kurczak daje sytość, feta słoność i kremowość, pieczona papryka jest lekko słodka, cytryna z musztardą dodają kwasowości, a pestki dyni chrupią. Niczego więcej bym tutaj nie dokładała. Czasem najlepszym sposobem na zepsucie dobrej sałatki jest dojście do wniosku, że przydałoby się w niej jeszcze siedem składników.

Przygotowując ją do pracy, wszystkie ugotowane składniki najpierw porządnie studzę i dopiero wtedy zamykam w pudełku oraz wkładam do lodówki. Kurczaka nie zostawiam na blacie na pół wieczoru – gotowe mięso powinno trafić do chłodzenia najpóźniej w ciągu dwóch godzin. W pracy lunchbox również przechowuję w lodówce.

A następnego dnia pozostaje tylko wyjąć pudełko, dodać sos i pestki. Bez podgrzewania, bez szukania wolnej mikrofalówki i bez patrzenia z zazdrością na cudzy obiad.

I właśnie takie lunchboxy lubię najbardziej. Wieczorem mam poczucie, że zrobiłam coś pożytecznego dla swojej jutrzejszej wersji, a następnego dnia moja jutrzejsza wersja jest mi za to naprawdę wdzięczna. Przynajmniej do chwili, kiedy odkrywa, że dzisiejsza wersja mnie znowu nie przygotowała niczego na kolację.

Kurczak w kremowym sosie pieczarkowym. Jedna patelnia i obiad załatwiony

Jeszcze niedawno obiad mógł składać się z sałatki i czegoś wrzuconego na szybko na patelnię, ale kiedy za oknem robi się chłodniej, moje wymagania wobec talerza wyraźnie rosną. Ma być ciepło, konkretnie i najlepiej z sosem. Takim, który rzeczywiście jest sosem, a nie trzema dekoracyjnymi kroplami na talerzu.

Zaczęło się od pieczarek. Kupiłam je bez szczególnego planu, bo pieczarki należą u mnie do kategorii produktów „na pewno coś z nich zrobię”. Potem znalazłam w lodówce kurczaka i śmietankę, więc dalsze zastanawianie się uznałam za zbędne. Tym bardziej że wszystko mogło powstać na jednej patelni. W mojej kuchni przepis automatycznie zdobywa dodatkowe punkty, jeśli po obiedzie nie zostawia zlewu wyglądającego tak, jakbym gotowała dla kolonii.

Kurczak w kremowym sosie pieczarkowym to zwyczajny, domowy obiad, który bardzo dobrze wpisuje się w low carb. Nie zagęszczam sosu mąką ani skrobią. Odpowiednią konsystencję dostaję dzięki śmietance, odrobinie serka śmietankowego i spokojnemu odparowaniu sosu. Jest kremowo, pieczarkowo i naprawdę sycąco.

Składniki na 3–4 porcje:

  • 600 g filetu z piersi kurczaka,
  • 300 g pieczarek,
  • 1 niewielka cebula,
  • 2 ząbki czosnku,
  • 1 łyżka masła klarowanego,
  • 1 łyżka oliwy,
  • 200 ml śmietanki 30%,
  • 50 g pełnotłustego serka śmietankowego,
  • 100 ml bulionu drobiowego,
  • 1 łyżeczka musztardy Dijon,
  • ½ łyżeczki suszonego tymianku,
  • sól,
  • świeżo mielony pieprz,
  • 1 łyżka posiekanej natki pietruszki.

Pierś kroję w poprzek na mniejsze, niezbyt grube kawałki. Można również przekroić każdą pierś wzdłuż na dwa cieńsze filety. Najważniejsze, żeby kawałki miały podobną grubość – wtedy usmażą się mniej więcej w tym samym czasie.

Mięso osuszam papierowym ręcznikiem, doprawiam solą i pieprzem.

Na dużej patelni rozgrzewam masło klarowane z oliwą. Układam kurczaka tak, żeby kawałki nie leżały jeden na drugim, i smażę na średnio mocnym ogniu po około 3–4 minuty z każdej strony. Na tym etapie zależy mi przede wszystkim na ładnym zrumienieniu. Mięso nie musi być jeszcze całkowicie gotowe w środku, ponieważ później wróci do gorącego sosu.

Przekładam kurczaka na talerz i przykrywam luźno, żeby nie wystygł.

Na tę samą patelnię wrzucam pokrojone w plasterki pieczarki. Jeśli patelnia jest zupełnie sucha, dodaję jeszcze odrobinę masła.

I tutaj nie spieszę się z solą. Najpierw pozwalam pieczarkom się podsmażyć. Smażę je około 6–8 minut, mieszając od czasu do czasu, aż puszczony przez nie płyn odparuje, a same pieczarki zaczną się rumienić.

Dopiero wtedy dodaję drobno posiekaną cebulę. Smażę jeszcze 2–3 minuty, dodaję czosnek oraz tymianek i mieszam przez około pół minuty. Czosnek ma zacząć pachnieć, a nie zamienić się w małe brązowe kawałki, które później będą gorzkie.

Sos, czyli najważniejsza część

Do pieczarek wlewam bulion i dokładnie mieszam, zbierając z dna patelni wszystkie przyrumienione drobiazgi pozostałe po smażeniu mięsa. To właśnie tam siedzi sporo smaku.

Dodaję śmietankę, serek śmietankowy i musztardę Dijon. Mieszam na niewielkim ogniu, aż serek całkowicie się rozpuści.

Sos gotuję łagodnie przez około 3–5 minut. Nie doprowadzam go do gwałtownego wrzenia. Ma lekko pyrkać i stopniowo gęstnieć. Jeśli po tym czasie nadal wydaje się zbyt rzadki, daję mu jeszcze chwilę zamiast ratować sytuację mąką.

Próbuję i dopiero teraz ostatecznie doprawiam solą oraz pieprzem. Bulion, musztarda i serek mogą już zawierać sporo soli, więc wcześniejsze solenie sosu na zapas nie jest najlepszym pomysłem.

Kurczaka razem z sokami, które zebrały się na talerzu, przekładam z powrotem na patelnię. Zmniejszam ogień, przykrywam i podgrzewam jeszcze kilka minut, aż mięso będzie gotowe w środku. Jeśli używam termometru kuchennego, najgrubsza część kurczaka powinna osiągnąć co najmniej 74°C. To pewniejsza metoda niż ocenianie mięsa wyłącznie po kolorze.

Na końcu posypuję wszystko natką pietruszki.

Z czym podać?

U mnie najczęściej wygrywa puree z kalafiora, bo świetnie zbiera kremowy sos. Pasują też fasolka szparagowa, brokuły albo po prostu duża porcja sałaty. Przy umiarkowanym low carb można dobrać dodatki do własnego dziennego bilansu.

Można też pokroić kurczaka w kostkę zamiast przygotowywać większe kawałki. Wtedy trzeba tylko skrócić czas smażenia, bo drobne mięso bardzo łatwo przesuszyć. I właśnie dlatego wolę większe kawałki – mają znacznie większy margines bezpieczeństwa, a soczysty kurczak w kremowym sosie smakuje jednak lepiej niż kurczak o konsystencji gumki do ścierania.

Jeżeli sos zrobi się zbyt gęsty, dolewam łyżkę lub dwie bulionu. Jeśli jest za rzadki, wyjmuję na moment mięso i redukuję go jeszcze przez kilka minut bez przykrycia. To prostsze i smaczniejsze niż dokładanie przypadkowych zagęstników.

Najlepszy moment przychodzi jednak pod koniec. Na patelni bulgocze gęsty pieczarkowy sos, kurczak jest gotowy, w kuchni pachnie czosnkiem i tymiankiem, a do zmywania mam właściwie jedną patelnię. Wtedy zaczynam podejrzewać, że jesień nie pojawia się po to, żeby zabrać nam lato. Może po prostu uznała, że najwyższy czas znowu robić porządne sosy.

Kulki serowe z cheddarem, szczypiorkiem i orzechami. Małe przekąski, które znikają podejrzanie szybko

 Z przekąskami mam pewien problem. Kiedy przygotuję jedną dużą porcję czegoś na talerzu, potrafię całkiem rozsądnie uznać, że właśnie tyle zamierzałam zjeść. Kiedy jednak to samo jedzenie występuje w postaci małych kulek, zasady najwyraźniej przestają obowiązywać. Jedna na spróbowanie, druga, żeby sprawdzić, czy pierwsza rzeczywiście była dobra, a przy trzeciej zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zrobiłam ich trochę za mało.

Tak właśnie było z kulkami serowymi. W lodówce miałam otwarte opakowanie serka śmietankowego i kawałek cheddara, który zdecydowanie należało już wykorzystać. Początkowo myślałam o jakiejś paście, ale potem przypomniałam sobie o orzechach włoskich. Dodałam szczypiorek, trochę przypraw i zamiast kolejnej miseczki pasty powstały małe serowe kulki. Niby te same składniki, a od razu wyglądają tak, jakbym planowała przyjęcie. Nie planowałam. To jednak nie przeszkodziło mi zrobić próby generalnej.

To bardzo prosty przepis low carb, ale jest kilka rzeczy, które decydują o tym, czy kulki będą zwarte i kremowe, czy zaczną rozpłaszczać się na talerzu. Najważniejszy jest odpowiedni serek – wybieram pełnotłusty, gęsty serek śmietankowy, a nie lekki twarożek czy rzadki serek kanapkowy. Cheddar ścieram drobno, a gotową masę przed formowaniem dobrze schładzam.

Składniki na około 16–18 niewielkich kulek:

  • 200 g pełnotłustego serka śmietankowego typu cream cheese,
  • 120 g cheddara w kawałku,
  • 50 g orzechów włoskich,
  • 2 łyżki drobno posiekanego szczypiorku,
  • ½ łyżeczki musztardy Dijon,
  • ¼ łyżeczki czosnku granulowanego,
  • świeżo mielony pieprz,
  • szczypta wędzonej papryki,
  • ewentualnie odrobina soli.

Cheddar ścieram na drobnych oczkach tarki. Orzechy siekam nożem – dość drobno, ale nie zamieniam ich w mąkę. Chcę, żeby w gotowych kulkach było czuć ich chrupkość.

Serek przekładam do miski, dodaję cheddar, musztardę, czosnek, pieprz, wędzoną paprykę, połowę szczypiorku i mniej więcej jedną trzecią posiekanych orzechów. Wszystko dokładnie mieszam łyżką lub szpatułką. Dopiero wtedy próbuję i decyduję, czy potrzebna jest sól. Cheddar sam w sobie jest słony, dlatego najczęściej wystarcza naprawdę niewiele.

Miskę przykrywam i wkładam do lodówki na około 30–45 minut. Nie pomijam tego etapu. Schłodzony tłuszcz w serku i cheddarze sprawia, że masa staje się wyraźnie twardsza i dużo łatwiej ją formować.

Pozostałe orzechy mieszam z resztą szczypiorku i wysypuję na płaski talerz. Ze schłodzonej masy nabieram porcje mniej więcej wielkości dużego orzecha włoskiego i szybko formuję kulki. Nie trzymam ich długo w dłoniach, bo masa zacznie się ogrzewać.

Każdą kulkę obtaczam w mieszance orzechów i szczypiorku, lekko dociskając panierkę. Gotowe układam na talerzu i ponownie wkładam do lodówki przynajmniej na pół godziny.

I właściwie koniec. Bez pieczenia, smażenia i sterty naczyń.

Co zrobić, jeśli masa jest za miękka?

Przede wszystkim nie dosypywałabym od razu kolejnych składników. Najpierw wkładam masę na dłużej do lodówki. Jeśli użyłam gęstego, pełnotłustego serka i zachowałam podane proporcje, po schłodzeniu powinna bez problemu dać się formować.

Jeżeli w kuchni jest bardzo ciepło, można formować po kilka kulek, a resztę masy trzymać w lodówce. To znacznie wygodniejsze niż próba toczenia coraz bardziej miękkiego sera między dłońmi.

Z czym je podać?

Najprościej z pokrojonym w słupki ogórkiem, papryką albo selerem naciowym. Można też podać obok krakersów z parmezanu, które już pojawiły się na blogu. Na większym stole dobrze wyglądają razem z oliwkami, kawałkami sera i warzywami.

Kulki można przygotować wcześniej. Przechowuję je w szczelnym pojemniku w lodówce i najlepiej smakują mi zjedzone w ciągu 2–3 dni. Jeśli przygotowuję je dla gości, wyjmuję je około 10 minut przed podaniem – pozostają zwarte, ale serek robi się przyjemnie kremowy.

Orzechy można zamienić na pekany albo migdały. Z kolei jeśli chcę ostrzejszą wersję, dodaję do masy odrobinę chili. Nie przesadzam za to z dodatkami, bo cheddar i szczypiorek mają tutaj grać główną rolę. To jedna z tych przekąsek, którym naprawdę nie trzeba pomagać siedemnastoma przyprawami.

Pierwsza partia miała być próbą przed ewentualnym podaniem ich kiedyś gościom. Próba wypadła bardzo pomyślnie. Do tego stopnia, że później zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam zrobić drugiej partii, żeby sprawdzić, czy wynik da się powtórzyć. W końcu rzetelność w testowaniu przepisów jest bardzo ważna.

Jajka zapiekane z pieczarkami, szpinakiem i cheddarem w stylu low carb. Śniadanie na chłodniejszy poranek

Dziś rano pierwszy raz od dawna miałam ochotę nie na coś zimnego z lodówki, tylko na śniadanie, od którego robi się przyjemnie już wtedy, kiedy zaczyna pachnieć w kuchni. Wrzesień najwyraźniej postanowił przypomnieć, że za chwilę kubek gorącej kawy będzie służył również do ogrzewania dłoni. Zajrzałam do lodówki i tym razem obyło się bez długich negocjacji. Pieczarki były, jajka były, szpinak też czekał, a kawałek cheddara wyglądał tak, jakby od początku wiedział, jak skończy. Kilkanaście minut później siedziałam przy stole z gorącym naczyniem przed sobą i pomyślałam, że chłodniejsze poranki mają jednak swoje zalety. Człowiek może bez wyrzutów sumienia włączyć piekarnik i nazwać to dbaniem o komfort termiczny.

To bardzo proste śniadanie, ale przy tym przepisie jeden szczegół naprawdę ma znaczenie: pieczarek i szpinaku nie wkładam do naczynia na surowo. Oba składniki oddają sporo wody i jeśli wrzucimy je od razu pod jajka, zamiast kremowego, zapieczonego śniadania może powstać coś zdecydowanie bardziej mokrego, niż planowaliśmy. Dlatego najpierw porządnie podsmażam pieczarki, a szpinak dodaję dopiero pod koniec. Dzięki temu całość ma odpowiednią konsystencję, ser się ładnie topi, a jajka nie pływają w warzywnym sosie.

Składniki na 2 porcje:

  • 4 jajka,
  • 200 g pieczarek,
  • 80–100 g świeżego szpinaku,
  • 80 g cheddara,
  • 1 mała szalotka lub około 40 g cebuli,
  • 1 ząbek czosnku,
  • 1 łyżka masła klarowanego albo oliwy,
  • 2 łyżki śmietanki 30%,
  • pół łyżeczki suszonego tymianku,
  • sól,
  • świeżo mielony pieprz,
  • opcjonalnie odrobina płatków chili,
  • trochę szczypiorku do podania.

Piekarnik nagrzewam do 190°C, góra–dół. Niewielkie naczynie do zapiekania, mniej więcej 20 × 15 cm, smaruję odrobiną masła.

Pieczarki kroję w plasterki. Patelnię dobrze rozgrzewam, dodaję tłuszcz i wrzucam pieczarki. Smażę je przez około 6–8 minut, aż odparuje większość wody i zaczną się lekko rumienić. Nie solę ich od razu, bo wtedy szybciej puszczają sok. Dopiero pod koniec dodaję drobno posiekaną cebulę, czosnek, tymianek, pieprz i niewielką ilość soli.

Kiedy cebula zmięknie, dodaję szpinak i smażę jeszcze minutę lub dwie, tylko do chwili, kiedy liście zwiędną. Jeśli na patelni mimo wszystko pozostało trochę płynu, pozwalam mu całkowicie odparować. To naprawdę warto zrobić, bo właśnie od tego zależy, czy później jajka będą przyjemnie zapieczone.

Warzywa przekładam do przygotowanego naczynia. Posypuję mniej więcej połową startego cheddara i robię cztery niewielkie zagłębienia. W każde ostrożnie wbijam jajko. Pomiędzy jajka wlewam śmietankę, dodaję pozostały ser i jeszcze trochę pieprzu. Soli daję bardzo mało, bo cheddar wnosi jej już całkiem sporo.

Naczynie wstawiam do nagrzanego piekarnika na około 10–14 minut. Czas zależy od wielkości jajek, temperatury składników i od tego, jakie żółtko lubimy. U mnie najlepszy moment jest wtedy, kiedy białko jest już całkowicie ścięte, a żółtko nadal pozostaje miękkie. Jeśli wolicie bardziej ścięte jajka, zostawcie je jeszcze 2–3 minuty. Przy termometrze kuchennym najbezpieczniej doprowadzić środek potrawy jajecznej do około 71°C.

Po wyjęciu daję całości dwie minuty odpoczynku, posypuję szczypiorkiem i stawiam naczynie na stole. I właściwie tyle. Można dołożyć kilka pomidorków albo prostą sałatę, ale dla mnie samo połączenie pieczarek, szpinaku, jajek i ostrego cheddara jest już wystarczająco konkretne.

Najbardziej odpowiada mi tu cheddar, bo ma wyrazisty smak i nie trzeba go używać bardzo dużo. Jeśli jednak akurat mam w lodówce goudę, gruyère albo trochę parmezanu, również spokojnie sobie poradzą. Tylko mozzarellę zostawiłabym do innego przepisu, bo przy pieczarkach i szpinaku całość może zrobić się niepotrzebnie wilgotna.

To śniadanie ma też tę zaletę, że można przygotować warzywa wieczorem. Rano wystarczy przełożyć je do naczynia, dodać ser, wbić jajka i wstawić wszystko do piekarnika. W czasie, kiedy się zapieka, zdążę zrobić kawę, otworzyć okno, stwierdzić, że jednak jest chłodno, zamknąć okno i wrócić do kuchni dokładnie wtedy, kiedy cheddar zaczyna się rumienić. Taki poziom porannej organizacji jestem w stanie utrzymać bez większego wysiłku.

Mus jabłkowy bez cukru (dla osób na umiarkowanym low carb)

Kupiłam jabłka z bardzo konkretnym planem, a właściwie bez planu – po prostu wyglądały dobrze. To jest ten rodzaj zakupowej logiki, który znam doskonale: najpierw wkładam coś do koszyka, a dopiero w domu zaczynam się zastanawiać, co właściwie zamierzam z tym zrobić. Przez kilka dni jabłka leżały więc w misce i wyglądały coraz bardziej oskarżycielsko. Jedno zjadłam, drugie też, ale kiedy przy trzecim zaczęłam omijać miskę wzrokiem, uznałam, że czas podjąć decyzję.

I wtedy przypomniał mi się mus jabłkowy. Taki najprostszy, pachnący cynamonem, bez dosypywania cukru i bez robienia z niego wielkiego przedsięwzięcia przetwórczego. Kilka jabłek, mały garnek i jeden słoiczek, który można później wyjadać po trochu. To zdecydowanie bardziej odpowiada mojemu temperamentowi niż ustawianie na blacie dwudziestu słoików i ogłaszanie początku domowej produkcji przemysłowej.

Od razu jednak zaznaczę jedną rzecz: jabłko nie jest owocem szczególnie niskowęglowodanowym. Dlatego tego musu nie nazywam keto i nie będę przekonywać, że można jeść go bez ograniczeń tylko dlatego, że nie dodałam cukru. To propozycja dla osób na umiarkowanym low carb, które uwzględniają niewielkie porcje owoców w swoim sposobie odżywiania.

Składniki na 1 nieduży słoik:

  • 500 g jabłek – waga przed obraniem,
  • 2–3 łyżki wody,
  • 1 łyżka soku z cytryny,
  • ½ łyżeczki cynamonu,
  • szczypta wanilii lub ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego – opcjonalnie,
  • erytrytol lub inny słodzik – tylko jeśli będzie potrzebny.
Jakie jabłka wybieram?

Najlepiej takie, które same mają sporo smaku. Jeśli trafią mi się naturalnie słodkie jabłka, żadnego słodzika nie dodaję. Przy bardziej kwaśnych odmianach decyzję zostawiam do końca gotowania, bo dopiero wtedy wiadomo, czy mus rzeczywiście czegoś potrzebuje.

Jabłka obieram, usuwam gniazda nasienne i kroję w niewielką kostkę. Przekładam do garnka z grubszym dnem, dodaję wodę i sok z cytryny.

Przykrywam i podgrzewam na małym ogniu. Po kilku minutach jabłka zaczną puszczać własny sok, dlatego nie wlewam od razu dużej ilości wody. Chcę zrobić mus, a nie kompot, który później będę godzinę odparowywać.

Duszę jabłka około 15–20 minut, od czasu do czasu mieszając. Dokładny czas zależy od odmiany – jedne rozpadają się niemal natychmiast, inne bronią swojej formy znacznie dłużej.

Kiedy są zupełnie miękkie, dodaję cynamon i wanilię.

Teraz mam dwie możliwości. Jeśli mam ochotę na idealnie gładki mus, miksuję wszystko blenderem. Jeśli wolę bardziej domową wersję z maleńkimi kawałkami jabłek, wystarczy porządnie rozgnieść je widelcem lub tłuczkiem.

Dopiero na samym końcu próbuję. Jeśli jabłka były wystarczająco słodkie, niczego więcej nie dodaję. Jeżeli mus jest dla mnie zbyt kwaśny, dodaję niewielką ilość słodzika i mieszam do rozpuszczenia.

A jak to wygląda z węglowodanami?

Tutaj wolę powiedzieć wprost: napis „bez cukru” nie oznacza „bez węglowodanów”. W jabłkach naturalnie występują cukry, a ich ilość nie znika podczas gotowania.

Według danych USDA surowe jabłko ze skórką zawiera około 13,8 g węglowodanów na 100 g, z czego około 10,4 g stanowią cukry.

Dlatego przy umiarkowanym low carb traktuję mus bardziej jako dodatek niż osobny deser w dużej miseczce. Łyżka lub dwie do skyru, jogurtu greckiego czy twarożku dają smak jabłka i cynamonu, ale nie oznaczają zjedzenia kilku jabłek naraz.

Bardzo lubię też połączenie gęstego jogurtu greckiego, niewielkiej ilości musu, kilku orzechów włoskich i cynamonu. Wtedy naprawdę niewiele musu wystarcza, żeby całość smakowała trochę jak jesienny deser.

Jak przechowywać?

Gotowego musu nie traktuję jak przetworu do przechowywania miesiącami w szafce. Przekładam go do czystego, zamykanego słoiczka, po ostudzeniu wkładam do lodówki i zużywam w ciągu kilku dni. Jeśli chcę zachować go na dłużej, wolę podzielić na małe porcje i zamrozić.

I chyba właśnie za to najbardziej lubię ten przepis. Nie próbuję udowadniać, że jabłko nagle stało się keto tylko dlatego, że nie wsypałam do garnka cukru. Po prostu robię z niego coś dobrego, pilnuję porcji i mieszczę ją w swoim sposobie jedzenia.

A jabłka z miski wreszcie przestały na mnie patrzeć. Został tylko słoiczek musu w lodówce, który – mam takie podejrzenie – będzie miał znacznie krótsze życie, niż początkowo planowałam. 

Koktajl malinowo-kokosowy low carb

Maliny kupiłam z bardzo rozsądnym planem. Część miała trafić do jogurtu, część zostawić sobie na później, a resztę zamrozić. Plan był naprawdę dobry, tylko jak zwykle nie uwzględniał tego, że za każdym razem, kiedy przechodzę obok lodówki, kilka malin gdzieś znika. Nie mam pojęcia, jak to się dzieje. 

Kiedy zostało ich już zdecydowanie mniej, uznałam, że pora uratować resztę przed dalszym tajemniczym znikaniem. Wyjęłam mleczko kokosowe, blender i po kilku minutach miałam koktajl, który wyszedł tak dobry, że pierwotny plan z jogurtem przestał mnie szczególnie interesować.

Maliny i kokos bardzo się lubią. Maliny dają kwaskowatość i świeżość, kokos łagodzi smak i sprawia, że koktajl robi się przyjemnie kremowy. Nie chciałam jednak robić z niego bomby kalorycznej złożonej głównie z puszki mleczka kokosowego, dlatego połączyłam je ze skyrem. Dzięki temu koktajl jest bardziej sycący, ma sporo białka, a nadal wyraźnie czuć w nim kokos.

Składniki na 1 dużą lub 2 mniejsze porcje:

  • 150 g malin świeżych lub mrożonych,
  • 150 g skyru naturalnego,
  • 100 ml niesłodzonego mleczka kokosowego z puszki,
  • 50–100 ml zimnej wody – zależnie od tego, jak gęsty koktajl lubimy,
  • 1 łyżeczka soku z limonki lub cytryny,
  • erytrytol lub inny słodzik do smaku,
  • ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego,
  • kilka kostek lodu – jeśli używam świeżych malin.

Warto zerknąć na skład mleczka kokosowego. Wybieram takie bez dodatku cukru i możliwie krótkim składem. Nie używam tutaj napoju kokosowego z kartonu, bo jest znacznie rzadszy i koktajl nie będzie miał tej samej kremowej konsystencji.

Robimy koktajl

Tutaj właściwie trudno mówić o wielkim gotowaniu. Do blendera wkładam maliny, skyr i mleczko kokosowe. Dodaję sok z limonki, wanilię oraz trochę słodzika.

Blenduję wszystko dokładnie na gładką masę. Dopiero wtedy sprawdzam konsystencję i stopniowo dolewam wodę. Wolę zrobić to właśnie w tej kolejności – wodę zawsze można dodać, natomiast wyławianie jej później z koktajlu jest już zdecydowanie trudniejsze. 

Próbuję i ewentualnie dosładzam. Maliny potrafią być bardzo różne – jednego dnia są niemal deserowe, innym razem kwaśne tak, jakby miały do człowieka jakiś osobisty żal.

Jeśli używam świeżych owoców, dorzucam kilka kostek lodu i jeszcze raz krótko blenduję. Przy mrożonych malinach zwykle nie jest to potrzebne. Co więcej, mrożone owoce dają bardzo gęsty koktajl, prawie jak deser.

A jeśli pestki malin przeszkadzają?

Mnie zupełnie nie przeszkadzają, ale wiem, że nie każdy je lubi. Wtedy po zblendowaniu można przetrzeć koktajl przez drobne sitko. Będzie gładszy, choć przy okazji pozbędziemy się części błonnika, dlatego robię to tylko wtedy, kiedy naprawdę zależy mi na aksamitnej konsystencji.

Można również dodać łyżkę nasion chia i odstawić koktajl na kilka minut. Trzeba jednak pamiętać, że chia bardzo szybko go zagęści, więc wtedy przyda się trochę więcej wody.

Nie dodaję natomiast banana „dla kremowości”. Nie dlatego, że banan zrobił mi coś złego, tylko dlatego, że przy low carb zupełnie go tutaj nie potrzebuję. Skyr i tłuste mleczko kokosowe załatwiają sprawę bardzo dobrze, a smak pozostaje malinowo-kokosowy.

Gotowy koktajl najlepiej wypić od razu. Jest chłodny, gęsty, lekko kwaśny, kremowy i wystarczająco sycący, żeby potraktować go jako drugie śniadanie albo szybki deser.

A maliny? Ostatecznie żadnej nie udało mi się zamrozić. Za to teraz mam doskonałe wytłumaczenie – przecież musiałam sprawdzić przepis. I tego zamierzam się trzymać. 

Lody kawowe low carb

Kawa stygnie mi zdecydowanie częściej, niż jestem skłonna przyznać. Robię ją z najlepszymi zamiarami, stawiam obok siebie i wtedy zawsze znajduje się coś, co potrwa „tylko minutkę”. Potem jeszcze jedna rzecz, jeszcze jedna i w końcu wracam do filiżanki, w której zamiast przyjemnie gorącej kawy czeka coś o temperaturze mocno dyskusyjnej. Tym razem postanowiłam więc nie walczyć z losem. Skoro kawa tak bardzo chce być zimna, zrobię z niej lody.

Tylko że z domowymi lodami low carb mam jeden warunek: mają być lodami. Nie zamarzniętą śmietaną, którą po nocy można wykorzystać do wbijania gwoździ, i nie bryłą pełną kryształków lodu. Dlatego zanim zabrałam się za swoją wersję, sprawdziłam proporcje i technikę stosowane w sprawdzonych przepisach na lody kawowe. Klasyczne receptury opierają kremowość na odpowiedniej ilości tłustej śmietanki i ograniczeniu nadmiaru wody; King Arthur w swoich lodach kawowych również wykorzystuje pełnotłustą śmietankę oraz espresso w proszku. W wersji bez maszynki zaleca natomiast regularne mieszanie masy podczas zamrażania.

W wersji low carb pojawia się jeszcze jeden problem: zwykły cukier nie tylko słodzi, ale również pomaga lodom pozostać miękkimi. Dlatego nie polecam tutaj samego erytrytolu. Po zamrożeniu potrafi się krystalizować i daje charakterystyczne chłodne odczucie w ustach. Do tych lodów najlepszy będzie słodzik na bazie allulozy, jeśli mamy do niej dostęp, albo mieszanka erytrytolu ze stewią czy monk fruit. Przy samym erytrytolu lody też wyjdą, ale po dłuższym mrożeniu będą wyraźnie twardsze.

Składniki na około 6 porcji:

  • 400 ml dobrze schłodzonej śmietanki 30% lub 36%,
  • 100 g mascarpone,
  • 2 łyżki kawy instant lub espresso w proszku,
  • 2 łyżki gorącej wody,
  • słodzik odpowiadający około 60–70 g cukru – ilość dopasowuję do rodzaju używanego słodzika,
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,
  • szczypta soli.

Celowo używam kawy rozpuszczonej w bardzo małej ilości wody, zamiast wlewać do masy filiżankę espresso. Smak kawy pozostaje intensywny, a do lodów nie dokładamy niepotrzebnie dużej ilości wody. Espresso w proszku jest zresztą stosowane właśnie w sprawdzonych recepturach na lody kawowe.

Robimy lody

Kawę rozpuszczam w dwóch łyżkach gorącej wody i zostawiam do całkowitego ostygnięcia. Mascarpone krótko mieszam ze słodzikiem, wanilią, solą i zimną kawą. Nie miksuję go długo – wystarczy, żeby powstała jednolita masa. W osobnej misce ubijam bardzo zimną śmietankę. Nie robię z niej jednak masła – ma być puszysta i trzymać kształt, ale nadal pozostać kremowa. Tłusta śmietanka jest tutaj naprawdę ważna; odpowiednia zawartość tłuszczu pomaga uzyskać znacznie przyjemniejszą strukturę lodów.

Do mascarpone dodaję najpierw kilka łyżek ubitej śmietanki i mieszam, żeby rozluźnić masę. Następnie dokładam pozostałą śmietankę i delikatnie łączę wszystko szpatułką.

I na tym etapie próbuję. Masa przed zamrożeniem powinna wydawać się odrobinę słodsza i bardziej kawowa, niż chciałabym zjeść od razu. Po zamrożeniu zarówno słodycz, jak i aromat będą odbierane nieco łagodniej.

Przekładam masę do płaskiego pojemnika, przykrywam i wkładam do zamrażarki.

Bez maszynki też się da

Po około 45–60 minutach wyjmuję pojemnik i dokładnie mieszam lody łyżką lub trzepaczką, szczególnie przy brzegach. Powtarzam to jeszcze 2–3 razy mniej więcej co godzinę. To pomaga rozbić powstające kryształki lodu. Podobną metodę przy lodach przygotowywanych bez maszynki zaleca King Arthur.

Potem zostawiam lody do pełnego zamrożenia, najlepiej na kilka godzin.

Jeżeli mam maszynkę do lodów, sprawa jest jeszcze prostsza – schłodzoną masę przekładam do urządzenia i postępuję zgodnie z jego instrukcją.

I bardzo ważna rzecz przed podaniem

Domowe lody low carb po całej nocy w zamrażarce nie będą miały prosto z pojemnika konsystencji lodów z lodziarni. To normalne. Nawet tradycyjne domowe lody po dłuższym mrożeniu wymagają krótkiego zmiękczenia; w sprawdzonym przepisie King Arthur zalecane jest po dłuższym przechowywaniu około 15–20 minut w temperaturze pokojowej.

Dlatego wyjmuję swoje mniej więcej 10–15 minut przed podaniem. Po chwili łyżka wchodzi w nie bez walki, a lody robią się kremowe i naprawdę przyjemne.

Można posypać je odrobiną gorzkiego kakao, startą czekoladą minimum 85% albo kilkoma posiekanymi orzechami. Ja najbardziej lubię je bez dodatków, bo smak kawy jest wystarczającym powodem, żeby zrobić kolejną porcję.

I chyba właśnie znalazłam rozwiązanie mojego odwiecznego problemu ze stygnącą kawą. Co prawda zamrażanie jej przez kilka godzin jest metodą dość radykalną, ale za to po raz pierwszy absolutnie nie przeszkadza mi, że jest zimna. 

Etykiety

akcja błyskawiczny piątek Alkohole ananas babeczki Babka Babka gotowana baleron banan barszcz batoniki bazylia bez pieczenia beza bezy biały barszcz bigos bigos ze słodkiej kapusty biszkopt biszkopty bita śmietana blok boczek botwinka Boże Narodzenie brokuły brzoskwinie budyniowy krem budyń bułki buraki bzu cannelloni cappuccino cebula chilli chipsy chleb Chłodniki chrzan Ciasteczka Ciasto ciasto francuskie ciasto naleśnikowe cukinia curry cynamon cytryna czarna porzeczka czarny bez czekolada czosnek danie obiadowe deser Dietetycznie do kawy do mięsa domowa przyprawa piernikowa domowa szynka domowa wędlina domowe musli domowe pieczywo domowej roboty Domowy ketchup domowy kisiel drożdże drożdżówka duszone dynia dżem fasola feta FIT Flaki granat granola gruszki grzyby suszone imbir jabłka Jajka jarmuż jednogarnkowe jogurt kajmak kajzerki kakao kakaowe kalafior kapary kapusta Kapusta modra kardamon karkówka karp kasza jaglana kawa kefir Keto kiełbasa ze słoika Kiszonki kiwi kluseczki kokos koktajl koktajlowe konfitura koperek kremówka Kruche kruszonka Kurczak kuskus kwiat czarnego bzu legumina lody lunchbox łosoś Majonez Makaron maliny marchew marmolada Marynata masa serowa mascarpone masło orzechowe maślanka Mazurek mąka kukurydziana mąka orkiszowa mielone Mięsne mięta migdały miód młoda kapusta mogdały morele mozzarella Mrożonki Muffinki na grilla na kanapkę na kruchym spodzie Na słodko Na śniadanie na zakwasie na zimno na żeberkach naleśniki Nalewki Napoje nasiona chia nutella Obiad ogórki omlet orzechy otręby pszenne owsiane pancakes papryczka parmezan pasta jajeczna pasztet pączki pestki dyni pęczak pieczarki pieczone jabłko pieczone ziemniaki pieczywo pierniczki Piernik Pierogi pierś z indyka pierś z kurczaka pietruszka Pizza Placek Placki placuszki pomarańcze pomidorówka por porzeczki potrawy wigilijne przekąska Przepisy kulinarne Przetwory rabarbar rodzynki rogaliki Ryby ryż salami Sałatki schab seler ser serek sernik sezam skórka pomarańczowa skrzydełka Smalec soczewica solone orzeszki sorbet sos Sosy Surówka suszone pomidory suszony chrzan Sylwester syrop szaszłyki szparagi szpinak śledzie śliwki śliwki kalifornijskie Śniadanie/kolacja Świąteczne przygotowania z Sunflower Tarty Torty truskawki tuńczyk twaróg udka w kokilkach w occie w oleju Warzywa wątróbka Wielkanoc wino wiśnie Wuzetka z bakaliami z białek z lawendą z makaronem z makiem Z mąki Z olejem z owocami z piekarnika z szynkowara z warzywami zakwas zalewa octowa zapiekanka zielony szejk ziemniaki ziołowe Zrazy zupa-krem Zupy żeberka żurawina żurek