Domowa lemoniada z miętą i limonką. Czasem najprostsze rzeczy smakują najlepiej

Latem w mojej lodówce prawie zawsze stoi dzbanek z czymś zimnym. Nie dlatego, że nie lubię zwykłej wody, ale czasami po prostu ma się ochotę na coś bardziej orzeźwiającego. Kiedy za oknem jest gorąco, nie szukam kolorowych napojów ze sklepu ani gotowych lemoniad pełnych cukru. Kilka plasterków limonki, świeża mięta i kostki lodu potrafią zrobić znacznie lepszą robotę.

To jest właśnie jeden z tych przepisów, którego właściwie nie da się zepsuć. Robi się go w kilka minut, wygląda pięknie w szklanym dzbanku i świetnie sprawdza się podczas letnich spotkań w ogrodzie, na balkonie albo po prostu po ciężkim dniu. Najbardziej lubię przygotować go rano i wstawić do lodówki. Kilka godzin później mięta oddaje cały swój aromat, limonka przyjemnie odświeża, a napój smakuje jeszcze lepiej.

Do dzbanka o pojemności około półtora litra wlej litr zimnej wody gazowanej lub niegazowanej i około pół litra bardzo zimnej wody mineralnej. Dodaj jedną limonkę pokrojoną w cienkie plasterki, garść świeżej mięty i dwie–trzy łyżki erytrytolu. Jeśli lubisz bardziej wyrazisty smak, wyciśnij jeszcze sok z połowy limonki. Całość delikatnie wymieszaj i dorzuć sporą garść kostek lodu. Przed podaniem możesz wrzucić kilka plasterków ogórka – nie każdy o tym wie, ale dodają fantastycznej świeżości.

Lemoniada najlepiej smakuje dobrze schłodzona. Czasami dorzucam do niej kilka mrożonych malin albo borówek. Nie zmieniają smaku zbyt mocno, ale wyglądają pięknie i przy okazji zastępują kostki lodu. To taki drobiazg, który sprawia, że zwykły napój wygląda jak podany w letniej kawiarni.

Najbardziej lubię jednak to, że mogę przygotować dokładnie taką wersję, na jaką mam ochotę. Raz dodaję więcej mięty, innym razem więcej limonki, a czasem wrzucam kilka listków świeżej melisy z ogródka. Nie ma tutaj jednego idealnego przepisu i chyba właśnie za to lubię domową lemoniadę najbardziej.

Latem naprawdę nie potrzeba wiele, żeby zrobić sobie małą przyjemność. Dzbanek zimnej lemoniady, kilka kostek lodu i chwila odpoczynku na balkonie potrafią poprawić humor bardziej niż niejeden deser. A jeśli przy okazji można ograniczyć cukier i nadal cieszyć się świetnym smakiem, to dla mnie jest to dodatkowy powód, żeby ten przepis wracał przez całe wakacje. 

Kolorowe kotleciki z indyka w wersji niskowęglowodanowej

Lubię przepisy, które nie udają niczego skomplikowanego. Kilka prostych składników, jedna miska, chwila krojenia i po kilkunastu minutach na stole ląduje obiad, który smakuje całej rodzinie. Tak właśnie jest z tymi kotlecikami. Za każdym razem, kiedy je robię, obiecuję sobie, że kilka zostawię na następny dzień do pracy. I za każdym razem kończy się tak samo – po obiedzie zostają co najwyżej okruszki. Sekret tkwi w tym, że mięso nie jest mielone. Pierś z indyka kroję w bardzo drobną kostkę, dzięki czemu kotleciki mają zupełnie inną strukturę. Są soczyste, delikatne i pełne kolorowych warzyw, które nie tylko świetnie wyglądają, ale też dodają smaku. To jeden z tych przepisów, przy których nawet osoby niezainteresowane dietą niskowęglowodanową pytają o dokładkę.

Do przygotowania potrzebujesz: 

  • około 600 g piersi z indyka pokrojonej w bardzo drobną kostkę, 
  • pół czerwonej papryki, 
  • niewielkiej cukinii, 
  • kilku dymek razem ze szczypiorkiem, 
  • garści natki pietruszki, 
  • dwóch jajek, 
  • 100 g tartej mozzarelli, 
  • trzech łyżek mielonych migdałów, 
  • łyżki siemienia lnianego, 
  • ząbka czosnku, 
  • łyżeczki musztardy, 
  • soli, 
  • pieprzu, 
  • słodkiej papryki 
  • odrobiny suszonego oregano.

Wszystkie składniki przekładam do jednej miski i dokładnie mieszam. Masa powinna być gęsta i dobrze się kleić. Jeśli wydaje się zbyt luźna, wystarczy dosypać jeszcze odrobinę mielonych migdałów. Najlepiej odstawić ją na piętnaście minut, żeby składniki dobrze się połączyły.

Na patelni rozgrzewam masło klarowane i nakładam niewielkie porcje masy. Nie robię dużych kotletów. Mniejsze łatwiej przewrócić i równomiernie się smażą. Wystarczy około czterech minut z każdej strony, aż będą pięknie rumiane i chrupiące na zewnątrz, a w środku pozostaną soczyste.

Najczęściej podaję je z dużą miską sałaty, sosem czosnkowym na bazie jogurtu greckiego albo z prostym dipem z awokado. Świetnie smakują również na zimno, dlatego bardzo często pakuję je do lunchboxa. Wystarczy kilka pomidorków, kawałek ogórka i gotowy obiad do pracy.

To właśnie takie przepisy najbardziej lubię mieć pod ręką. Nie wymagają wyszukanych produktów, można je przygotować z tego, co akurat jest w lodówce, a przy okazji są sycące, kolorowe i naprawdę pełne smaku. Dzięki nim kolejny raz przekonuję się, że kuchnia niskowęglowodanowa wcale nie oznacza monotonii. Wręcz przeciwnie – im dłużej gotuję w tym stylu, tym więcej odkrywam prostych dań, do których chce się wracać. 

Keto wrap, który uratował niejeden zabiegany dzień

Są przepisy, do których wracam nie dlatego, że są wyjątkowo efektowne, ale dlatego, że po prostu ułatwiają życie. Ten wrap zdecydowanie do nich należy. Kiedy wiem, że przede mną długi dzień, nie będę miała czasu spokojnie zjeść obiadu albo po prostu potrzebuję czegoś, co mogę zapakować do pudełka i zabrać ze sobą, najczęściej wybór pada właśnie na niego.

Lubię takie jedzenie. Nic się nie rozsypuje, nie trzeba nosić kilku pojemników, a po rozkrojeniu wygląda naprawdę apetycznie. Co ważne, za każdym razem może smakować trochę inaczej, bo wystarczy zmienić dodatki i powstaje zupełnie nowy lunch.

Sam placek jest bardzo prosty. Potrzebujesz 3 jajek, 100 g serka śmietankowego, 40 g tartej mozzarelli, 20 g mielonego siemienia lnianego, szczypty soli, pieprzu i pół łyżeczki czosnku granulowanego. Wszystkie składniki zmiksuj na gładką masę, wylej cienko na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i piecz około 15 minut w temperaturze 180 stopni. Po wystudzeniu bez problemu zwija się w rulon i nie pęka.

Najbardziej lubię wypełnić go serkiem śmietankowym wymieszanym z łyżeczką zielonego pesto. Na to układam plastry pieczonego kurczaka, rukolę, kilka plasterków ogórka, pomidorki koktajlowe przekrojone na pół i cienkie plasterki awokado. Czasem dorzucam jeszcze odrobinę tartego parmezanu albo kilka listków świeżej bazylii. Potem wystarczy ciasno zwinąć całość, zawinąć na kilkanaście minut w papier do pieczenia i pokroić na pół.

Najczęściej przygotowuję go wieczorem, dzięki czemu rano tylko wyjmuję z lodówki i wkładam do lunchboxa. Smakuje świetnie również po kilku godzinach, dlatego często zabieram go do pracy. Nie rozmięka, nie traci smaku i naprawdę syci na długo.

To właśnie takie przepisy najbardziej lubię mieć pod ręką. Nie są skomplikowane, nie wymagają egzotycznych składników, a sprawiają, że znacznie łatwiej trzymać się diety niskowęglowodanowej nawet wtedy, kiedy dzień pędzi od samego rana. A przy okazji są po prostu bardzo smaczne. I chyba właśnie dlatego ten keto wrap tak często ląduje w moim lunchboxie. 

Keto naleśniki. Tak dobre, że naprawdę nie tęsknię za tymi z mąki pszennej

Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że można zrobić naleśniki bez zwykłej mąki i że będą naprawdę smaczne, pewnie popatrzyłabym z lekkim niedowierzaniem. Bo naleśniki to przecież naleśniki. Muszą być cienkie, elastyczne i takie, żeby nie pękały przy zwijaniu. Okazuje się jednak, że kuchnia niskowęglowodanowa potrafi zaskoczyć, a ten przepis jest na to najlepszym dowodem. Wracam do niego bardzo często, bo sprawdza się zarówno na śniadanie, jak i na kolację. Ciasto przygotowuje się dosłownie w kilka minut, a potem zostaje już tylko najlepsza część, czyli zastanawianie się, czym je nadziać. I właśnie tutaj zaczyna się cała zabawa, bo te naleśniki pasują niemal do wszystkiego.

Do przygotowania ciasta potrzebujesz 

  • 4 jajek, 
  • 150 g serka mascarpone, 
  • 80 ml śmietanki 30%, 
  • 50 g mąki migdałowej, 
  • 20 g łusek babki jajowatej, 
  • pół łyżeczki proszku do pieczenia, 
  • szczypty soli 
  • łyżeczki roztopionego masła do ciasta. 

Wszystkie składniki wystarczy zmiksować na gładką masę i odstawić na około dziesięć minut. W tym czasie babka jajowata delikatnie zgęstnieje i sprawi, że naleśniki będą elastyczne i łatwe do przewracania.

Smażę je na dobrze rozgrzanej patelni posmarowanej odrobiną masła klarowanego. Najlepiej wychodzą niezbyt grube. Kiedy spód się zarumieni, wystarczy ostrożnie przewrócić je na drugą stronę i po chwili są gotowe.

Najczęściej podaję je na słodko. Wystarczy mascarpone wymieszane z odrobiną erytrytolu i wanilii, świeże truskawki albo borówki, kilka malin i garść prażonych płatków migdałowych. Świetnie smakują również z domowym kremem pistacjowym, twarożkiem z cynamonem, musem z malin lub bitą śmietaną i startą gorzką czekoladą bez cukru.

Jeśli mam ochotę na wersję wytrawną, smaruję naleśniki serkiem śmietankowym, dodaję łososia wędzonego, rukolę i kilka plasterków ogórka. Bardzo lubię też połączenie z grillowanym kurczakiem, pesto i mozzarellą albo z pieczarkami podsmażonymi na maśle z odrobiną żółtego sera. Czasem wystarczy kilka plastrów szynki parmeńskiej, rukola i parmezan, żeby z prostego naleśnika zrobić naprawdę świetny obiad.

Lubię przepisy, które zostawiają trochę miejsca na własne pomysły, a te naleśniki właśnie takie są. Za każdym razem mogą smakować inaczej i chyba dlatego tak często goszczą na moim stole. Jednego dnia są deserem do kawy, drugiego sycącym śniadaniem, a trzeciego lekką kolacją. I za każdym razem przypominają mi, że dieta niskowęglowodanowa naprawdę nie oznacza rezygnacji z ulubionych smaków. Czasem wystarczy tylko odrobina kreatywności, żeby odkryć je na nowo.

Kurczak w kremowym sosie pesto. Jeden słoiczek, a tyle dobrego

Mam w lodówce kilka produktów, które ratują mnie zawsze wtedy, kiedy kompletnie nie mam pomysłu na obiad. Jednym z nich jest właśnie zielone pesto. Jeszcze kilka lat temu traktowałam je wyłącznie jako dodatek do makaronu. Dzisiaj wiem, że potrafi zrobić całą robotę praktycznie w każdym daniu. Wystarczy jedna łyżka i nagle zwykły kurczak smakuje zupełnie inaczej. Aromatyczna bazylia, parmezan, czosnek i oliwa robią coś, czego nie da się zastąpić żadną przyprawą. Ten obiad powstał zresztą dokładnie w taki sposób. Otworzyłam lodówkę, zobaczyłam słoiczek pesto i pomyślałam, że szkoda byłoby, żeby znowu stał tam do następnego tygodnia. Kilkanaście minut później na stole stało danie, które od razu trafiło na listę moich ulubionych.

Do przygotowania potrzebujesz 

  • dwóch filetów z kurczaka, 
  • około 200 ml śmietanki 30%, 
  • dwóch solidnych łyżek zielonego pesto ze słoiczka, 
  • garści pomidorków koktajlowych, 
  • kulki mozzarelli, 
  • łyżki masła klarowanego, 
  • soli, pieprzu 
  • kilku listków świeżej bazylii.

Kurczaka dopraw solą i pieprzem, a następnie obsmaż na maśle klarowanym z obu stron, aż nabierze złotego koloru. Nie musi być jeszcze całkowicie gotowy. Wlej śmietankę, dodaj pesto i delikatnie wymieszaj. Sos niemal od razu nabiera pięknego zielonego koloru i pachnie tak, że człowiek zaczyna zaglądać do patelni częściej, niż jest to potrzebne.

Na koniec dorzuć przekrojone pomidorki koktajlowe i plasterki mozzarelli. Przykryj patelnię na kilka minut, aż ser zacznie się delikatnie rozpływać. Tuż przed podaniem posyp wszystko świeżą bazylią.

Najczęściej podaję ten kurczak z dużą miską sałaty albo z grillowaną cukinią. Świetnie smakuje również z makaronem konjac albo ryżem z kalafiora. Sos jest tak dobry, że naprawdę szkoda zostawić go na patelni.

Lubię przepisy, które nie wymagają kupowania piętnastu składników ani godzin spędzonych w kuchni. Czasami wystarczy jeden niepozorny słoiczek pesto, żeby z prostego obiadu zrobić coś, co spokojnie można byłoby zamówić w restauracji. I właśnie za takie gotowanie najbardziej lubię kuchnię niskowęglowodanową. Jest prosta, pełna smaku i udowadnia, że zdrowe jedzenie naprawdę nie musi być nudne. 

Niskowęglowodanowe kokosanki, które znikają szybciej, niż zdążą ostygnąć

Nie wiem, co jest w kokosankach takiego wyjątkowego. Może ten zapach, który od razu wypełnia cały dom. Może chrupiące brzegi i miękki środek. A może to, że trudno poprzestać na jednej, nawet jeśli obiecywało się sobie coś zupełnie innego. Przez długi czas wydawało mi się, że dobra kokosanka musi być pełna cukru. Na szczęście okazało się, że wcale nie. Wystarczy kilka prostych składników, żeby upiec ciasteczka, które są delikatne, lekko wilgotne w środku i pięknie kokosowe. Takie, które równie dobrze smakują do porannej kawy, jak i wtedy, gdy po południu ma się ochotę na coś słodkiego.

Do ich przygotowania potrzebujesz: 

  • 200 g wiórków kokosowych, 
  • 3 jajek, 
  • 80 g roztopionego masła, 
  • 70 g erytrytolu, 
  • łyżeczki ekstraktu waniliowego i
  • szczypty soli. 

Jeśli lubisz bardziej wyrazisty kokosowy smak, możesz dodać jeszcze 2–3 łyżki mleczka kokosowego. Dzięki niemu kokosanki będą jeszcze bardziej miękkie.Jajka ubij z erytrytolem, aż masa zrobi się jaśniejsza i lekko puszysta. Dodaj roztopione, ale już przestudzone masło, wanilię i szczyptę soli. Na końcu wsyp wiórki kokosowe i dokładnie wymieszaj. Masa powinna być gęsta i dobrze się kleić. Jeśli wydaje się zbyt sucha, dolej odrobinę mleczka kokosowego.

Z przygotowanej masy formuj niewielkie kopczyki i układaj je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Nie muszą być idealne. Właśnie w tym tkwi urok domowych ciasteczek. Piecz około 15–18 minut w temperaturze 170 stopni, aż wierzch delikatnie się zarumieni. Po wyjęciu z piekarnika pozwól im odpocząć kilka minut. Wiem, że to trudne, ale świeżo po upieczeniu są bardzo delikatne i dopiero po chwili nabierają odpowiedniej struktury.

Najbardziej lubię je jeszcze lekko ciepłe, kiedy na zewnątrz są przyjemnie chrupiące, a środek pozostaje miękki i wilgotny. Świetnie smakują z kawą, ale równie dobrze sprawdzają się jako mała przekąska zabrana do pracy. Często piekę od razu podwójną porcję, bo doświadczenie nauczyło mnie, że jedna blacha zdecydowanie nie wystarcza.

Lubię takie przepisy najbardziej. Nie wymagają skomplikowanych składników, nie zajmują pół dnia, a efekt zawsze wywołuje uśmiech. I właśnie za to cenię kuchnię niskowęglowodanową. Pokazuje, że można przygotować coś naprawdę pysznego, nie rezygnując z prostoty ani z ulubionych smaków. Czasem wystarczy kilka składników i zapach piekącego się kokosa, żeby zwykły dzień zrobił się odrobinę przyjemniejszy. 

Makaron konjac z warzywami. Kiedy człowiek ma ochotę na makaron, ale nie na wyrzuty sumienia

Makaron to jedna z tych rzeczy, za którymi wiele osób na diecie niskowęglowodanowej tęskni najbardziej. I wcale się temu nie dziwię. Jest szybki, sycący i daje mnóstwo możliwości. Dlatego kiedy pierwszy raz kupiłam makaron konjac, podeszłam do niego z dużą rezerwą. Opinie w internecie były skrajne. Jedni go uwielbiali, inni twierdzili, że nie da się go zjeść. Pomyślałam więc, że najlepiej będzie przekonać się na własnej skórze. I wiecie co? Sekret wcale nie tkwi w samym makaronie. On potrzebuje dobrego towarzystwa. Sam w sobie jest prawie bez smaku, ale dzięki temu świetnie chłonie aromaty przypraw, sosów i warzyw. Jeśli dobrze go przygotujecie, naprawdę potrafi zaskoczyć.Najczęściej robię go właśnie w tej wersji. Kilkanaście minut i na talerzu ląduje kolorowy, pachnący obiad, który syci na długo, a jednocześnie nie zostawia uczucia ciężkości.

Na dwie porcje przygotowuję opakowanie makaronu konjac, pół czerwonej papryki, niewielką cukinię, garść pieczarek, pół cebuli, ząbek czosnku i garść brokułów podzielonych na małe różyczki. Przyda się jeszcze łyżka masła klarowanego lub oliwy, dwie łyżki sosu sojowego, łyżeczka oleju sezamowego, odrobina świeżo startego imbiru, sól, pieprz i szczypta płatków chili, jeśli lubicie odrobinę ostrości.

Makaron najpierw dokładnie płuczę pod bieżącą wodą, a później wrzucam na suchą, dobrze rozgrzaną patelnię na dwie–trzy minuty. To mały trik, który naprawdę robi różnicę. Dzięki temu pozbywa się charakterystycznego zapachu i zdecydowanie lepiej chłonie później wszystkie smaki.

Na drugiej patelni podsmażam cebulę i czosnek, po chwili dodaję pieczarki, paprykę, cukinię i brokuły. Warzywa powinny zostać lekko chrupiące, bo właśnie wtedy smakują najlepiej. Na koniec dokładam makaron, wlewam sos sojowy i olej sezamowy, dorzucam imbir, mieszam wszystko przez chwilę i gotowe.

Najbardziej lubię posypać całość prażonym sezamem i szczypiorkiem. Czasem dodaję jeszcze kilka kawałków grillowanego kurczaka albo krewetki, jeśli mam ochotę na bardziej sycącą wersję. Sam makaron z warzywami też świetnie się sprawdza i bardzo często zabieram go następnego dnia do pracy. Wystarczy podgrzać przez chwilę i smakuje równie dobrze.

To jest właśnie jeden z tych przepisów, które przypominają mi, że dieta niskowęglowodanowa nie polega na ciągłym rezygnowaniu z ulubionych smaków. Czasem wystarczy znaleźć trochę inny sposób, żeby nadal cieszyć się tym, co lubimy. A jeśli jeszcze całość przygotowuje się szybciej niż zdąży zagotować zwykła woda na makaron, to dla mnie jest to dodatkowy argument, żeby wracać do tego przepisu naprawdę często. 

Kurczak z mozzarellą, pesto i pomidorami. Obiad, który smakuje latem

W ostatnich dniach coraz częściej łapię się na tym, że zamiast planować wielkie gotowanie, zaglądam do lodówki i szukam czegoś, co będzie szybkie, lekkie i jednocześnie naprawdę sycące. Upały skutecznie odbierają mi ochotę na stanie przy kuchence, ale nie odbierają apetytu na dobre jedzenie. Właśnie dlatego ten kurczak wraca u mnie regularnie. Nie ma tu wyszukanych składników ani skomplikowanych technik. Jest za to wszystko, co lubię najbardziej – soczyste mięso, aromatyczne pesto, ciągnąca się mozzarella i pomidorki, które podczas pieczenia stają się słodkie i pełne smaku.

Do przygotowania wystarczą dwa filety z kurczaka, kulka mozzarelli, garść pomidorków koktajlowych, dwie łyżki zielonego pesto, odrobina oliwy, ząbek czosnku, suszone oregano, sól, pieprz i kilka listków świeżej bazylii. Kurczaka delikatnie rozbijam, doprawiam solą, pieprzem i oregano, a potem szybko obsmażam na oliwie tylko do momentu, aż nabierze złotego koloru. Nie chodzi o to, żeby był już gotowy – resztę zrobi piekarnik.

Filety przekładam do naczynia do zapiekania, smaruję pesto i przykrywam grubszymi plasterkami mozzarelli. Obok rozsypuję pomidorki wymieszane z odrobiną oliwy i przeciśniętym przez praskę czosnkiem. Całość piekę około piętnastu minut w temperaturze 190 stopni. Tuż przed podaniem dorzucam świeżą bazylię, bo jej zapach sprawia, że nawet zwykły obiad zaczyna kojarzyć się z wakacjami.

Najczęściej podaję ten kurczak z dużą miską sałaty skropionej oliwą i sokiem z cytryny albo z prostą surówką z ogórków i rzodkiewek. Nic więcej nie potrzeba. Mozzarella jest kremowa, pesto dodaje charakteru, pomidorki przełamują całość delikatną słodyczą, a kurczak zostaje soczysty i miękki.

Lubię takie przepisy, bo nie próbują udawać czegoś, czym nie są. To zwykły domowy obiad, który robi się szybko, nie wymaga połowy dnia w kuchni i sprawia, że nawet w największy upał ma się ochotę usiąść spokojnie przy stole. I chyba właśnie za to najbardziej cenię letnie gotowanie – mniej kombinowania, więcej smaku i więcej czasu na to, żeby po prostu cieszyć się dniem.

Lody borówkowe z mascarpone

Kiedy za oknem jest prawdziwe lato, coraz częściej łapię się na tym, że zamiast włączać piekarnik, wyciągam blender. Kilka minut później w miseczce lądują kremowe lody i nagle ten upał staje się dużo bardziej znośny. Trzy składniki. Blender. Pięć minut. Naprawdę. To chyba jeden z najprostszych deserów, jakie robię latem. A jednocześnie jeden z tych, które znikają najszybciej.


Składniki (2 duże porcje)

  • 250 g mrożonych borówek
  • 250 g mascarpone
  • 2–3 łyżki erytrytolu pudru
  • opcjonalnie:
  • ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego
  • kilka kropli soku z cytryny

Do blendera wrzuć zamrożone borówki. Dodaj mascarpone i erytrytol. Jeśli lubisz bardziej waniliowy smak, dodaj odrobinę ekstraktu. Kilka kropel soku z cytryny jeszcze bardziej podkreśli smak borówek. Blenduj. Na początku blender będzie udawał, że nie da rady. To normalne.  Wystarczy co chwilę zgarnąć masę ze ścianek i miksować dalej. Po dwóch–trzech minutach zaczyna dziać się magia. Powstaje gęsta, kremowa masa przypominająca najlepsze lody włoskie. I właśnie o taki efekt chodzi.

Podaj od razu. Nie wkładaj ich do zamrażarki. To są lody stworzone do jedzenia od razu po przygotowaniu. Nałóż je do miseczek. Posyp kilkoma świeżymi borówkami. Możesz dorzucić kilka płatków migdałowych albo listki mięty. Ale równie dobrze możesz nic nie dodawać. One naprawdę nie potrzebują wiele.

Smakują jak borówki z bitą śmietaną zamienione w lody. Są aksamitne, mocno owocowe i przyjemnie kremowe. Mascarpone nie dominuje, tylko sprawia, że całość staje się delikatna i niemal rozpływa się w ustach. Aż trudno uwierzyć, że powstały z trzech składników.

Dlaczego warto zrobić te lody?

  • tylko 3 składniki
  • gotowe w 5 minut
  • keto i low carb
  • bez maszyny do lodów
  • bez cukru
  • idealne na upalne dni

To właśnie za takie przepisy najbardziej lubię lato. Nie trzeba piec. Nie trzeba czekać. Nie trzeba planować. Wystarczy otworzyć zamrażarkę, sięgnąć po borówki i po kilku minutach usiąść z miską kremowych lodów, które smakują tak dobrze, że naprawdę trudno uwierzyć, jakie są proste. 

Etykiety

akcja błyskawiczny piątek Alkohole ananas babeczki Babka Babka gotowana baleron banan barszcz batoniki bazylia bez pieczenia beza bezy biały barszcz bigos bigos ze słodkiej kapusty biszkopt biszkopty bita śmietana blok boczek botwinka Boże Narodzenie brokuły brzoskwinie budyniowy krem budyń bułki buraki bzu cannelloni cappuccino cebula chilli chipsy chleb Chłodniki chrzan Ciasteczka Ciasto ciasto francuskie ciasto naleśnikowe cukinia curry cynamon cytryna czarna porzeczka czarny bez czekolada czosnek danie obiadowe deser Dietetycznie do kawy do mięsa domowa przyprawa piernikowa domowa szynka domowa wędlina domowe musli domowe pieczywo domowej roboty Domowy ketchup domowy kisiel drożdże drożdżówka duszone dynia dżem fasola feta FIT Flaki granat granola gruszki grzyby suszone imbir jabłka Jajka jarmuż jednogarnkowe jogurt kajmak kajzerki kakao kakaowe kalafior kapary kapusta Kapusta modra kardamon karkówka karp kasza jaglana kawa kefir Keto kiełbasa ze słoika Kiszonki kiwi kluseczki kokos koktajl koktajlowe konfitura koperek kremówka Kruche kruszonka Kurczak kuskus kwiat czarnego bzu legumina lody łosoś Majonez Makaron maliny marchew marmolada Marynata masa serowa mascarpone masło orzechowe maślanka Mazurek mąka kukurydziana mąka orkiszowa mielone Mięsne mięta migdały miód młoda kapusta mogdały morele mozzarella Mrożonki Muffinki na grilla na kanapkę na kruchym spodzie Na słodko Na śniadanie na zakwasie na zimno na żeberkach naleśniki Nalewki Napoje nasiona chia nutella Obiad ogórki omlet orzechy otręby pszenne owsiane pancakes papryczka parmezan pasta jajeczna pasztet pączki pestki dyni pęczak pieczarki pieczone jabłko pieczone ziemniaki pieczywo pierniczki Piernik Pierogi pierś z indyka pierś z kurczaka pietruszka Pizza Placek Placki placuszki pomarańcze pomidorówka por porzeczki potrawy wigilijne przekąska Przepisy kulinarne Przetwory rabarbar rodzynki rogaliki Ryby ryż salami Sałatki schab seler ser serek sernik sezam skórka pomarańczowa skrzydełka Smalec soczewica solone orzeszki sorbet sos Sosy Surówka suszone pomidory suszony chrzan Sylwester syrop szaszłyki szparagi szpinak śledzie śliwki śliwki kalifornijskie Śniadanie/kolacja Świąteczne przygotowania z Sunflower Tarty Torty truskawki tuńczyk twaróg udka w kokilkach w occie w oleju Warzywa wątróbka Wielkanoc wino wiśnie Wuzetka z bakaliami z białek z lawendą z makaronem z makiem Z mąki Z olejem z owocami z piekarnika z szynkowara z warzywami zakwas zalewa octowa zapiekanka zielony szejk ziemniaki ziołowe Zrazy zupa-krem Zupy żeberka żurawina żurek