Zapiekane pieczarki z serem i boczkiem. Małe, niepozorne i zdecydowanie zbyt szybko znikają

Pieczarki kupiłam z zupełnie innym zamiarem. Miały grzecznie poczekać w lodówce na obiad następnego dnia, ale około południa zaczęłam już krążyć po kuchni w poszukiwaniu czegoś dobrego. Otworzyłam lodówkę, zobaczyłam pieczarki, obok leżał boczek, a kawałek sera właściwie sam dopisał się do tej historii. Plan na jutro właśnie przestał istnieć, za to narodził się całkiem przyzwoity plan na dzisiaj.

Najpierw pomyślałam, że zrobię tylko kilka. Tak na spróbowanie. To było bardzo optymistyczne założenie, bo jeśli coś łączy podsmażony boczek, pieczarki i ciągnący się ser, rozsądek zazwyczaj opuszcza kuchnię jako pierwszy. Ostatecznie nadziałam wszystkie i bardzo dobrze, bo po wyjęciu z piekarnika szybko stało się jasne, że kilka sztuk wystarczyłoby najwyżej do sprawdzenia, czy reszta też jest dobra.

Takie jedzenie bardzo pasuje mi do low carb. Nie trzeba kupować dziwnych zamienników ani udawać, że kalafior jest pizzą, a sałata bułką. Tutaj wszystko jest dokładnie tym, czym powinno być: pieczarka pieczarką, boczek boczkiem, a ser, na szczęście, pozostaje serem.

Składniki:

  • 10–12 większych pieczarek,
  • 100 g boczku,
  • 100 g tartego sera – u mnie cheddar lub gouda,
  • 2 łyżki serka śmietankowego,
  • 1 mała cebulka lub kawałek czerwonej cebuli,
  • 1 ząbek czosnku,
  • 1 łyżka masła,
  • pieprz,
  • odrobina soli,
  • szczypiorek lub natka pietruszki do podania.

Pieczarki oczyszczam, wyjmuję nóżki i drobno je kroję. Kapelusze odkładam na bok, bo za chwilę zamienią się w małe miseczki na wszystko, co dobre.

Boczek kroję w niewielką kostkę i wrzucam na patelnię. Kiedy zacznie się rumienić, dodaję posiekane nóżki pieczarek oraz cebulę. Podsmażam kilka minut, dorzucam czosnek i doprawiam pieprzem. Z solą warto uważać, bo boczek i ser mają jej już całkiem sporo.

Zdejmuję farsz z ognia, dodaję serek śmietankowy i mniej więcej połowę startego sera. Wszystko mieszam, a następnie porządnie napełniam kapelusze pieczarek. Układam je w naczyniu posmarowanym masłem i posypuję pozostałym serem.

Piekę około 20 minut w 190°C, aż pieczarki zmiękną, a ser na wierzchu ładnie się zapiecze. Po wyjęciu daję im dosłownie kilka minut odpoczynku i posypuję szczypiorkiem albo natką.

Można podać je jako ciepłą przekąskę, lekką kolację albo dodatek do mięsa. U mnie najczęściej kończy się na postawieniu całego naczynia na stole i podjadaniu kolejnych sztuk bez zbędnych ceremonii. Widelec też jest opcjonalny, chociaż oficjalnie oczywiście zachowujemy pozory.

Najbardziej lubię w tym przepisie farsz, bo można go zmieniać zależnie od zawartości lodówki. Odrobina sera pleśniowego nada mu mocniejszy smak, mozzarella będzie łagodniejsza, można też dorzucić trochę papryki, szczypiorku albo ostrej papryczki. Baza zostaje ta sama, a za każdym razem wychodzi trochę inaczej.

Pieczarki przeznaczone na następny dzień oczywiście nie przetrwały. Za to kolacja była bardzo dobra, więc trudno mówić o jakiejś wielkiej stracie. Jutro najwyżej pójdę po kolejne. Tym razem kupię dwa opakowania, chociaż doświadczenie podpowiada mi, że wcale nie oznacza to, że którekolwiek dotrwa do jutra.

Chipsy z cukinii. Bo czasem człowiek po prostu musi coś pochrupać

Cukinia leżała sobie spokojnie w lodówce i zapewne była przekonana, że skończy jak zwykle – na patelni albo w jakiejś zapiekance. Tym razem miałam wobec niej zupełnie inne plany. Naszła mnie ochota na coś do chrupania, a że na low carb paczka klasycznych chipsów raczej nie jest najlepszym pomysłem, zaczęłam kombinować. Zresztą u mnie takie kombinowanie najczęściej zaczyna się niewinnie, a kończy tym, że pół kuchni bierze udział w eksperymencie.

Pokroiłam cukinię w cienkie plasterki, wyciągnęłam parmezan i przyprawy, a chwilę później wszystko było już gotowe do pieczenia. Potem pozostało tylko czekać. I tu pojawił się największy problem, bo kiedy z piekarnika zaczyna pachnieć parmezanem i czosnkiem, cierpliwość nagle okazuje się cechą, której człowiek jednak nie posiada. Zaglądałam więc przez szybkę zdecydowanie częściej, niż było to konieczne, jakbym swoim wzrokiem mogła przyspieszyć cały proces.

Efekt zdecydowanie wart był tego czekania. Cieniutkie, lekko słone, serowe i chrupiące chipsy, które można podjadać bez poczucia, że właśnie zjadło się pół paczki ziemniaków. A ponieważ cukinia sama w sobie ma delikatny smak, można przyprawić ją właściwie tak, jak akurat mamy ochotę.

Składniki:

  • 1 średnia cukinia,
  • 2 łyżki oliwy z oliwek,
  • 40 g drobno startego parmezanu,
  • pół łyżeczki granulowanego czosnku,
  • pół łyżeczki słodkiej lub wędzonej papryki,
  • świeżo mielony pieprz,
  • odrobina soli.

Cukinię myję i kroję w bardzo cienkie, możliwie równe plasterki. Tutaj naprawdę warto się postarać, bo grubsze kawałki będą bardziej miękkie niż chrupiące. Rozkładam plasterki na ręczniku papierowym, delikatnie solę i zostawiam na około 15 minut, żeby cukinia oddała część wody. Później dokładnie ją osuszam.

Przekładam plasterki do miski, dodaję oliwę, czosnek, paprykę i pieprz, a następnie delikatnie mieszam. Układam je pojedynczo na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i posypuję parmezanem.

Piekę w temperaturze 160°C przez około 35–45 minut, kontrolując pod koniec, co dzieje się w piekarniku. Cieńsze plasterki mogą być gotowe wcześniej, dlatego warto je sukcesywnie wyjmować. Po upieczeniu zostawiam chipsy na kilka minut do ostygnięcia – wtedy robią się jeszcze bardziej chrupiące.

Można przygotować je również w air fryerze. Wystarczy około 150–160°C i 12–18 minut, w zależności od grubości plasterków i urządzenia. Najważniejsze, żeby nie układać cukinii warstwami.

Najbardziej smakują mi jeszcze lekko ciepłe, chociaż świetnie pasuje do nich również prosty dip z gęstego jogurtu greckiego, czosnku i szczypiorku. Przy filmie czy książce sprawdzają się aż za dobrze, bo ręka jakoś sama wraca do miseczki.

Nie będę przekonywać, że cukinia nagle zamienia się w ziemniaka i smakuje dokładnie jak klasyczne chipsy, bo przecież nie o to chodzi. To po prostu zupełnie inna przekąska, która ma własny smak i naprawdę daje przyjemność z chrupania. A jeśli przy okazji pasuje do mojego sposobu jedzenia, tym lepiej.

Jedno tylko radzę – z jednej cukinii nie róbcie. Po upieczeniu plasterki robią się znacznie mniejsze, a człowiek patrzy później na tę niewielką miseczkę i zastanawia się, kto zjadł resztę. Odpowiedź jest brutalna: nikt. Po prostu trzeba było od razu pokroić dwie.

Pasta z awokado i jajka w stylu low carb

Dzisiejszy plan na jedzenie był mniej więcej taki, że żadnego planu nie było. Zajrzałam do lodówki bardziej z ciekawości niż z konkretnym pomysłem i od razu zobaczyłam awokado, które osiągnęło właśnie ten magiczny moment pomiędzy „jeszcze twarde” a „zjedz mnie natychmiast, bo jutro będzie za późno”. Każdy, kto kupuje awokado, zna chyba tę grę. Przez trzy dni można nim wbijać gwoździe, a potem człowiek mrugnie dwa razy i już zastanawia się, czy przypadkiem nie powinno trafić do kosza.

Tym razem zdążyłam idealnie. Obok czekały ugotowane jajka, więc dalsze kombinowanie uznałam za zupełnie niepotrzebne. Awokado, jajko, trochę szczypiorku i kilka dodatków zamieniły się w pastę, która ostatecznie okazała się dużo lepszym pomysłem niż wszystkie wymyślne śniadania, które mogłabym znaleźć w internecie. W dodatku przygotowanie zajęło mi kilka minut, a to jest argument, z którym trudno dyskutować.

Składniki:

  • 1 dojrzałe awokado,
  • 2 jajka ugotowane na twardo,
  • 1 łyżka majonezu dobrej jakości,
  • 1 łyżeczka soku z cytryny lub limonki,
  • 1 łyżka posiekanego szczypiorku,
  • sól,
  • świeżo mielony pieprz,
  • opcjonalnie odrobina płatków chili.

Awokado przekrawam na pół, usuwam pestkę i wyjmuję miąższ do miseczki. Dodaję jajka i rozgniatam wszystko widelcem. Nie miksuję pasty na idealnie gładki krem, bo zdecydowanie bardziej lubię, kiedy zostają w niej niewielkie kawałki jajka i awokado. Dodaję majonez, sok z cytryny, szczypiorek, sól oraz pieprz i dokładnie mieszam. Jeśli mam ochotę na trochę mocniejszy smak, dorzucam szczyptę chili.

I właściwie można już siadać do stołu. Pastę najczęściej jem z pieczywem niskowęglowodanowym, ale świetnie sprawdza się również na plastrach świeżego ogórka, w liściach sałaty albo jako nadzienie do keto wrapa. Można też zrobić to, co ja czasem robię, kiedy nikt nie patrzy, czyli stanąć przy kuchennym blacie i wyjadać ją prosto z miseczki. W końcu po co brudzić dodatkowy talerz.

Bardzo odpowiada mi taki sposób jedzenia low carb, bo nie czuję, że muszę tworzyć jakieś specjalne „dietetyczne” dania. Biorę zwyczajne produkty, które lubię, i przygotowuję z nich coś prostego. Jajka i awokado sycą na długo, cytryna dodaje świeżości, a szczypiorek sprawia, że całość nie jest mdła. Niczego więcej tutaj nie potrzeba.

A awokado? Tym razem mogę ogłosić pełen sukces. Zostało wykorzystane dokładnie w tym krótkim okienku, kiedy jest miękkie, zielone i naprawdę dobre. Przy cenach awokado człowiek powinien chyba dostawać za takie wyczucie jakiś medal albo przynajmniej punkty lojalnościowe.

Dżem malinowy z chia

Rano wyciągnęłam z lodówki pudełko malin z myślą, że dodam je do jogurtu. Taki był plan. Maliny jednak miały chyba zupełnie inny pomysł. Stałam chwilę przy blacie, patrzyłam na nie i przypomniało mi się, że już od dawna chodził za mną domowy dżem z nasionami chia. Taki, który robi się szybciej, niż człowiek zdąży zaparzyć kawę.

Wiecie, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Zawsze powtarzam sobie, że zrobię słoiczek „na później”. Na śniadanie. Do naleśników. Do sernika w pucharku. A później biorę łyżeczkę, żeby sprawdzić smak. Po chwili drugą. I nagle okazuje się, że tego „na później” zostało podejrzanie mało. 😄

To jeden z tych przepisów, które uwielbiam za prostotę. Bez gotowania przez godzinę, bez kilogramów cukru i bez stania nad garnkiem. Kilka składników, kilka minut i gotowe. A do tego maliny nadal smakują malinami, a nie samym cukrem.

Składniki:

  • 250 g malin (świeżych lub mrożonych),
  • 2 łyżki nasion chia,
  • 2–3 łyżki erytrytolu,
  • 1 łyżeczka soku z cytryny,
  • opcjonalnie pół łyżeczki ekstraktu waniliowego.

Maliny przełóż do niewielkiego rondelka i podgrzewaj przez kilka minut, aż zaczną się rozpadać. Dodaj erytrytol, sok z cytryny i wymieszaj. Zdejmij rondelek z ognia, wsyp nasiona chia i ponownie dokładnie wymieszaj. Jeśli lubisz delikatną waniliową nutę, dodaj ekstrakt.

Odstaw na około 20–30 minut. W tym czasie nasiona chia napęcznieją, a dżem naturalnie zgęstnieje. Przełóż go do wyparzonego słoiczka i przechowuj w lodówce.

Najbardziej lubię smarować nim kromkę niskowęglowodanowego pieczywa, dodawać do jogurtu greckiego albo nakładać na keto naleśniki. Czasem ląduje też na łyżeczce... i w tej wersji znika zdecydowanie najszybciej.

Coraz częściej przekonuję się, że właśnie takie przepisy zostają ze mną na dłużej. Nie wymagają wielkich przygotowań, nie zajmują pół dnia i wykorzystują składniki, które zwykle mam w domu. A kiedy efekt końcowy smakuje lepiej niż wiele sklepowych dżemów, trudno nie zrobić go ponownie.

I chyba właśnie za to najbardziej lubię gotować. Za te momenty, kiedy z kilku prostych składników powstaje coś, co później poprawia smak śniadania przez kilka kolejnych dni. O ile oczywiście uda się nie wyjeść połowy słoiczka pierwszego dnia. U mnie z tym bywa... różnie. 😄

Lemoniada ogórkowa - najlepszy sposób na ochłodę

Dzisiaj weszłam do kuchni z jednym, bardzo ambitnym planem – napić się czegoś zimnego. Tylko tyle. Nie miałam zamiaru niczego wymyślać ani testować nowych przepisów. Otworzyłam lodówkę, wyjęłam butelkę wody i... oczywiście mój wzrok zatrzymał się na ogórkach. Pomyślałam, że przecież kupiłam je do sałatki. Ale zaraz potem przypomniało mi się, że już kilka razy obiecywałam sobie spróbować lemoniady ogórkowej. No i przepadłam. 😄

To chyba największa wada prowadzenia bloga kulinarnego. Człowiek idzie po szklankę wody, a pół godziny później stoi z blenderem, cytrynami i miętą, przekonując sam siebie, że przecież to wszystko jest w imię dobra czytelników. Oczywiście... tylko dlatego. Ani trochę nie dlatego, że sama miałam ochotę wypić cały dzbanek.

Najśmieszniejsze jest to, że kiedy powiedziałam znajomej, że robię lemoniadę z ogórkiem, spojrzała na mnie z miną, jakbym właśnie planowała wrzucić do szklanki ziemniaki. A później spróbowała i stwierdziła, że jest zaskakująco dobra. I dokładnie takie było moje pierwsze wrażenie.

Składniki:

  • 1 średni ogórek,
  • 1 cytryna,
  • 700 ml bardzo zimnej wody,
  • 2–3 łyżki erytrytolu (lub do smaku),
  • kilka listków świeżej mięty,
  • dużo kostek lodu.

Ogórka obierz i pokrój na kawałki. Zblenduj go z sokiem wyciśniętym z cytryny oraz erytrytolem. Powstały mus przelej przez sitko, jeśli wolisz idealnie klarowną lemoniadę, albo zostaw tak, jak jest – ja najczęściej wybieram tę drugą wersję.

Dodaj zimną wodę, wrzuć kostki lodu i kilka listków mięty. Całość delikatnie wymieszaj i od razu przelej do wysokich szklanek.

To jeden z tych napojów, których nie da się porównać do sklepowych lemoniad. Jest świeży, lekki i naprawdę świetnie gasi pragnienie. Ogórek nie dominuje, tylko dodaje przyjemnej rześkości, dzięki której po pierwszym łyku ma się ochotę na następny.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że latem najprostsze przepisy sprawdzają się najlepiej. Nie trzeba egzotycznych owoców ani długiej listy składników. Czasami wystarczy coś, co od kilku dni spokojnie leży w lodówce i czeka na swoją kolej.

A jeśli ktoś z Was właśnie pomyślał: „Ogórek w lemoniadzie? Chyba oszalała...” to powiem tylko jedno. Ja też miałam dokładnie tę samą myśl. A teraz robię ją regularnie i za każdym razem zastanawiam się, dlaczego odkryłam ją dopiero teraz.

Panna cotta z malinami - – wersja low carb

Nie wiem, jak to się dzieje, ale kiedy robię deser z myślą: „Będzie idealny do popołudniowej kawy”, zawsze znajdzie się jakiś powód, żeby spróbować go dużo wcześniej. Przecież trzeba sprawdzić, czy dobrze stężał. A skoro już wyjęłam go z lodówki, to wypada ocenić, czy maliny pasują. No i jeszcze ten sos... Przecież nie będę publikowała przepisu bez upewnienia się, że wszystko smakuje tak, jak powinno. 😄

Tak właśnie wyglądało to dzisiaj. Panna cotta miała cierpliwie czekać na swój wielki moment, a tymczasem już po kilku minutach siedziałam przy stole z łyżeczką w ręku i przekonywałam samą siebie, że to przecież wyłącznie test jakości. Myślę, że każdy, kto lubi gotować, doskonale zna takie "poświęcenie".

Najbardziej lubię w tym deserze to, że wygląda elegancko, a przygotowanie jest zaskakująco proste. Kilka składników, kilka minut pracy i później całą robotę wykonuje lodówka. A kiedy przychodzi czas podania, wystarczy dorzucić garść malin i człowiek ma wrażenie, że właśnie zamówił deser w dobrej kawiarni.

Składniki (2 porcje):

  • 250 ml śmietanki 30%,
  • 100 ml mleka migdałowego lub kokosowego,
  • 2 łyżki erytrytolu,
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,
  • 2 płaskie łyżeczki żelatyny,
  • 2 łyżki zimnej wody,
  • 100 g świeżych malin.

Sos malinowy:

  • 100 g malin,
  • 1 łyżka erytrytolu,
  • 2–3 łyżki wody.

Żelatynę zalej zimną wodą i odstaw do napęcznienia. W rondelku podgrzej śmietankę z mlekiem, erytrytolem i wanilią. Masa powinna być gorąca, ale nie doprowadzaj jej do wrzenia. Dodaj napęczniałą żelatynę i dokładnie wymieszaj, aż całkowicie się rozpuści.

Przelej do pucharków i wstaw do lodówki na co najmniej cztery godziny.

W międzyczasie przygotuj sos. Maliny podgrzej z erytrytolem i odrobiną wody przez kilka minut, aż owoce się rozpadną. Jeśli wolisz gładki sos, przetrzyj go przez sitko.

Przed podaniem polej panna cottę malinowym sosem i udekoruj świeżymi malinami.

To jeden z tych deserów, które zawsze robią wrażenie, choć w rzeczywistości są wyjątkowo proste. Lubię takie przepisy, bo nie wymagają wielkich umiejętności ani długiej listy składników. Wystarczy trochę cierpliwości i miejsce w lodówce.

Od kiedy jem low carb, odkryłam, że wcale nie muszę rezygnować z deserów. Po prostu wyglądają trochę inaczej niż kiedyś. Nadal są kremowe, pachną wanilią i smakują jak mała nagroda po dobrym dniu. Różnica jest taka, że po takim deserze nie mam ochoty zdrzemnąć się z powodu nadmiaru cukru. 😄

I wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? Za każdym razem obiecuję sobie, że zostawię jedną porcję na następny dzień. I za każdym razem następnego dnia otwieram lodówkę z nadzieją... a tam czeka już tylko pusty pucharek. Wygląda na to, że w mojej kuchni panna cotta ma wyjątkową zdolność do znikania. Choć, jeśli mam być szczera, sprawca jest mi doskonale znany. 😊

Sałatka z tuńczykiem i jajkiem

Mam wrażenie, że mam pewien wyjątkowy talent. Otwieram lodówkę z myślą: „Zobaczę tylko, co w niej jest.” Pięć minut później stoję przy blacie z połową produktów wyciągniętych na wierzch i zastanawiam się, czy przypadkiem nie zaczęłam właśnie gotować. 😄 Dzisiaj było dokładnie tak samo. W planach nie było żadnego wielkiego obiadu, bo po tych ostatnich upałach nadal nie mam ochoty na ciężkie dania. Chciałam zjeść coś lekkiego, ale takiego, po czym za godzinę nie będę znowu zaglądać do lodówki.

Najpierw w ręce wpadły jajka. Potem zauważyłam puszkę tuńczyka. Obok leżał ogórek, kilka pomidorów i sałata, która najwyraźniej bardzo liczyła na to, że w końcu się nią zainteresuję. Spojrzałam na ten cały zestaw i pomyślałam: „No dobrze, skoro już wszyscy się zebrali, to nie ma sensu ich z powrotem chować.” 😄

Lubię takie przepisy najbardziej. Bez kombinowania, bez biegania do sklepu po jeden brakujący składnik i bez sterty naczyń do zmywania. Kilka minut krojenia, szybki sos i można usiąść z talerzem na balkonie. A jeśli do tego jest jeszcze kubek dobrej kawy, to właściwie niczego więcej mi nie potrzeba.

Składniki:

  • 1 puszka tuńczyka w sosie własnym,
  • 2 jajka ugotowane na twardo,
  • garść ulubionej sałaty,
  • 8–10 pomidorków koktajlowych,
  • pół świeżego ogórka,
  • kilka plasterków czerwonej cebuli,
  • garść oliwek (opcjonalnie),
  • 2 łyżki oliwy z oliwek,
  • łyżeczka musztardy Dijon,
  • sok z połowy cytryny,
  • sól i świeżo mielony pieprz.

Sałatę ułóż na talerzu lub w dużej misce. Dodaj pokrojone jajka, odsączonego tuńczyka, pomidorki, ogórka, cebulę i oliwki. W małym słoiczku wymieszaj oliwę, musztardę i sok z cytryny, dopraw pieprzem i odrobiną soli. Polej sałatkę tuż przed podaniem i delikatnie wymieszaj.

To jeden z tych przepisów, do których wracam regularnie, bo nigdy się nie nudzi. Raz dodam awokado, innym razem kilka kawałków sera feta albo garść pestek dyni. Za każdym razem smakuje trochę inaczej, ale jedno pozostaje niezmienne – robi się ją szybciej, niż zdążę zdecydować, jaki film włączyć do obiadu.

Coraz bardziej przekonuję się, że właśnie takie najprostsze dania zostają z nami na lata. Nie dlatego, że są spektakularne, ale dlatego, że sprawdzają się wtedy, kiedy życie toczy się swoim zwykłym rytmem. A przecież właśnie z takich zwyczajnych dni składa się większość naszego życia.

I chyba dlatego ta sałatka tak często ląduje na moim stole. Bo czasem najlepsze pomysły nie rodzą się podczas przeglądania książek kucharskich, tylko wtedy, gdy człowiek otwiera lodówkę z zamiarem wyjęcia... tylko masła. 😄

Zapiekana mozzarella z pomidorami i pesto

Dzisiaj miałam ambitny plan ugotować coś nowego. Naprawdę. Nawet przez chwilę przeglądałam przepisy i zastanawiałam się, czego dawno nie robiłam. Po dziesięciu minutach doszłam jednak do wniosku, że czasami człowiek sam sobie komplikuje życie. Zamknęłam telefon, otworzyłam lodówkę i postawiłam na coś, co praktycznie nie ma prawa się nie udać.

Na blacie wylądowała mozzarella, obok niej pomidory, a chwilę później wyciągnęłam jeszcze słoiczek zielonego pesto. I wtedy już wiedziałam, że z tego musi wyjść coś dobrego. Niektóre połączenia po prostu się nie starzeją. Nie potrzebują długiej listy składników ani wymyślnych dodatków. Wystarczy kilkanaście minut i po domu zaczyna rozchodzić się taki zapach, że człowiek co chwilę zagląda do piekarnika, jakby od samego patrzenia ser miał szybciej się rozpuścić. 😄

Składniki:

  • 2 kulki mozzarelli,
  • 2–3 dojrzałe pomidory,
  • 3 łyżki zielonego pesto,
  • 2 łyżki oliwy,
  • świeżo mielony pieprz,
  • kilka listków świeżej bazylii,
  • opcjonalnie garść prażonych orzeszków piniowych.

Pomidory pokrój w plastry i ułóż w niewielkim naczyniu do zapiekania. Na nich połóż pokrojoną mozzarellę, a całość polej oliwą i rozłóż łyżeczką pesto. Dopraw świeżo mielonym pieprzem i wstaw do piekarnika nagrzanego do 190°C na około 15 minut. Gdy ser zrobi się miękki i lekko zarumieniony, wyjmij naczynie, posyp świeżą bazylią i, jeśli lubisz, dodaj kilka prażonych orzeszków piniowych.

Najlepiej smakuje od razu, jeszcze gorąca, kiedy mozzarella pięknie się ciągnie, a pomidory są pełne soku. Świetnie sprawdzi się jako lekki obiad, kolacja albo przystawka do grillowanego mięsa.

Lubię takie przepisy, bo przypominają mi, że gotowanie nie musi być skomplikowane. Czasem największą robotę robi jakość składników, a nie długość listy zakupów. Coraz częściej przekonuję się, że właśnie takie dania zostają ze mną na dłużej. Nie dlatego, że są modne, ale dlatego, że po prostu chce się do nich wracać.

A jeśli jeszcze zastanawiacie się, czy warto mieć w lodówce słoiczek zielonego pesto, odpowiem za siebie – u mnie ratuje niejeden obiad. I podejrzewam, że jeszcze nieraz pojawi się na blogu, bo chyba tak jak ja, nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa. 

Mrożona matcha latte. Nie wierzyłam, że dołączę do tego zielonego szaleństwa

Gdyby ktoś jeszcze kilka miesięcy temu powiedział mi, że będę z przyjemnością piła zielony napój przypominający kolorem świeżo skoszony trawnik, popatrzyłabym na niego z lekkim niedowierzaniem. 😄 Przecież kawa to kawa, herbata to herbata, a matcha... no cóż, wydawała mi się modą, która za chwilę przeminie. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy pewnego dnia zrobiłam sobie pierwszą mrożoną matcha latte i pomyślałam: „No dobrze... chyba właśnie dołączyłam do tego całego zielonego szaleństwa.”

A że od rana mamy taki upał, że nawet powietrze chyba postanowiło wziąć urlop, w domu znowu obowiązuje tryb „jaskinia zbójców”. Rolety opuszczone, okna zamknięte i każdy szuka najchłodniejszego miejsca. Sisi od dawna śpi i nawet nie udaje, że ma ochotę na spacer. Hektor przeciągnął się tylko raz, spojrzał na mnie z miną: „Naprawdę chcesz się ruszać w taki dzień?” i wrócił do drzemki. Riko i Bubu również doszły do wniosku, że najlepszą strategią na przetrwanie jest absolutnie nic nie robić. Patrzę na całe to futrzaste towarzystwo i dochodzę do wniosku, że chyba wiedzą o życiu więcej niż my. 😄

Ja też odpuszczam wszystko, co może poczekać. Siadam na balkonie z wysoką szklanką pełną lodu i mrożoną matcha latte. Powiem Wam szczerze, że nie spodziewałam się, iż tak bardzo ją polubię. Jest delikatna, kremowa, lekko roślinna w smaku i niesamowicie orzeźwiająca. W taki dzień działa lepiej niż wachlarz i zdecydowanie smaczniej.

Składniki:

  • 1 łyżeczka dobrej jakości matchy,
  • 60 ml gorącej (nie wrzącej) wody,
  • 200 ml schłodzonego mleka migdałowego lub kokosowego,
  • 1–2 łyżeczki erytrytolu lub kilka kropel ulubionego słodzika,
  • dużo kostek lodu.

Matchę wsyp do miseczki, zalej gorącą wodą i dokładnie rozmieszaj bambusową miotełką lub małym spieniaczem, aż znikną wszystkie grudki. Do wysokiej szklanki wsyp kostki lodu, wlej schłodzone mleko i dodaj erytrytol. Na końcu delikatnie wlej przygotowaną matchę. Jeśli lubisz, możesz całość lekko wymieszać albo zostawić charakterystyczne zielono-białe warstwy.

To jeden z tych napojów, które najlepiej smakują wtedy, kiedy nic nie trzeba. Kiedy można usiąść w cieniu, wziąć głęboki oddech i przez chwilę po prostu odpocząć. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że lato wcale nie musi oznaczać ciągłego biegania. Czasem największym luksusem jest zimny napój, spokojna muzyka i świadomość, że przez najbliższe pół godziny nikt nic od nas nie chce.

A jeśli nadal zastanawiacie się, czy warto spróbować matchy, odpowiem tak: ja też się długo wzbraniałam. Teraz mam wrażenie, że to jedna z tych znajomości, które zaczynają się od ostrożnego „spróbuję tylko raz”, a kończą się pytaniem: „To kiedy znowu zrobię sobie następną?” 

Mini szaszłyczki caprese. Kiedy upał wygrywa z gotowaniem

Dzisiaj od samego rana jest taki upał, że już po otwarciu balkonu wiedziałam jedno – piekarnik ma dziś wolne. Kuchenka zresztą też. Nie mam najmniejszej ochoty dokładać do tego gorąca kolejnych kilku stopni. W domu panuje błogi spokój. Sisi śpi po porannym spacerze, Hektor rozciągnął się na swoim ulubionym miejscu, a Riko i Bubu najwyraźniej uznały, że przy takiej temperaturze każda aktywność jest mocno przereklamowana. Patrzę na to całe moje towarzystwo i dochodzę do wniosku, że chyba mają rację. Jest dopiero jedenasta, a ja już zastanawiam się, co przygotować na później, żeby było smacznie, lekko i przede wszystkim bez stania przy kuchence. W takie dni najbardziej lubię przepisy, które robi się niemal mimochodem. Kilka dobrych składników, pięć minut pracy i gotowe. Bez pośpiechu, bez bałaganu i bez narzekania, że w kuchni jest cieplej niż na balkonie. Mini szaszłyczki caprese są właśnie takim pomysłem. Robię je często latem, kiedy pomidory smakują najlepiej, bazylia pachnie na cały balkon, a mozzarella aż prosi się o to, żeby połączyć ją z czymś świeżym. Są idealne jako lekki lunch, kolacja albo przekąska, kiedy wpadają znajomi. I zawsze znikają szybciej, niż zdążę powiedzieć: „Poczekajcie, jeszcze zrobię zdjęcie na bloga!” 😄


Składniki:

  • 250 g mini mozzarelli,
  • około 20 pomidorków koktajlowych,
  • garść świeżych listków bazylii,
  • 2 łyżki oliwy z oliwek,
  • łyżeczka kremu balsamicznego,
  • sól i świeżo mielony pieprz,
  • drewniane patyczki do szaszłyków.

Na każdy patyczek nadziewaj kolejno pomidorka, listek bazylii i kulkę mozzarelli. Układaj gotowe szaszłyczki na półmisku. W małej miseczce wymieszaj oliwę z kremem balsamicznym, dopraw pieprzem i odrobiną soli, a następnie delikatnie skrop gotową przekąskę. To naprawdę wszystko.

Lubię takie przepisy, bo przypominają mi, że dobre jedzenie wcale nie musi być skomplikowane. Czasem wystarczy kupić dobre pomidory, pachnącą bazylię i świeżą mozzarellę. Reszta dzieje się właściwie sama.

Coraz częściej dochodzę też do wniosku, że kuchnia low carb najlepiej sprawdza się właśnie latem. Nie trzeba godzinami gotować, żeby na talerzu było kolorowo, świeżo i naprawdę smacznie. A kiedy za oknem leje się żar z nieba, to dla mnie naprawdę najlepsza wiadomość.

No dobrze... moje futrzane towarzystwo nadal śpi, więc chyba wykorzystam tę ciszę, zrobię sobie kawę i zjem kilka szaszłyczków, zanim ktoś obudzi się z drzemki i zacznie sprawdzać, czy przypadkiem nie mam dla niego czegoś dobrego. Z Hektorem nigdy nic nie wiadomo. 

Lody malinowo-kokosowe. Plan był ambitny... wyszło jak zwykle

Niedziela ma u mnie zupełnie inny rytm niż pozostałe dni tygodnia. Rano Eucharystia, później spokojna kawa i ten przyjemny moment, kiedy nigdzie nie trzeba się spieszyć. Lubię takie popołudnia. Człowiek siada na balkonie, patrzy na kwiaty, słucha, co dzieje się za oknem, i nagle dochodzi do wniosku, że jedyne, czego jeszcze brakuje do pełni szczęścia, to coś zimnego i pysznego. Dzisiaj wybór padł na lody malinowo-kokosowe. Przyznam, że za każdym razem, kiedy wyciągam z zamrażarki mrożone maliny, obiecuję sobie, że zrobię większą porcję i część zostawię na później. Jeszcze ani razu mi się to nie udało. Najwyraźniej te lody mają jakąś tajemniczą właściwość – znikają zdecydowanie szybciej, niż trwa ich przygotowanie.

Składniki:

  • 250 g mrożonych malin,
  • 200 ml schłodzonego mleczka kokosowego (gęstej części),
  • 2–3 łyżki erytrytolu,
  • kilka kropel ekstraktu waniliowego,
  • opcjonalnie łyżka wiórków kokosowych.

Wszystkie składniki wrzuć do blendera i miksuj do uzyskania gładkiej, kremowej konsystencji. Jeśli masa będzie zbyt gęsta, dodaj odrobinę mleczka kokosowego. Jeśli wolisz bardziej zwartą konsystencję, włóż lody na 20–30 minut do zamrażarki, chociaż u mnie ten etap praktycznie nigdy nie dochodzi do skutku.

Przełóż lody do pucharków i posyp wiórkami kokosowymi albo kilkoma świeżymi malinami. Możesz dodać również listki mięty, jeśli akurat masz je pod ręką.

To jeden z tych deserów, który przypomina mi, dlaczego tak polubiłam kuchnię low carb. Nie muszę wybierać między czymś pysznym a tym, co dobrze wpisuje się w mój sposób odżywiania. Mogę zjeść kremowe, owocowe lody i nie mieć poczucia, że właśnie "zgrzeszyłam". A to, uwierzcie, jest bardzo przyjemne uczucie.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie bawi. Za każdym razem mówię sobie, że zrobię dwie porcje – jedną dla siebie, a drugą zostawię na później. I za każdym razem kończy się tak samo. Patrzę na pusty pucharek i zastanawiam się, kto zjadł tę drugą. Mam pewne podejrzenia... ale dowodów nadal brak. 

Ice tea brzoskwiniowa bez cukru

Popołudnie powoli przechodzi w wieczór, ale termometr chyba o tym nie wie. Upał ani myśli odpuszczać. W moim domu od rana trwa więc akcja pod kryptonimem „Jaskinia zbójców”. Wszystkie rolety opuszczone, okna zamknięte i człowiek przemyka z pokoju do pokoju z nadzieją, że nie wypuści ani odrobiny tego przyjemnego chłodu. Śmieję się, że gdyby ktoś zajrzał z zewnątrz do środka, pewnie pomyślałby, że przygotowuję się na zaćmienie słońca. Ale wiecie co? Działa! W mieszkaniu da się oddychać, a ja mogę spokojnie usiąść z książką, popracować nad blogiem i od czasu do czasu zajrzeć do lodówki w poszukiwaniu czegoś naprawdę zimnego. I właśnie wtedy przypomniałam sobie o domowej ice tea. Kiedyś kupowałam gotową, bo wydawało mi się, że tak jest szybciej. Dopiero kiedy zaczęłam zwracać uwagę na skład, dotarło do mnie, ile cukru potrafi kryć się w jednej butelce. Pomyślałam, że przecież mogę zrobić własną. Taką, która będzie smakowała herbatą i brzoskwiniami, a nie syropem z dodatkiem aromatu. Od tamtej pory ten napój pojawia się u mnie przez całe lato. Wystarczy zaparzyć mocniejszą czarną herbatę, dobrze ją schłodzić i dodać dojrzałą brzoskwinię zblendowaną z odrobiną soku z cytryny oraz erytrytolem. Do tego kostki lodu, kilka listków mięty i plasterek cytryny. Cała filozofia.

Składniki:

  • 2 torebki czarnej herbaty,
  • 700 ml gorącej wody,
  • 1 duża, dojrzała brzoskwinia,
  • 1–2 łyżki erytrytolu (lub do smaku),
  • sok z połowy cytryny,
  • garść kostek lodu,
  • kilka listków świeżej mięty,
  • plasterki cytryny do podania.

Herbatę zaparz i odstaw do całkowitego wystudzenia. Brzoskwinię zblenduj z sokiem z cytryny i erytrytolem. Połącz mus z zimną herbatą, dokładnie wymieszaj i schłodź w lodówce. Przed podaniem dorzuć kostki lodu, miętę i plasterki cytryny.

Najbardziej lubię nalać ją do wysokiej szklanki i usiąść na balkonie późnym popołudniem, kiedy słońce robi się trochę łagodniejsze. To taki moment, kiedy dzień zwalnia, człowiek bierze pierwszy łyk i myśli, że jednak lato potrafi być całkiem przyjemne.

Lubię właśnie takie przepisy. Nie udają niczego. Są proste, robi się je w kilka minut, a później tylko pozostaje zastanawiać się, dlaczego ten dzbanek znowu tak szybko zrobił się pusty. Mam swoją teorię – w upały napoje po prostu... parują. Oczywiście przez nasze szklanki. 

Grillowana cukinia faszerowana mięsem i mozzarellą

Są takie dni, kiedy człowiek rano myśli: „Dzisiaj na spokojnie zjem śniadanie, później obiad…” A potem orientuje się, że jest wieczór i jedyne, co regularnie dziś spożywał, to kawa. Dzisiaj właśnie tak wyglądał mój dzień. Wakacje wakacjami, ale od rana tyle się działo, że jedzenie zeszło na dalszy plan. Co chwilę mówiłam sobie: „Jeszcze tylko skończę to, jeszcze odpiszę na jedną wiadomość, jeszcze przygotuję jedną rzecz…”. I zanim się obejrzałam, zrobiła się pora kolacji. Na szczęście w lodówce czekały dwie cukinie. I chyba właśnie za to lubię gotowanie najbardziej. Nie zawsze trzeba mieć wielki plan. Czasem wystarczy otworzyć lodówkę, połączyć kilka prostych składników i nagle okazuje się, że powstało coś, co wygląda jak z restauracji. Ta faszerowana cukinia to jedna z tych kolacji, które robią się właściwie same. Jest sycąca, pełna smaku i idealnie wpisuje się w mój sposób odżywiania. A ten moment, kiedy mozzarella zaczyna się pięknie ciągnąć... no cóż, wtedy wiem, że warto było jednak znaleźć te dwadzieścia minut na gotowanie. 

Składniki (2 porcje):

  • 2 średnie cukinie,
  • 300 g mielonego mięsa (u mnie najczęściej indyk lub wołowina),
  • 1 mała cebula,
  • 2 ząbki czosnku,
  • 150 g mozzarelli,
  • 2 łyżki passaty pomidorowej,
  • łyżeczka oregano,
  • pół łyżeczki bazylii,
  • sól i świeżo mielony pieprz,
  • oliwa do smażenia,
  • świeża bazylia do podania.

Cukinie przekrój wzdłuż i delikatnie wydrąż środek. Posmaruj je odrobiną oliwy i podpiecz na grillu lub patelni grillowej przez kilka minut.

Na drugiej patelni podsmaż cebulę i czosnek, dodaj mięso mielone i smaż, aż będzie dobrze zarumienione. Wlej passatę, dopraw oregano, bazylią, solą i pieprzem. Gotowym farszem wypełnij cukinie, ułóż na nich plastry mozzarelli i zapiekaj około 10–15 minut, aż ser pięknie się rozpuści i lekko zarumieni. Na koniec dodaj kilka listków świeżej bazylii.

Najbardziej lubię takie przepisy. Bez skomplikowanych składników, bez sterty naczyń do zmywania i bez spędzania pół wieczoru w kuchni. Bo umówmy się... po całym dniu człowiek chce już po prostu usiąść, zjeść coś dobrego i odpocząć.

Coraz częściej przekonuję się, że kuchnia low carb wcale nie jest ograniczeniem. Wręcz przeciwnie. Dzięki niej odkryłam mnóstwo prostych dań, których wcześniej pewnie nawet bym nie przygotowała. I wiecie co? W ogóle mi nie brakuje klasycznych zapiekanek czy makaronów.

A teraz wybaczcie... moja cukinia właśnie na mnie czeka. I mam przeczucie, że jeśli za chwilę nie usiądę do kolacji, ktoś w domu będzie próbował sprawdzić, czy przypadkiem nie zostawiłam jej specjalnie dla niego. 

Fasolka szparagowa z boczkiem i masłem czosnkowym - smak, który zawsze kojarzy mi się z latem

Są takie potrawy, które potrafią przenieść człowieka w czasie. Wystarczy pierwszy kęs i nagle przypomina mi się ogród mojej babci, miska świeżo zebranej fasolki i to słynne pytanie: „Pomożesz obierać?” Oczywiście pomagałam... przez jakieś pięć minut. Potem nagle przypominało mi się, że przecież muszę pilnie pobawić się na podwórku. 😄 Z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że najwięcej pracy przy fasolce zawsze wykonywał ktoś inny, a ja pojawiałam się idealnie w momencie, kiedy trafiała na talerz.

Dzisiaj już nie ma tak dobrze. Teraz sama obieram, gotuję i smażę. Ale wiecie co? Wcale mi to nie przeszkadza, bo zapach masła z czosnkiem unoszący się po całej kuchni wynagradza wszystko.

Lato bez fasolki szparagowej? Dla mnie to chyba niemożliwe. A jeśli dołożyć do niej chrupiący boczek i odrobinę czosnkowego masła, powstaje danie, które mogłabym jeść kilka razy w tygodniu i chyba wciąż by mi się nie znudziło.


Składniki:

  • 500 g zielonej fasolki szparagowej,
  • 150 g boczku wędzonego,
  • 40 g masła,
  • 2 ząbki czosnku,
  • sól i świeżo mielony pieprz,
  • opcjonalnie odrobina świeżej natki pietruszki.

Fasolkę ugotuj w osolonej wodzie tak, aby była miękka, ale nadal lekko chrupiąca. W międzyczasie pokrój boczek w kostkę i podsmaż go na suchej patelni, aż stanie się złocisty i chrupiący. Dodaj masło oraz przeciśnięty przez praskę czosnek. Wystarczy minuta, żeby kuchnię wypełnił ten zapach, od którego od razu robię się głodna. Dołóż ugotowaną fasolkę i delikatnie wymieszaj, żeby każda była otulona czosnkowym masłem. Dopraw świeżo mielonym pieprzem i, jeśli potrzeba, odrobiną soli. Na koniec możesz posypać całość natką pietruszki.

To jeden z tych przepisów, które pokazują, że naprawdę nie potrzeba wielu składników, żeby zjeść coś pysznego. Czasami wystarczy dobre masło, trochę czosnku i sezonowe warzywa. Reszta robi się właściwie sama.

Bardzo lubię takie obiady. Są szybkie, sycące i idealnie wpisują się w mój sposób odżywiania. A odkąd jestem na diecie low carb, jeszcze bardziej doceniam proste przepisy, które nie wymagają godzin spędzonych w kuchni.

I powiem Wam coś jeszcze... Zawsze śmieję się, że boczek dodaje potrawom +10 do smaku. 😄 Nie wiem, czy to naukowo potwierdzone, ale w mojej kuchni ta teoria sprawdza się zaskakująco często. Jeśli macie teraz dostęp do świeżej fasolki szparagowej, koniecznie wypróbujcie ten przepis. Jest prosty, pachnie latem i przypomina, że najlepsze dania bardzo często rodzą się z kilku zwyczajnych składników. A takie przepisy zostają z nami na lata.

Omlet caprese. Tak właśnie smakują moje spokojne sobotnie poranki

Dzień dobry! 

Jest sobota, kilka minut po dziesiątej. Za oknem wreszcie więcej słońca niż chmur i od razu człowiek ma więcej energii. Uwielbiam takie wakacyjne poranki. Nie dzwoni budzik, nie trzeba sprawdzać godziny co pięć minut i zastanawiać się, czy na pewno o niczym nie zapomniałam. Mogę spokojnie otworzyć okno, zaparzyć kawę i pomyśleć, na co mam dziś ochotę. Jeszcze kilka lat temu sobotnie śniadanie wyglądało u mnie zupełnie inaczej. Bułki, drożdżówki, czasem tosty. Było smacznie, ale po godzinie znowu zaglądałam do lodówki z pytaniem: „To co by tu jeszcze zjeść?”. 

Dzisiaj wygląda to zupełnie inaczej. Odkąd przeszłam na low carb, nauczyłam się, że śniadanie może być sycące, pełne smaku i jednocześnie naprawdę proste. A omlet caprese jest tego najlepszym przykładem.

Składniki:

  • 3 jajka,
  • 70 g mozzarelli,
  • garść pomidorków koktajlowych,
  • kilka listków świeżej bazylii,
  • łyżka oliwy,
  • sól i świeżo mielony pieprz,
  • opcjonalnie kilka kropli kremu balsamicznego.

Jajka roztrzep z odrobiną soli i pieprzu. Wlej masę na rozgrzaną patelnię z oliwą. Kiedy omlet zacznie się ścinać, ułóż na nim pokrojoną mozzarellę i połówki pomidorków. Przykryj patelnię na chwilę, żeby ser delikatnie się rozpuścił. Na koniec dodaj świeżą bazylię i, jeśli lubisz, kilka kropli kremu balsamicznego.

Gotowe. Naprawdę tyle wystarczy.

Lubię ten omlet nie tylko za smak. Lubię go za to, że przypomina mi, iż dobre jedzenie wcale nie musi być skomplikowane. Kilka świeżych składników potrafi zrobić większe wrażenie niż dania, przy których spędza się pół dnia w kuchni.

I chyba właśnie to najbardziej podoba mi się w mojej kuchni od czasu, gdy jem niskowęglowodanowo. Coraz rzadziej szukam wymyślnych przepisów. Zamiast tego wybieram takie, które pozwalają mi usiąść przy stole, spokojnie zjeść śniadanie i cieszyć się sobotnim porankiem.

No i jest jeszcze jedna zaleta... Po takim śniadaniu nie mam ochoty od razu podjadać. Za to mam siłę na spacer, książkę, trochę pracy nad blogiem albo po prostu na nicnierobienie. A w wakacje to przecież jedna z najprzyjemniejszych rzeczy. 

Mam nadzieję, że jeśli dziś jeszcze zastanawiacie się, co przygotować na śniadanie, ten omlet będzie dla Was inspiracją. U mnie na pewno jeszcze nieraz zagości na talerzu, zwłaszcza w takie słoneczne, spokojne soboty. 

Shake czekoladowy high protein - mój sposób na słodką chwilę

Słońce dziś chyba nie może się zdecydować. Raz odważnie wychodzi zza chmur, a za chwilę znowu się chowa. Jest około dwudziestu stopni, idealnie na spacer, książkę na balkonie albo... porządnie schłodzony czekoladowy shake. W wakacje najbardziej lubię właśnie takie dni. Nic nie goni, nic nie trzeba robić na już, a ja mogę spokojnie usiąść z kubkiem kawy i pomyśleć, na co mam ochotę. No dobrze... najczęściej odpowiedź brzmi: na czekoladę. Na szczęście od kiedy przeszłam na low carb, nauczyłam się jednego. Nie trzeba wybierać między zdrowym odżywianiem a małymi przyjemnościami. Kiedy dopada mnie ochota na coś słodkiego, nie biegnę do sklepu po batonika. Otwieram szafkę, wyciągam odżywkę białkową i po kilku minutach mam deser, który smakuje jak czekoladowy koktajl z kawiarni.

Przyznam się Wam do czegoś. Kiedyś myślałam, że wszystkie proteinowe shake'i smakują jak karton z dodatkiem kakao. Jeśli też macie takie wspomnienia, to witam w klubie! Na szczęście czasy się zmieniły, a dobrze dobrane składniki potrafią zrobić naprawdę świetną robotę.

Składniki:

  • 250 ml mleka migdałowego bez cukru (lub innego ulubionego mleka low carb),
  • 30 g czekoladowej odżywki białkowej,
  • łyżeczka gorzkiego kakao,
  • kilka kostek lodu,
  • opcjonalnie łyżka śmietanki 30% dla jeszcze bardziej kremowej konsystencji,
  • szczypta cynamonu lub kilka kropel ekstraktu waniliowego.

Wystarczy wrzucić wszystko do blendera i zmiksować przez około minutę. Gotowe. Jeśli lubicie naprawdę zimne napoje, możecie wcześniej schłodzić szklankę albo dorzucić więcej lodu.

To jeden z tych przepisów, które ratują mnie wtedy, gdy nie mam czasu przygotowywać większego posiłku albo po prostu mam ochotę na coś dobrego między obiadem a kolacją. Jest kremowy, mocno czekoladowy i naprawdę syci dzięki dużej ilości białka.

Najbardziej lubię wypić go po spacerze albo usiąść z nim na balkonie, kiedy słońce w końcu wygra z chmurami. W takie wakacyjne dni człowiek od razu ma lepszy humor. A jeśli do tego może wypić coś, co smakuje jak deser, a jednocześnie wpisuje się w dietę low carb... to dla mnie brzmi jak całkiem dobry plan.

Powiem Wam jeszcze jedno. Dawniej dieta kojarzyła mi się z ciągłym odmawianiem sobie wszystkiego. Dzisiaj coraz częściej odkrywam, że największą frajdę sprawia właśnie szukanie takich przepisów. Prostych, szybkich i takich, po których nie ma się poczucia, że jest się na jakiejkolwiek diecie. I chyba właśnie dlatego lubię kuchnię low carb coraz bardziej.

Jeśli macie swój ulubiony smak odżywki białkowej albo własny patent na proteinowy shake, koniecznie dajcie znać. Chętnie wypróbuję kolejne połączenia, bo coś czuję, że tego lata blender będzie miał u mnie naprawdę sporo pracy. 

Sałatka z halloumi i arbuzem. Lato zamknięte na talerzu

Są takie przepisy, które odkrywa się trochę przez przypadek. Wystarczy spojrzeć do lodówki i pomyśleć: „A gdyby tak połączyć to z tym?”. Właśnie tak było z tą sałatką. Halloumi czekało na swoją kolej, na blacie leżał soczysty arbuz, a ja miałam ochotę na coś lekkiego, kolorowego i zupełnie innego niż zwykle. Przyznam, że kiedy pierwszy raz usłyszałam o połączeniu sera z arbuzem, nie byłam przekonana. Dziś już wiem, dlaczego ten duet ma tylu fanów. Ciepły, lekko chrupiący halloumi świetnie kontrastuje z chłodnym, soczystym arbuzem, a całość smakuje naprawdę letnio. W wersji low carb wystarczy po prostu nie przesadzać z ilością arbuza – dzięki temu nadal możemy cieszyć się jego smakiem, nie dostarczając zbyt wielu węglowodanów.

Do przygotowania dwóch porcji potrzebujesz 

  • 200 g sera halloumi, 
  • 120 g arbuza, 
  • garść miksu sałat, 
  • garść rukoli, 
  • kilka pomidorków koktajlowych, 
  • pół małego ogórka, 
  • kilka listków świeżej mięty 
  • garść posiekanych pistacji lub orzechów włoskich.

Na dressing wymieszaj dwie łyżki oliwy z oliwek, łyżkę soku z cytryny, odrobinę musztardy dijon, sól i świeżo mielony pieprz.

Halloumi pokrój w plastry i podsmaż na suchej patelni z obu stron, aż stanie się złocisty. W międzyczasie przygotuj warzywa i pokrój arbuza w większą kostkę. Na talerzu ułóż sałaty, dodaj ogórka, pomidorki i arbuza, a na wierzchu połóż jeszcze ciepłe plastry sera. Polej całość dressingiem i posyp pistacjami oraz listkami mięty.

Lubię takie obiady i kolacje najbardziej. Nie trzeba długo gotować, kuchnia pozostaje prawie czysta, a na talerzu od razu robi się kolorowo. To jeden z tych posiłków, które najlepiej smakują na tarasie, balkonie albo po prostu przy otwartym oknie, kiedy do środka wpada letnie powietrze.

Coraz częściej przekonuję się, że kuchnia niskowęglowodanowa wcale nie musi oznaczać ciężkich dań z mięsem. Latem aż chce się jeść więcej świeżych warzyw, ziół i prostych składników, które same w sobie mają mnóstwo smaku. Ta sałatka jest tego najlepszym przykładem. Jest sycąca dzięki halloumi, świeża dzięki warzywom i ma w sobie odrobinę słodyczy, która sprawia, że trudno poprzestać na jednej porcji.

Jeśli jeszcze nie próbowaliście takiego połączenia, dajcie mu szansę. Ja też kiedyś podchodziłam do niego z dystansem, a dziś wracam do niego przez całe lato. Czasem właśnie te najbardziej nieoczywiste przepisy okazują się tymi, które zostają z nami na dłużej. 

Sernik w pucharku z borówkami. Kiedy ma się ochotę na coś słodkiego, ale nie na pieczenie

Ostatnio łapię się na tym, że coraz częściej wybieram desery, które robi się szybciej, niż nagrzewa piekarnik. W takie ciepłe dni naprawdę nie mam ochoty stać w kuchni przez godzinę, a przecież to nie znaczy, że trzeba rezygnować z małych przyjemności. Czasem wystarczy kilka składników, pięć minut i ulubiony pucharek, żeby zwykłe popołudnie zrobiło się od razu trochę lepsze. Ten deser powstał właśnie w taki dzień. Otworzyłam lodówkę, zobaczyłam mascarpone, serek wiejski i pudełko borówek. Reszta zrobiła się właściwie sama. Pierwsza łyżeczka wystarczyła, żebym wiedziała, że będę do niego wracać przez całe lato.

Do przygotowania dwóch większych porcji potrzebujesz 

  • 250 g serka mascarpone, 
  • 200 g serka wiejskiego, najlepiej zmiksowanego na gładko, 
  • dwóch–trzech łyżek erytrytolu pudru, 
  • łyżeczki ekstraktu waniliowego 
  • 150 g świeżych borówek. 

Jeśli lubisz bardziej wyrazisty smak, możesz dodać odrobinę skórki otartej z cytryny.

Mascarpone, zmiksowany serek wiejski, erytrytol i wanilię przełóż do miski i krótko zmiksuj, tylko do połączenia składników. Masa powinna być gładka, puszysta i lekka. Na dno pucharków wsyp garść borówek, nałóż warstwę kremu, potem ponownie owoce i jeszcze jedną porcję kremu. Wierzch udekoruj borówkami i kilkoma posiekanymi pistacjami albo płatkami migdałów. Jeśli masz świeżą miętę, jeden listek będzie idealnym dopełnieniem.

Najlepiej smakuje dobrze schłodzony, dlatego warto wstawić go na pół godziny do lodówki. Chociaż przyznam się, że u mnie rzadko udaje mu się tyle postać. Zwykle kończy się na tym, że robię zdjęcie... i zaraz potem zjadam pół pucharka.

Lubię takie przepisy najbardziej. Nie wymagają wielkich przygotowań, nie brudzą połowy kuchni, a wyglądają tak, jakby włożyło się w nie znacznie więcej pracy. Są idealne wtedy, kiedy wpadają goście, ale też wtedy, kiedy po prostu ma się ochotę usiąść na balkonie z filiżanką kawy i czymś naprawdę dobrym.

Mam wrażenie, że właśnie takie desery najlepiej pokazują, że kuchnia niskowęglowodanowa nie polega na ciągłych wyrzeczeniach. Wręcz przeciwnie. Można zjeść kremowy sernik z borówkami, nie włączać piekarnika i jeszcze mieć poczucie, że zrobiło się dla siebie coś naprawdę miłego. A latem chyba właśnie o takie małe przyjemności chodzi najbardziej. 

Hummus z kalafiora. Nawet nie przypuszczałam, że tak bardzo go polubię

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o hummusie z kalafiora, pomyślałam, że to chyba jedna z tych kulinarnych modyfikacji, które nie mają większego sensu. Bo jak kalafior ma zastąpić ciecierzycę? Okazało się jednak, że czasami naprawdę warto dać szansę nowym pomysłom. Od tamtej pory ten hummus robię regularnie, zwłaszcza latem. Jest lekki, kremowy, świetnie smakuje schłodzony i pasuje do wszystkiego. Smaruję nim keto pieczywo, podaję z pokrojonymi warzywami, zabieram do pracy jako dodatek do lunchboxa, a czasem po prostu wyjadam go łyżeczką prosto z miseczki. Tak, zdarza mi się. 😄

  • Do przygotowania potrzebujesz 
  • około 500 g różyczek kalafiora, 
  • dwóch łyżek pasty tahini, 
  • dwóch łyżek oliwy, 
  • ząbka czosnku, 
  • soku z połowy cytryny, 
  • pół łyżeczki mielonego kminu rzymskiego,
  •  soli 
  • pieprzu. 

Jeśli lubisz bardziej wyrazisty smak, możesz dodać szczyptę wędzonej papryki albo odrobinę płatków chili.

Kalafior ugotuj na parze albo upiecz w piekarniku. Ja częściej wybieram pieczenie, bo warzywo nabiera wtedy delikatnie słodkiego smaku i nie jest tak wodniste. Po przestudzeniu wrzuć go do blendera razem z pozostałymi składnikami i miksuj do momentu, aż masa będzie gładka i kremowa. Jeśli hummus wydaje się zbyt gęsty, dolej odrobinę zimnej wody albo jeszcze łyżkę oliwy.

Najbardziej lubię podać go w niewielkiej miseczce, skropionego oliwą i posypanego natką pietruszki albo prażonym sezamem. Obok układam słupki ogórka, selera naciowego, papryki i rzodkiewki. To jedna z tych przekąsek, po które sięga się zupełnie bez zastanowienia, a po chwili okazuje się, że miseczka jest już pusta.

Lubię takie przepisy, bo pokazują, że kuchnia niskowęglowodanowa potrafi zaskakiwać. Nie trzeba rezygnować z ulubionych smaków ani godzinami stać przy kuchence. Czasem wystarczy zwykły kalafior, kilka przypraw i blender, żeby powstało coś, co zostaje z nami na dłużej. I mam przeczucie, że jeśli raz spróbujecie tej wersji hummusu, to będzie do niej wracać równie często jak ja.

Domowa lemoniada z miętą i limonką. Czasem najprostsze rzeczy smakują najlepiej

Latem w mojej lodówce prawie zawsze stoi dzbanek z czymś zimnym. Nie dlatego, że nie lubię zwykłej wody, ale czasami po prostu ma się ochotę na coś bardziej orzeźwiającego. Kiedy za oknem jest gorąco, nie szukam kolorowych napojów ze sklepu ani gotowych lemoniad pełnych cukru. Kilka plasterków limonki, świeża mięta i kostki lodu potrafią zrobić znacznie lepszą robotę.

To jest właśnie jeden z tych przepisów, którego właściwie nie da się zepsuć. Robi się go w kilka minut, wygląda pięknie w szklanym dzbanku i świetnie sprawdza się podczas letnich spotkań w ogrodzie, na balkonie albo po prostu po ciężkim dniu. Najbardziej lubię przygotować go rano i wstawić do lodówki. Kilka godzin później mięta oddaje cały swój aromat, limonka przyjemnie odświeża, a napój smakuje jeszcze lepiej.

Do dzbanka o pojemności około półtora litra wlej litr zimnej wody gazowanej lub niegazowanej i około pół litra bardzo zimnej wody mineralnej. Dodaj jedną limonkę pokrojoną w cienkie plasterki, garść świeżej mięty i dwie–trzy łyżki erytrytolu. Jeśli lubisz bardziej wyrazisty smak, wyciśnij jeszcze sok z połowy limonki. Całość delikatnie wymieszaj i dorzuć sporą garść kostek lodu. Przed podaniem możesz wrzucić kilka plasterków ogórka – nie każdy o tym wie, ale dodają fantastycznej świeżości.

Lemoniada najlepiej smakuje dobrze schłodzona. Czasami dorzucam do niej kilka mrożonych malin albo borówek. Nie zmieniają smaku zbyt mocno, ale wyglądają pięknie i przy okazji zastępują kostki lodu. To taki drobiazg, który sprawia, że zwykły napój wygląda jak podany w letniej kawiarni.

Najbardziej lubię jednak to, że mogę przygotować dokładnie taką wersję, na jaką mam ochotę. Raz dodaję więcej mięty, innym razem więcej limonki, a czasem wrzucam kilka listków świeżej melisy z ogródka. Nie ma tutaj jednego idealnego przepisu i chyba właśnie za to lubię domową lemoniadę najbardziej.

Latem naprawdę nie potrzeba wiele, żeby zrobić sobie małą przyjemność. Dzbanek zimnej lemoniady, kilka kostek lodu i chwila odpoczynku na balkonie potrafią poprawić humor bardziej niż niejeden deser. A jeśli przy okazji można ograniczyć cukier i nadal cieszyć się świetnym smakiem, to dla mnie jest to dodatkowy powód, żeby ten przepis wracał przez całe wakacje. 

Kolorowe kotleciki z indyka w wersji niskowęglowodanowej

Lubię przepisy, które nie udają niczego skomplikowanego. Kilka prostych składników, jedna miska, chwila krojenia i po kilkunastu minutach na stole ląduje obiad, który smakuje całej rodzinie. Tak właśnie jest z tymi kotlecikami. Za każdym razem, kiedy je robię, obiecuję sobie, że kilka zostawię na następny dzień do pracy. I za każdym razem kończy się tak samo – po obiedzie zostają co najwyżej okruszki. Sekret tkwi w tym, że mięso nie jest mielone. Pierś z indyka kroję w bardzo drobną kostkę, dzięki czemu kotleciki mają zupełnie inną strukturę. Są soczyste, delikatne i pełne kolorowych warzyw, które nie tylko świetnie wyglądają, ale też dodają smaku. To jeden z tych przepisów, przy których nawet osoby niezainteresowane dietą niskowęglowodanową pytają o dokładkę.

Do przygotowania potrzebujesz: 

  • około 600 g piersi z indyka pokrojonej w bardzo drobną kostkę, 
  • pół czerwonej papryki, 
  • niewielkiej cukinii, 
  • kilku dymek razem ze szczypiorkiem, 
  • garści natki pietruszki, 
  • dwóch jajek, 
  • 100 g tartej mozzarelli, 
  • trzech łyżek mielonych migdałów, 
  • łyżki siemienia lnianego, 
  • ząbka czosnku, 
  • łyżeczki musztardy, 
  • soli, 
  • pieprzu, 
  • słodkiej papryki 
  • odrobiny suszonego oregano.

Wszystkie składniki przekładam do jednej miski i dokładnie mieszam. Masa powinna być gęsta i dobrze się kleić. Jeśli wydaje się zbyt luźna, wystarczy dosypać jeszcze odrobinę mielonych migdałów. Najlepiej odstawić ją na piętnaście minut, żeby składniki dobrze się połączyły.

Na patelni rozgrzewam masło klarowane i nakładam niewielkie porcje masy. Nie robię dużych kotletów. Mniejsze łatwiej przewrócić i równomiernie się smażą. Wystarczy około czterech minut z każdej strony, aż będą pięknie rumiane i chrupiące na zewnątrz, a w środku pozostaną soczyste.

Najczęściej podaję je z dużą miską sałaty, sosem czosnkowym na bazie jogurtu greckiego albo z prostym dipem z awokado. Świetnie smakują również na zimno, dlatego bardzo często pakuję je do lunchboxa. Wystarczy kilka pomidorków, kawałek ogórka i gotowy obiad do pracy.

To właśnie takie przepisy najbardziej lubię mieć pod ręką. Nie wymagają wyszukanych produktów, można je przygotować z tego, co akurat jest w lodówce, a przy okazji są sycące, kolorowe i naprawdę pełne smaku. Dzięki nim kolejny raz przekonuję się, że kuchnia niskowęglowodanowa wcale nie oznacza monotonii. Wręcz przeciwnie – im dłużej gotuję w tym stylu, tym więcej odkrywam prostych dań, do których chce się wracać. 

Keto wrap, który uratował niejeden zabiegany dzień

Są przepisy, do których wracam nie dlatego, że są wyjątkowo efektowne, ale dlatego, że po prostu ułatwiają życie. Ten wrap zdecydowanie do nich należy. Kiedy wiem, że przede mną długi dzień, nie będę miała czasu spokojnie zjeść obiadu albo po prostu potrzebuję czegoś, co mogę zapakować do pudełka i zabrać ze sobą, najczęściej wybór pada właśnie na niego.

Lubię takie jedzenie. Nic się nie rozsypuje, nie trzeba nosić kilku pojemników, a po rozkrojeniu wygląda naprawdę apetycznie. Co ważne, za każdym razem może smakować trochę inaczej, bo wystarczy zmienić dodatki i powstaje zupełnie nowy lunch.

Sam placek jest bardzo prosty. Potrzebujesz 3 jajek, 100 g serka śmietankowego, 40 g tartej mozzarelli, 20 g mielonego siemienia lnianego, szczypty soli, pieprzu i pół łyżeczki czosnku granulowanego. Wszystkie składniki zmiksuj na gładką masę, wylej cienko na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i piecz około 15 minut w temperaturze 180 stopni. Po wystudzeniu bez problemu zwija się w rulon i nie pęka.

Najbardziej lubię wypełnić go serkiem śmietankowym wymieszanym z łyżeczką zielonego pesto. Na to układam plastry pieczonego kurczaka, rukolę, kilka plasterków ogórka, pomidorki koktajlowe przekrojone na pół i cienkie plasterki awokado. Czasem dorzucam jeszcze odrobinę tartego parmezanu albo kilka listków świeżej bazylii. Potem wystarczy ciasno zwinąć całość, zawinąć na kilkanaście minut w papier do pieczenia i pokroić na pół.

Najczęściej przygotowuję go wieczorem, dzięki czemu rano tylko wyjmuję z lodówki i wkładam do lunchboxa. Smakuje świetnie również po kilku godzinach, dlatego często zabieram go do pracy. Nie rozmięka, nie traci smaku i naprawdę syci na długo.

To właśnie takie przepisy najbardziej lubię mieć pod ręką. Nie są skomplikowane, nie wymagają egzotycznych składników, a sprawiają, że znacznie łatwiej trzymać się diety niskowęglowodanowej nawet wtedy, kiedy dzień pędzi od samego rana. A przy okazji są po prostu bardzo smaczne. I chyba właśnie dlatego ten keto wrap tak często ląduje w moim lunchboxie. 

Keto naleśniki. Tak dobre, że naprawdę nie tęsknię za tymi z mąki pszennej

Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że można zrobić naleśniki bez zwykłej mąki i że będą naprawdę smaczne, pewnie popatrzyłabym z lekkim niedowierzaniem. Bo naleśniki to przecież naleśniki. Muszą być cienkie, elastyczne i takie, żeby nie pękały przy zwijaniu. Okazuje się jednak, że kuchnia niskowęglowodanowa potrafi zaskoczyć, a ten przepis jest na to najlepszym dowodem. Wracam do niego bardzo często, bo sprawdza się zarówno na śniadanie, jak i na kolację. Ciasto przygotowuje się dosłownie w kilka minut, a potem zostaje już tylko najlepsza część, czyli zastanawianie się, czym je nadziać. I właśnie tutaj zaczyna się cała zabawa, bo te naleśniki pasują niemal do wszystkiego.

Do przygotowania ciasta potrzebujesz 

  • 4 jajek, 
  • 150 g serka mascarpone, 
  • 80 ml śmietanki 30%, 
  • 50 g mąki migdałowej, 
  • 20 g łusek babki jajowatej, 
  • pół łyżeczki proszku do pieczenia, 
  • szczypty soli 
  • łyżeczki roztopionego masła do ciasta. 

Wszystkie składniki wystarczy zmiksować na gładką masę i odstawić na około dziesięć minut. W tym czasie babka jajowata delikatnie zgęstnieje i sprawi, że naleśniki będą elastyczne i łatwe do przewracania.

Smażę je na dobrze rozgrzanej patelni posmarowanej odrobiną masła klarowanego. Najlepiej wychodzą niezbyt grube. Kiedy spód się zarumieni, wystarczy ostrożnie przewrócić je na drugą stronę i po chwili są gotowe.

Najczęściej podaję je na słodko. Wystarczy mascarpone wymieszane z odrobiną erytrytolu i wanilii, świeże truskawki albo borówki, kilka malin i garść prażonych płatków migdałowych. Świetnie smakują również z domowym kremem pistacjowym, twarożkiem z cynamonem, musem z malin lub bitą śmietaną i startą gorzką czekoladą bez cukru.

Jeśli mam ochotę na wersję wytrawną, smaruję naleśniki serkiem śmietankowym, dodaję łososia wędzonego, rukolę i kilka plasterków ogórka. Bardzo lubię też połączenie z grillowanym kurczakiem, pesto i mozzarellą albo z pieczarkami podsmażonymi na maśle z odrobiną żółtego sera. Czasem wystarczy kilka plastrów szynki parmeńskiej, rukola i parmezan, żeby z prostego naleśnika zrobić naprawdę świetny obiad.

Lubię przepisy, które zostawiają trochę miejsca na własne pomysły, a te naleśniki właśnie takie są. Za każdym razem mogą smakować inaczej i chyba dlatego tak często goszczą na moim stole. Jednego dnia są deserem do kawy, drugiego sycącym śniadaniem, a trzeciego lekką kolacją. I za każdym razem przypominają mi, że dieta niskowęglowodanowa naprawdę nie oznacza rezygnacji z ulubionych smaków. Czasem wystarczy tylko odrobina kreatywności, żeby odkryć je na nowo.

Kurczak w kremowym sosie pesto. Jeden słoiczek, a tyle dobrego

Mam w lodówce kilka produktów, które ratują mnie zawsze wtedy, kiedy kompletnie nie mam pomysłu na obiad. Jednym z nich jest właśnie zielone pesto. Jeszcze kilka lat temu traktowałam je wyłącznie jako dodatek do makaronu. Dzisiaj wiem, że potrafi zrobić całą robotę praktycznie w każdym daniu. Wystarczy jedna łyżka i nagle zwykły kurczak smakuje zupełnie inaczej. Aromatyczna bazylia, parmezan, czosnek i oliwa robią coś, czego nie da się zastąpić żadną przyprawą. Ten obiad powstał zresztą dokładnie w taki sposób. Otworzyłam lodówkę, zobaczyłam słoiczek pesto i pomyślałam, że szkoda byłoby, żeby znowu stał tam do następnego tygodnia. Kilkanaście minut później na stole stało danie, które od razu trafiło na listę moich ulubionych.

Do przygotowania potrzebujesz 

  • dwóch filetów z kurczaka, 
  • około 200 ml śmietanki 30%, 
  • dwóch solidnych łyżek zielonego pesto ze słoiczka, 
  • garści pomidorków koktajlowych, 
  • kulki mozzarelli, 
  • łyżki masła klarowanego, 
  • soli, pieprzu 
  • kilku listków świeżej bazylii.

Kurczaka dopraw solą i pieprzem, a następnie obsmaż na maśle klarowanym z obu stron, aż nabierze złotego koloru. Nie musi być jeszcze całkowicie gotowy. Wlej śmietankę, dodaj pesto i delikatnie wymieszaj. Sos niemal od razu nabiera pięknego zielonego koloru i pachnie tak, że człowiek zaczyna zaglądać do patelni częściej, niż jest to potrzebne.

Na koniec dorzuć przekrojone pomidorki koktajlowe i plasterki mozzarelli. Przykryj patelnię na kilka minut, aż ser zacznie się delikatnie rozpływać. Tuż przed podaniem posyp wszystko świeżą bazylią.

Najczęściej podaję ten kurczak z dużą miską sałaty albo z grillowaną cukinią. Świetnie smakuje również z makaronem konjac albo ryżem z kalafiora. Sos jest tak dobry, że naprawdę szkoda zostawić go na patelni.

Lubię przepisy, które nie wymagają kupowania piętnastu składników ani godzin spędzonych w kuchni. Czasami wystarczy jeden niepozorny słoiczek pesto, żeby z prostego obiadu zrobić coś, co spokojnie można byłoby zamówić w restauracji. I właśnie za takie gotowanie najbardziej lubię kuchnię niskowęglowodanową. Jest prosta, pełna smaku i udowadnia, że zdrowe jedzenie naprawdę nie musi być nudne. 

Etykiety

akcja błyskawiczny piątek Alkohole ananas babeczki Babka Babka gotowana baleron banan barszcz batoniki bazylia bez pieczenia beza bezy biały barszcz bigos bigos ze słodkiej kapusty biszkopt biszkopty bita śmietana blok boczek botwinka Boże Narodzenie brokuły brzoskwinie budyniowy krem budyń bułki buraki bzu cannelloni cappuccino cebula chilli chipsy chleb Chłodniki chrzan Ciasteczka Ciasto ciasto francuskie ciasto naleśnikowe cukinia curry cynamon cytryna czarna porzeczka czarny bez czekolada czosnek danie obiadowe deser Dietetycznie do kawy do mięsa domowa przyprawa piernikowa domowa szynka domowa wędlina domowe musli domowe pieczywo domowej roboty Domowy ketchup domowy kisiel drożdże drożdżówka duszone dynia dżem fasola feta FIT Flaki granat granola gruszki grzyby suszone imbir jabłka Jajka jarmuż jednogarnkowe jogurt kajmak kajzerki kakao kakaowe kalafior kapary kapusta Kapusta modra kardamon karkówka karp kasza jaglana kawa kefir Keto kiełbasa ze słoika Kiszonki kiwi kluseczki kokos koktajl koktajlowe konfitura koperek kremówka Kruche kruszonka Kurczak kuskus kwiat czarnego bzu legumina lody łosoś Majonez Makaron maliny marchew marmolada Marynata masa serowa mascarpone masło orzechowe maślanka Mazurek mąka kukurydziana mąka orkiszowa mielone Mięsne mięta migdały miód młoda kapusta mogdały morele mozzarella Mrożonki Muffinki na grilla na kanapkę na kruchym spodzie Na słodko Na śniadanie na zakwasie na zimno na żeberkach naleśniki Nalewki Napoje nasiona chia nutella Obiad ogórki omlet orzechy otręby pszenne owsiane pancakes papryczka parmezan pasta jajeczna pasztet pączki pestki dyni pęczak pieczarki pieczone jabłko pieczone ziemniaki pieczywo pierniczki Piernik Pierogi pierś z indyka pierś z kurczaka pietruszka Pizza Placek Placki placuszki pomarańcze pomidorówka por porzeczki potrawy wigilijne przekąska Przepisy kulinarne Przetwory rabarbar rodzynki rogaliki Ryby ryż salami Sałatki schab seler ser serek sernik sezam skórka pomarańczowa skrzydełka Smalec soczewica solone orzeszki sorbet sos Sosy Surówka suszone pomidory suszony chrzan Sylwester syrop szaszłyki szparagi szpinak śledzie śliwki śliwki kalifornijskie Śniadanie/kolacja Świąteczne przygotowania z Sunflower Tarty Torty truskawki tuńczyk twaróg udka w kokilkach w occie w oleju Warzywa wątróbka Wielkanoc wino wiśnie Wuzetka z bakaliami z białek z lawendą z makaronem z makiem Z mąki Z olejem z owocami z piekarnika z szynkowara z warzywami zakwas zalewa octowa zapiekanka zielony szejk ziemniaki ziołowe Zrazy zupa-krem Zupy żeberka żurawina żurek