Ice tea brzoskwiniowa bez cukru

Popołudnie powoli przechodzi w wieczór, ale termometr chyba o tym nie wie. Upał ani myśli odpuszczać. W moim domu od rana trwa więc akcja pod kryptonimem „Jaskinia zbójców”. Wszystkie rolety opuszczone, okna zamknięte i człowiek przemyka z pokoju do pokoju z nadzieją, że nie wypuści ani odrobiny tego przyjemnego chłodu. Śmieję się, że gdyby ktoś zajrzał z zewnątrz do środka, pewnie pomyślałby, że przygotowuję się na zaćmienie słońca. Ale wiecie co? Działa! W mieszkaniu da się oddychać, a ja mogę spokojnie usiąść z książką, popracować nad blogiem i od czasu do czasu zajrzeć do lodówki w poszukiwaniu czegoś naprawdę zimnego. I właśnie wtedy przypomniałam sobie o domowej ice tea. Kiedyś kupowałam gotową, bo wydawało mi się, że tak jest szybciej. Dopiero kiedy zaczęłam zwracać uwagę na skład, dotarło do mnie, ile cukru potrafi kryć się w jednej butelce. Pomyślałam, że przecież mogę zrobić własną. Taką, która będzie smakowała herbatą i brzoskwiniami, a nie syropem z dodatkiem aromatu. Od tamtej pory ten napój pojawia się u mnie przez całe lato. Wystarczy zaparzyć mocniejszą czarną herbatę, dobrze ją schłodzić i dodać dojrzałą brzoskwinię zblendowaną z odrobiną soku z cytryny oraz erytrytolem. Do tego kostki lodu, kilka listków mięty i plasterek cytryny. Cała filozofia.

Składniki:

  • 2 torebki czarnej herbaty,
  • 700 ml gorącej wody,
  • 1 duża, dojrzała brzoskwinia,
  • 1–2 łyżki erytrytolu (lub do smaku),
  • sok z połowy cytryny,
  • garść kostek lodu,
  • kilka listków świeżej mięty,
  • plasterki cytryny do podania.

Herbatę zaparz i odstaw do całkowitego wystudzenia. Brzoskwinię zblenduj z sokiem z cytryny i erytrytolem. Połącz mus z zimną herbatą, dokładnie wymieszaj i schłodź w lodówce. Przed podaniem dorzuć kostki lodu, miętę i plasterki cytryny.

Najbardziej lubię nalać ją do wysokiej szklanki i usiąść na balkonie późnym popołudniem, kiedy słońce robi się trochę łagodniejsze. To taki moment, kiedy dzień zwalnia, człowiek bierze pierwszy łyk i myśli, że jednak lato potrafi być całkiem przyjemne.

Lubię właśnie takie przepisy. Nie udają niczego. Są proste, robi się je w kilka minut, a później tylko pozostaje zastanawiać się, dlaczego ten dzbanek znowu tak szybko zrobił się pusty. Mam swoją teorię – w upały napoje po prostu... parują. Oczywiście przez nasze szklanki. 

Grillowana cukinia faszerowana mięsem i mozzarellą

Są takie dni, kiedy człowiek rano myśli: „Dzisiaj na spokojnie zjem śniadanie, później obiad…” A potem orientuje się, że jest wieczór i jedyne, co regularnie dziś spożywał, to kawa. Dzisiaj właśnie tak wyglądał mój dzień. Wakacje wakacjami, ale od rana tyle się działo, że jedzenie zeszło na dalszy plan. Co chwilę mówiłam sobie: „Jeszcze tylko skończę to, jeszcze odpiszę na jedną wiadomość, jeszcze przygotuję jedną rzecz…”. I zanim się obejrzałam, zrobiła się pora kolacji. Na szczęście w lodówce czekały dwie cukinie. I chyba właśnie za to lubię gotowanie najbardziej. Nie zawsze trzeba mieć wielki plan. Czasem wystarczy otworzyć lodówkę, połączyć kilka prostych składników i nagle okazuje się, że powstało coś, co wygląda jak z restauracji. Ta faszerowana cukinia to jedna z tych kolacji, które robią się właściwie same. Jest sycąca, pełna smaku i idealnie wpisuje się w mój sposób odżywiania. A ten moment, kiedy mozzarella zaczyna się pięknie ciągnąć... no cóż, wtedy wiem, że warto było jednak znaleźć te dwadzieścia minut na gotowanie. 

Składniki (2 porcje):

  • 2 średnie cukinie,
  • 300 g mielonego mięsa (u mnie najczęściej indyk lub wołowina),
  • 1 mała cebula,
  • 2 ząbki czosnku,
  • 150 g mozzarelli,
  • 2 łyżki passaty pomidorowej,
  • łyżeczka oregano,
  • pół łyżeczki bazylii,
  • sól i świeżo mielony pieprz,
  • oliwa do smażenia,
  • świeża bazylia do podania.

Cukinie przekrój wzdłuż i delikatnie wydrąż środek. Posmaruj je odrobiną oliwy i podpiecz na grillu lub patelni grillowej przez kilka minut.

Na drugiej patelni podsmaż cebulę i czosnek, dodaj mięso mielone i smaż, aż będzie dobrze zarumienione. Wlej passatę, dopraw oregano, bazylią, solą i pieprzem. Gotowym farszem wypełnij cukinie, ułóż na nich plastry mozzarelli i zapiekaj około 10–15 minut, aż ser pięknie się rozpuści i lekko zarumieni. Na koniec dodaj kilka listków świeżej bazylii.

Najbardziej lubię takie przepisy. Bez skomplikowanych składników, bez sterty naczyń do zmywania i bez spędzania pół wieczoru w kuchni. Bo umówmy się... po całym dniu człowiek chce już po prostu usiąść, zjeść coś dobrego i odpocząć.

Coraz częściej przekonuję się, że kuchnia low carb wcale nie jest ograniczeniem. Wręcz przeciwnie. Dzięki niej odkryłam mnóstwo prostych dań, których wcześniej pewnie nawet bym nie przygotowała. I wiecie co? W ogóle mi nie brakuje klasycznych zapiekanek czy makaronów.

A teraz wybaczcie... moja cukinia właśnie na mnie czeka. I mam przeczucie, że jeśli za chwilę nie usiądę do kolacji, ktoś w domu będzie próbował sprawdzić, czy przypadkiem nie zostawiłam jej specjalnie dla niego. 

Fasolka szparagowa z boczkiem i masłem czosnkowym - smak, który zawsze kojarzy mi się z latem

Są takie potrawy, które potrafią przenieść człowieka w czasie. Wystarczy pierwszy kęs i nagle przypomina mi się ogród mojej babci, miska świeżo zebranej fasolki i to słynne pytanie: „Pomożesz obierać?” Oczywiście pomagałam... przez jakieś pięć minut. Potem nagle przypominało mi się, że przecież muszę pilnie pobawić się na podwórku. 😄 Z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że najwięcej pracy przy fasolce zawsze wykonywał ktoś inny, a ja pojawiałam się idealnie w momencie, kiedy trafiała na talerz.

Dzisiaj już nie ma tak dobrze. Teraz sama obieram, gotuję i smażę. Ale wiecie co? Wcale mi to nie przeszkadza, bo zapach masła z czosnkiem unoszący się po całej kuchni wynagradza wszystko.

Lato bez fasolki szparagowej? Dla mnie to chyba niemożliwe. A jeśli dołożyć do niej chrupiący boczek i odrobinę czosnkowego masła, powstaje danie, które mogłabym jeść kilka razy w tygodniu i chyba wciąż by mi się nie znudziło.


Składniki:

  • 500 g zielonej fasolki szparagowej,
  • 150 g boczku wędzonego,
  • 40 g masła,
  • 2 ząbki czosnku,
  • sól i świeżo mielony pieprz,
  • opcjonalnie odrobina świeżej natki pietruszki.

Fasolkę ugotuj w osolonej wodzie tak, aby była miękka, ale nadal lekko chrupiąca. W międzyczasie pokrój boczek w kostkę i podsmaż go na suchej patelni, aż stanie się złocisty i chrupiący. Dodaj masło oraz przeciśnięty przez praskę czosnek. Wystarczy minuta, żeby kuchnię wypełnił ten zapach, od którego od razu robię się głodna. Dołóż ugotowaną fasolkę i delikatnie wymieszaj, żeby każda była otulona czosnkowym masłem. Dopraw świeżo mielonym pieprzem i, jeśli potrzeba, odrobiną soli. Na koniec możesz posypać całość natką pietruszki.

To jeden z tych przepisów, które pokazują, że naprawdę nie potrzeba wielu składników, żeby zjeść coś pysznego. Czasami wystarczy dobre masło, trochę czosnku i sezonowe warzywa. Reszta robi się właściwie sama.

Bardzo lubię takie obiady. Są szybkie, sycące i idealnie wpisują się w mój sposób odżywiania. A odkąd jestem na diecie low carb, jeszcze bardziej doceniam proste przepisy, które nie wymagają godzin spędzonych w kuchni.

I powiem Wam coś jeszcze... Zawsze śmieję się, że boczek dodaje potrawom +10 do smaku. 😄 Nie wiem, czy to naukowo potwierdzone, ale w mojej kuchni ta teoria sprawdza się zaskakująco często. Jeśli macie teraz dostęp do świeżej fasolki szparagowej, koniecznie wypróbujcie ten przepis. Jest prosty, pachnie latem i przypomina, że najlepsze dania bardzo często rodzą się z kilku zwyczajnych składników. A takie przepisy zostają z nami na lata.

Omlet caprese. Tak właśnie smakują moje spokojne sobotnie poranki

Dzień dobry! 

Jest sobota, kilka minut po dziesiątej. Za oknem wreszcie więcej słońca niż chmur i od razu człowiek ma więcej energii. Uwielbiam takie wakacyjne poranki. Nie dzwoni budzik, nie trzeba sprawdzać godziny co pięć minut i zastanawiać się, czy na pewno o niczym nie zapomniałam. Mogę spokojnie otworzyć okno, zaparzyć kawę i pomyśleć, na co mam dziś ochotę. Jeszcze kilka lat temu sobotnie śniadanie wyglądało u mnie zupełnie inaczej. Bułki, drożdżówki, czasem tosty. Było smacznie, ale po godzinie znowu zaglądałam do lodówki z pytaniem: „To co by tu jeszcze zjeść?”. 

Dzisiaj wygląda to zupełnie inaczej. Odkąd przeszłam na low carb, nauczyłam się, że śniadanie może być sycące, pełne smaku i jednocześnie naprawdę proste. A omlet caprese jest tego najlepszym przykładem.

Składniki:

  • 3 jajka,
  • 70 g mozzarelli,
  • garść pomidorków koktajlowych,
  • kilka listków świeżej bazylii,
  • łyżka oliwy,
  • sól i świeżo mielony pieprz,
  • opcjonalnie kilka kropli kremu balsamicznego.

Jajka roztrzep z odrobiną soli i pieprzu. Wlej masę na rozgrzaną patelnię z oliwą. Kiedy omlet zacznie się ścinać, ułóż na nim pokrojoną mozzarellę i połówki pomidorków. Przykryj patelnię na chwilę, żeby ser delikatnie się rozpuścił. Na koniec dodaj świeżą bazylię i, jeśli lubisz, kilka kropli kremu balsamicznego.

Gotowe. Naprawdę tyle wystarczy.

Lubię ten omlet nie tylko za smak. Lubię go za to, że przypomina mi, iż dobre jedzenie wcale nie musi być skomplikowane. Kilka świeżych składników potrafi zrobić większe wrażenie niż dania, przy których spędza się pół dnia w kuchni.

I chyba właśnie to najbardziej podoba mi się w mojej kuchni od czasu, gdy jem niskowęglowodanowo. Coraz rzadziej szukam wymyślnych przepisów. Zamiast tego wybieram takie, które pozwalają mi usiąść przy stole, spokojnie zjeść śniadanie i cieszyć się sobotnim porankiem.

No i jest jeszcze jedna zaleta... Po takim śniadaniu nie mam ochoty od razu podjadać. Za to mam siłę na spacer, książkę, trochę pracy nad blogiem albo po prostu na nicnierobienie. A w wakacje to przecież jedna z najprzyjemniejszych rzeczy. 

Mam nadzieję, że jeśli dziś jeszcze zastanawiacie się, co przygotować na śniadanie, ten omlet będzie dla Was inspiracją. U mnie na pewno jeszcze nieraz zagości na talerzu, zwłaszcza w takie słoneczne, spokojne soboty. 

Shake czekoladowy high protein - mój sposób na słodką chwilę

Słońce dziś chyba nie może się zdecydować. Raz odważnie wychodzi zza chmur, a za chwilę znowu się chowa. Jest około dwudziestu stopni, idealnie na spacer, książkę na balkonie albo... porządnie schłodzony czekoladowy shake. W wakacje najbardziej lubię właśnie takie dni. Nic nie goni, nic nie trzeba robić na już, a ja mogę spokojnie usiąść z kubkiem kawy i pomyśleć, na co mam ochotę. No dobrze... najczęściej odpowiedź brzmi: na czekoladę. Na szczęście od kiedy przeszłam na low carb, nauczyłam się jednego. Nie trzeba wybierać między zdrowym odżywianiem a małymi przyjemnościami. Kiedy dopada mnie ochota na coś słodkiego, nie biegnę do sklepu po batonika. Otwieram szafkę, wyciągam odżywkę białkową i po kilku minutach mam deser, który smakuje jak czekoladowy koktajl z kawiarni.

Przyznam się Wam do czegoś. Kiedyś myślałam, że wszystkie proteinowe shake'i smakują jak karton z dodatkiem kakao. Jeśli też macie takie wspomnienia, to witam w klubie! Na szczęście czasy się zmieniły, a dobrze dobrane składniki potrafią zrobić naprawdę świetną robotę.

Składniki:

  • 250 ml mleka migdałowego bez cukru (lub innego ulubionego mleka low carb),
  • 30 g czekoladowej odżywki białkowej,
  • łyżeczka gorzkiego kakao,
  • kilka kostek lodu,
  • opcjonalnie łyżka śmietanki 30% dla jeszcze bardziej kremowej konsystencji,
  • szczypta cynamonu lub kilka kropel ekstraktu waniliowego.

Wystarczy wrzucić wszystko do blendera i zmiksować przez około minutę. Gotowe. Jeśli lubicie naprawdę zimne napoje, możecie wcześniej schłodzić szklankę albo dorzucić więcej lodu.

To jeden z tych przepisów, które ratują mnie wtedy, gdy nie mam czasu przygotowywać większego posiłku albo po prostu mam ochotę na coś dobrego między obiadem a kolacją. Jest kremowy, mocno czekoladowy i naprawdę syci dzięki dużej ilości białka.

Najbardziej lubię wypić go po spacerze albo usiąść z nim na balkonie, kiedy słońce w końcu wygra z chmurami. W takie wakacyjne dni człowiek od razu ma lepszy humor. A jeśli do tego może wypić coś, co smakuje jak deser, a jednocześnie wpisuje się w dietę low carb... to dla mnie brzmi jak całkiem dobry plan.

Powiem Wam jeszcze jedno. Dawniej dieta kojarzyła mi się z ciągłym odmawianiem sobie wszystkiego. Dzisiaj coraz częściej odkrywam, że największą frajdę sprawia właśnie szukanie takich przepisów. Prostych, szybkich i takich, po których nie ma się poczucia, że jest się na jakiejkolwiek diecie. I chyba właśnie dlatego lubię kuchnię low carb coraz bardziej.

Jeśli macie swój ulubiony smak odżywki białkowej albo własny patent na proteinowy shake, koniecznie dajcie znać. Chętnie wypróbuję kolejne połączenia, bo coś czuję, że tego lata blender będzie miał u mnie naprawdę sporo pracy. 

Sałatka z halloumi i arbuzem. Lato zamknięte na talerzu

Są takie przepisy, które odkrywa się trochę przez przypadek. Wystarczy spojrzeć do lodówki i pomyśleć: „A gdyby tak połączyć to z tym?”. Właśnie tak było z tą sałatką. Halloumi czekało na swoją kolej, na blacie leżał soczysty arbuz, a ja miałam ochotę na coś lekkiego, kolorowego i zupełnie innego niż zwykle. Przyznam, że kiedy pierwszy raz usłyszałam o połączeniu sera z arbuzem, nie byłam przekonana. Dziś już wiem, dlaczego ten duet ma tylu fanów. Ciepły, lekko chrupiący halloumi świetnie kontrastuje z chłodnym, soczystym arbuzem, a całość smakuje naprawdę letnio. W wersji low carb wystarczy po prostu nie przesadzać z ilością arbuza – dzięki temu nadal możemy cieszyć się jego smakiem, nie dostarczając zbyt wielu węglowodanów.

Do przygotowania dwóch porcji potrzebujesz 

  • 200 g sera halloumi, 
  • 120 g arbuza, 
  • garść miksu sałat, 
  • garść rukoli, 
  • kilka pomidorków koktajlowych, 
  • pół małego ogórka, 
  • kilka listków świeżej mięty 
  • garść posiekanych pistacji lub orzechów włoskich.

Na dressing wymieszaj dwie łyżki oliwy z oliwek, łyżkę soku z cytryny, odrobinę musztardy dijon, sól i świeżo mielony pieprz.

Halloumi pokrój w plastry i podsmaż na suchej patelni z obu stron, aż stanie się złocisty. W międzyczasie przygotuj warzywa i pokrój arbuza w większą kostkę. Na talerzu ułóż sałaty, dodaj ogórka, pomidorki i arbuza, a na wierzchu połóż jeszcze ciepłe plastry sera. Polej całość dressingiem i posyp pistacjami oraz listkami mięty.

Lubię takie obiady i kolacje najbardziej. Nie trzeba długo gotować, kuchnia pozostaje prawie czysta, a na talerzu od razu robi się kolorowo. To jeden z tych posiłków, które najlepiej smakują na tarasie, balkonie albo po prostu przy otwartym oknie, kiedy do środka wpada letnie powietrze.

Coraz częściej przekonuję się, że kuchnia niskowęglowodanowa wcale nie musi oznaczać ciężkich dań z mięsem. Latem aż chce się jeść więcej świeżych warzyw, ziół i prostych składników, które same w sobie mają mnóstwo smaku. Ta sałatka jest tego najlepszym przykładem. Jest sycąca dzięki halloumi, świeża dzięki warzywom i ma w sobie odrobinę słodyczy, która sprawia, że trudno poprzestać na jednej porcji.

Jeśli jeszcze nie próbowaliście takiego połączenia, dajcie mu szansę. Ja też kiedyś podchodziłam do niego z dystansem, a dziś wracam do niego przez całe lato. Czasem właśnie te najbardziej nieoczywiste przepisy okazują się tymi, które zostają z nami na dłużej. 

Sernik w pucharku z borówkami. Kiedy ma się ochotę na coś słodkiego, ale nie na pieczenie

Ostatnio łapię się na tym, że coraz częściej wybieram desery, które robi się szybciej, niż nagrzewa piekarnik. W takie ciepłe dni naprawdę nie mam ochoty stać w kuchni przez godzinę, a przecież to nie znaczy, że trzeba rezygnować z małych przyjemności. Czasem wystarczy kilka składników, pięć minut i ulubiony pucharek, żeby zwykłe popołudnie zrobiło się od razu trochę lepsze. Ten deser powstał właśnie w taki dzień. Otworzyłam lodówkę, zobaczyłam mascarpone, serek wiejski i pudełko borówek. Reszta zrobiła się właściwie sama. Pierwsza łyżeczka wystarczyła, żebym wiedziała, że będę do niego wracać przez całe lato.

Do przygotowania dwóch większych porcji potrzebujesz 

  • 250 g serka mascarpone, 
  • 200 g serka wiejskiego, najlepiej zmiksowanego na gładko, 
  • dwóch–trzech łyżek erytrytolu pudru, 
  • łyżeczki ekstraktu waniliowego 
  • 150 g świeżych borówek. 

Jeśli lubisz bardziej wyrazisty smak, możesz dodać odrobinę skórki otartej z cytryny.

Mascarpone, zmiksowany serek wiejski, erytrytol i wanilię przełóż do miski i krótko zmiksuj, tylko do połączenia składników. Masa powinna być gładka, puszysta i lekka. Na dno pucharków wsyp garść borówek, nałóż warstwę kremu, potem ponownie owoce i jeszcze jedną porcję kremu. Wierzch udekoruj borówkami i kilkoma posiekanymi pistacjami albo płatkami migdałów. Jeśli masz świeżą miętę, jeden listek będzie idealnym dopełnieniem.

Najlepiej smakuje dobrze schłodzony, dlatego warto wstawić go na pół godziny do lodówki. Chociaż przyznam się, że u mnie rzadko udaje mu się tyle postać. Zwykle kończy się na tym, że robię zdjęcie... i zaraz potem zjadam pół pucharka.

Lubię takie przepisy najbardziej. Nie wymagają wielkich przygotowań, nie brudzą połowy kuchni, a wyglądają tak, jakby włożyło się w nie znacznie więcej pracy. Są idealne wtedy, kiedy wpadają goście, ale też wtedy, kiedy po prostu ma się ochotę usiąść na balkonie z filiżanką kawy i czymś naprawdę dobrym.

Mam wrażenie, że właśnie takie desery najlepiej pokazują, że kuchnia niskowęglowodanowa nie polega na ciągłych wyrzeczeniach. Wręcz przeciwnie. Można zjeść kremowy sernik z borówkami, nie włączać piekarnika i jeszcze mieć poczucie, że zrobiło się dla siebie coś naprawdę miłego. A latem chyba właśnie o takie małe przyjemności chodzi najbardziej. 

Hummus z kalafiora. Nawet nie przypuszczałam, że tak bardzo go polubię

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o hummusie z kalafiora, pomyślałam, że to chyba jedna z tych kulinarnych modyfikacji, które nie mają większego sensu. Bo jak kalafior ma zastąpić ciecierzycę? Okazało się jednak, że czasami naprawdę warto dać szansę nowym pomysłom. Od tamtej pory ten hummus robię regularnie, zwłaszcza latem. Jest lekki, kremowy, świetnie smakuje schłodzony i pasuje do wszystkiego. Smaruję nim keto pieczywo, podaję z pokrojonymi warzywami, zabieram do pracy jako dodatek do lunchboxa, a czasem po prostu wyjadam go łyżeczką prosto z miseczki. Tak, zdarza mi się. 😄

  • Do przygotowania potrzebujesz 
  • około 500 g różyczek kalafiora, 
  • dwóch łyżek pasty tahini, 
  • dwóch łyżek oliwy, 
  • ząbka czosnku, 
  • soku z połowy cytryny, 
  • pół łyżeczki mielonego kminu rzymskiego,
  •  soli 
  • pieprzu. 

Jeśli lubisz bardziej wyrazisty smak, możesz dodać szczyptę wędzonej papryki albo odrobinę płatków chili.

Kalafior ugotuj na parze albo upiecz w piekarniku. Ja częściej wybieram pieczenie, bo warzywo nabiera wtedy delikatnie słodkiego smaku i nie jest tak wodniste. Po przestudzeniu wrzuć go do blendera razem z pozostałymi składnikami i miksuj do momentu, aż masa będzie gładka i kremowa. Jeśli hummus wydaje się zbyt gęsty, dolej odrobinę zimnej wody albo jeszcze łyżkę oliwy.

Najbardziej lubię podać go w niewielkiej miseczce, skropionego oliwą i posypanego natką pietruszki albo prażonym sezamem. Obok układam słupki ogórka, selera naciowego, papryki i rzodkiewki. To jedna z tych przekąsek, po które sięga się zupełnie bez zastanowienia, a po chwili okazuje się, że miseczka jest już pusta.

Lubię takie przepisy, bo pokazują, że kuchnia niskowęglowodanowa potrafi zaskakiwać. Nie trzeba rezygnować z ulubionych smaków ani godzinami stać przy kuchence. Czasem wystarczy zwykły kalafior, kilka przypraw i blender, żeby powstało coś, co zostaje z nami na dłużej. I mam przeczucie, że jeśli raz spróbujecie tej wersji hummusu, to będzie do niej wracać równie często jak ja.

Domowa lemoniada z miętą i limonką. Czasem najprostsze rzeczy smakują najlepiej

Latem w mojej lodówce prawie zawsze stoi dzbanek z czymś zimnym. Nie dlatego, że nie lubię zwykłej wody, ale czasami po prostu ma się ochotę na coś bardziej orzeźwiającego. Kiedy za oknem jest gorąco, nie szukam kolorowych napojów ze sklepu ani gotowych lemoniad pełnych cukru. Kilka plasterków limonki, świeża mięta i kostki lodu potrafią zrobić znacznie lepszą robotę.

To jest właśnie jeden z tych przepisów, którego właściwie nie da się zepsuć. Robi się go w kilka minut, wygląda pięknie w szklanym dzbanku i świetnie sprawdza się podczas letnich spotkań w ogrodzie, na balkonie albo po prostu po ciężkim dniu. Najbardziej lubię przygotować go rano i wstawić do lodówki. Kilka godzin później mięta oddaje cały swój aromat, limonka przyjemnie odświeża, a napój smakuje jeszcze lepiej.

Do dzbanka o pojemności około półtora litra wlej litr zimnej wody gazowanej lub niegazowanej i około pół litra bardzo zimnej wody mineralnej. Dodaj jedną limonkę pokrojoną w cienkie plasterki, garść świeżej mięty i dwie–trzy łyżki erytrytolu. Jeśli lubisz bardziej wyrazisty smak, wyciśnij jeszcze sok z połowy limonki. Całość delikatnie wymieszaj i dorzuć sporą garść kostek lodu. Przed podaniem możesz wrzucić kilka plasterków ogórka – nie każdy o tym wie, ale dodają fantastycznej świeżości.

Lemoniada najlepiej smakuje dobrze schłodzona. Czasami dorzucam do niej kilka mrożonych malin albo borówek. Nie zmieniają smaku zbyt mocno, ale wyglądają pięknie i przy okazji zastępują kostki lodu. To taki drobiazg, który sprawia, że zwykły napój wygląda jak podany w letniej kawiarni.

Najbardziej lubię jednak to, że mogę przygotować dokładnie taką wersję, na jaką mam ochotę. Raz dodaję więcej mięty, innym razem więcej limonki, a czasem wrzucam kilka listków świeżej melisy z ogródka. Nie ma tutaj jednego idealnego przepisu i chyba właśnie za to lubię domową lemoniadę najbardziej.

Latem naprawdę nie potrzeba wiele, żeby zrobić sobie małą przyjemność. Dzbanek zimnej lemoniady, kilka kostek lodu i chwila odpoczynku na balkonie potrafią poprawić humor bardziej niż niejeden deser. A jeśli przy okazji można ograniczyć cukier i nadal cieszyć się świetnym smakiem, to dla mnie jest to dodatkowy powód, żeby ten przepis wracał przez całe wakacje. 

Kolorowe kotleciki z indyka w wersji niskowęglowodanowej

Lubię przepisy, które nie udają niczego skomplikowanego. Kilka prostych składników, jedna miska, chwila krojenia i po kilkunastu minutach na stole ląduje obiad, który smakuje całej rodzinie. Tak właśnie jest z tymi kotlecikami. Za każdym razem, kiedy je robię, obiecuję sobie, że kilka zostawię na następny dzień do pracy. I za każdym razem kończy się tak samo – po obiedzie zostają co najwyżej okruszki. Sekret tkwi w tym, że mięso nie jest mielone. Pierś z indyka kroję w bardzo drobną kostkę, dzięki czemu kotleciki mają zupełnie inną strukturę. Są soczyste, delikatne i pełne kolorowych warzyw, które nie tylko świetnie wyglądają, ale też dodają smaku. To jeden z tych przepisów, przy których nawet osoby niezainteresowane dietą niskowęglowodanową pytają o dokładkę.

Do przygotowania potrzebujesz: 

  • około 600 g piersi z indyka pokrojonej w bardzo drobną kostkę, 
  • pół czerwonej papryki, 
  • niewielkiej cukinii, 
  • kilku dymek razem ze szczypiorkiem, 
  • garści natki pietruszki, 
  • dwóch jajek, 
  • 100 g tartej mozzarelli, 
  • trzech łyżek mielonych migdałów, 
  • łyżki siemienia lnianego, 
  • ząbka czosnku, 
  • łyżeczki musztardy, 
  • soli, 
  • pieprzu, 
  • słodkiej papryki 
  • odrobiny suszonego oregano.

Wszystkie składniki przekładam do jednej miski i dokładnie mieszam. Masa powinna być gęsta i dobrze się kleić. Jeśli wydaje się zbyt luźna, wystarczy dosypać jeszcze odrobinę mielonych migdałów. Najlepiej odstawić ją na piętnaście minut, żeby składniki dobrze się połączyły.

Na patelni rozgrzewam masło klarowane i nakładam niewielkie porcje masy. Nie robię dużych kotletów. Mniejsze łatwiej przewrócić i równomiernie się smażą. Wystarczy około czterech minut z każdej strony, aż będą pięknie rumiane i chrupiące na zewnątrz, a w środku pozostaną soczyste.

Najczęściej podaję je z dużą miską sałaty, sosem czosnkowym na bazie jogurtu greckiego albo z prostym dipem z awokado. Świetnie smakują również na zimno, dlatego bardzo często pakuję je do lunchboxa. Wystarczy kilka pomidorków, kawałek ogórka i gotowy obiad do pracy.

To właśnie takie przepisy najbardziej lubię mieć pod ręką. Nie wymagają wyszukanych produktów, można je przygotować z tego, co akurat jest w lodówce, a przy okazji są sycące, kolorowe i naprawdę pełne smaku. Dzięki nim kolejny raz przekonuję się, że kuchnia niskowęglowodanowa wcale nie oznacza monotonii. Wręcz przeciwnie – im dłużej gotuję w tym stylu, tym więcej odkrywam prostych dań, do których chce się wracać. 

Keto wrap, który uratował niejeden zabiegany dzień

Są przepisy, do których wracam nie dlatego, że są wyjątkowo efektowne, ale dlatego, że po prostu ułatwiają życie. Ten wrap zdecydowanie do nich należy. Kiedy wiem, że przede mną długi dzień, nie będę miała czasu spokojnie zjeść obiadu albo po prostu potrzebuję czegoś, co mogę zapakować do pudełka i zabrać ze sobą, najczęściej wybór pada właśnie na niego.

Lubię takie jedzenie. Nic się nie rozsypuje, nie trzeba nosić kilku pojemników, a po rozkrojeniu wygląda naprawdę apetycznie. Co ważne, za każdym razem może smakować trochę inaczej, bo wystarczy zmienić dodatki i powstaje zupełnie nowy lunch.

Sam placek jest bardzo prosty. Potrzebujesz 3 jajek, 100 g serka śmietankowego, 40 g tartej mozzarelli, 20 g mielonego siemienia lnianego, szczypty soli, pieprzu i pół łyżeczki czosnku granulowanego. Wszystkie składniki zmiksuj na gładką masę, wylej cienko na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i piecz około 15 minut w temperaturze 180 stopni. Po wystudzeniu bez problemu zwija się w rulon i nie pęka.

Najbardziej lubię wypełnić go serkiem śmietankowym wymieszanym z łyżeczką zielonego pesto. Na to układam plastry pieczonego kurczaka, rukolę, kilka plasterków ogórka, pomidorki koktajlowe przekrojone na pół i cienkie plasterki awokado. Czasem dorzucam jeszcze odrobinę tartego parmezanu albo kilka listków świeżej bazylii. Potem wystarczy ciasno zwinąć całość, zawinąć na kilkanaście minut w papier do pieczenia i pokroić na pół.

Najczęściej przygotowuję go wieczorem, dzięki czemu rano tylko wyjmuję z lodówki i wkładam do lunchboxa. Smakuje świetnie również po kilku godzinach, dlatego często zabieram go do pracy. Nie rozmięka, nie traci smaku i naprawdę syci na długo.

To właśnie takie przepisy najbardziej lubię mieć pod ręką. Nie są skomplikowane, nie wymagają egzotycznych składników, a sprawiają, że znacznie łatwiej trzymać się diety niskowęglowodanowej nawet wtedy, kiedy dzień pędzi od samego rana. A przy okazji są po prostu bardzo smaczne. I chyba właśnie dlatego ten keto wrap tak często ląduje w moim lunchboxie. 

Keto naleśniki. Tak dobre, że naprawdę nie tęsknię za tymi z mąki pszennej

Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że można zrobić naleśniki bez zwykłej mąki i że będą naprawdę smaczne, pewnie popatrzyłabym z lekkim niedowierzaniem. Bo naleśniki to przecież naleśniki. Muszą być cienkie, elastyczne i takie, żeby nie pękały przy zwijaniu. Okazuje się jednak, że kuchnia niskowęglowodanowa potrafi zaskoczyć, a ten przepis jest na to najlepszym dowodem. Wracam do niego bardzo często, bo sprawdza się zarówno na śniadanie, jak i na kolację. Ciasto przygotowuje się dosłownie w kilka minut, a potem zostaje już tylko najlepsza część, czyli zastanawianie się, czym je nadziać. I właśnie tutaj zaczyna się cała zabawa, bo te naleśniki pasują niemal do wszystkiego.

Do przygotowania ciasta potrzebujesz 

  • 4 jajek, 
  • 150 g serka mascarpone, 
  • 80 ml śmietanki 30%, 
  • 50 g mąki migdałowej, 
  • 20 g łusek babki jajowatej, 
  • pół łyżeczki proszku do pieczenia, 
  • szczypty soli 
  • łyżeczki roztopionego masła do ciasta. 

Wszystkie składniki wystarczy zmiksować na gładką masę i odstawić na około dziesięć minut. W tym czasie babka jajowata delikatnie zgęstnieje i sprawi, że naleśniki będą elastyczne i łatwe do przewracania.

Smażę je na dobrze rozgrzanej patelni posmarowanej odrobiną masła klarowanego. Najlepiej wychodzą niezbyt grube. Kiedy spód się zarumieni, wystarczy ostrożnie przewrócić je na drugą stronę i po chwili są gotowe.

Najczęściej podaję je na słodko. Wystarczy mascarpone wymieszane z odrobiną erytrytolu i wanilii, świeże truskawki albo borówki, kilka malin i garść prażonych płatków migdałowych. Świetnie smakują również z domowym kremem pistacjowym, twarożkiem z cynamonem, musem z malin lub bitą śmietaną i startą gorzką czekoladą bez cukru.

Jeśli mam ochotę na wersję wytrawną, smaruję naleśniki serkiem śmietankowym, dodaję łososia wędzonego, rukolę i kilka plasterków ogórka. Bardzo lubię też połączenie z grillowanym kurczakiem, pesto i mozzarellą albo z pieczarkami podsmażonymi na maśle z odrobiną żółtego sera. Czasem wystarczy kilka plastrów szynki parmeńskiej, rukola i parmezan, żeby z prostego naleśnika zrobić naprawdę świetny obiad.

Lubię przepisy, które zostawiają trochę miejsca na własne pomysły, a te naleśniki właśnie takie są. Za każdym razem mogą smakować inaczej i chyba dlatego tak często goszczą na moim stole. Jednego dnia są deserem do kawy, drugiego sycącym śniadaniem, a trzeciego lekką kolacją. I za każdym razem przypominają mi, że dieta niskowęglowodanowa naprawdę nie oznacza rezygnacji z ulubionych smaków. Czasem wystarczy tylko odrobina kreatywności, żeby odkryć je na nowo.

Kurczak w kremowym sosie pesto. Jeden słoiczek, a tyle dobrego

Mam w lodówce kilka produktów, które ratują mnie zawsze wtedy, kiedy kompletnie nie mam pomysłu na obiad. Jednym z nich jest właśnie zielone pesto. Jeszcze kilka lat temu traktowałam je wyłącznie jako dodatek do makaronu. Dzisiaj wiem, że potrafi zrobić całą robotę praktycznie w każdym daniu. Wystarczy jedna łyżka i nagle zwykły kurczak smakuje zupełnie inaczej. Aromatyczna bazylia, parmezan, czosnek i oliwa robią coś, czego nie da się zastąpić żadną przyprawą. Ten obiad powstał zresztą dokładnie w taki sposób. Otworzyłam lodówkę, zobaczyłam słoiczek pesto i pomyślałam, że szkoda byłoby, żeby znowu stał tam do następnego tygodnia. Kilkanaście minut później na stole stało danie, które od razu trafiło na listę moich ulubionych.

Do przygotowania potrzebujesz 

  • dwóch filetów z kurczaka, 
  • około 200 ml śmietanki 30%, 
  • dwóch solidnych łyżek zielonego pesto ze słoiczka, 
  • garści pomidorków koktajlowych, 
  • kulki mozzarelli, 
  • łyżki masła klarowanego, 
  • soli, pieprzu 
  • kilku listków świeżej bazylii.

Kurczaka dopraw solą i pieprzem, a następnie obsmaż na maśle klarowanym z obu stron, aż nabierze złotego koloru. Nie musi być jeszcze całkowicie gotowy. Wlej śmietankę, dodaj pesto i delikatnie wymieszaj. Sos niemal od razu nabiera pięknego zielonego koloru i pachnie tak, że człowiek zaczyna zaglądać do patelni częściej, niż jest to potrzebne.

Na koniec dorzuć przekrojone pomidorki koktajlowe i plasterki mozzarelli. Przykryj patelnię na kilka minut, aż ser zacznie się delikatnie rozpływać. Tuż przed podaniem posyp wszystko świeżą bazylią.

Najczęściej podaję ten kurczak z dużą miską sałaty albo z grillowaną cukinią. Świetnie smakuje również z makaronem konjac albo ryżem z kalafiora. Sos jest tak dobry, że naprawdę szkoda zostawić go na patelni.

Lubię przepisy, które nie wymagają kupowania piętnastu składników ani godzin spędzonych w kuchni. Czasami wystarczy jeden niepozorny słoiczek pesto, żeby z prostego obiadu zrobić coś, co spokojnie można byłoby zamówić w restauracji. I właśnie za takie gotowanie najbardziej lubię kuchnię niskowęglowodanową. Jest prosta, pełna smaku i udowadnia, że zdrowe jedzenie naprawdę nie musi być nudne. 

Niskowęglowodanowe kokosanki, które znikają szybciej, niż zdążą ostygnąć

Nie wiem, co jest w kokosankach takiego wyjątkowego. Może ten zapach, który od razu wypełnia cały dom. Może chrupiące brzegi i miękki środek. A może to, że trudno poprzestać na jednej, nawet jeśli obiecywało się sobie coś zupełnie innego. Przez długi czas wydawało mi się, że dobra kokosanka musi być pełna cukru. Na szczęście okazało się, że wcale nie. Wystarczy kilka prostych składników, żeby upiec ciasteczka, które są delikatne, lekko wilgotne w środku i pięknie kokosowe. Takie, które równie dobrze smakują do porannej kawy, jak i wtedy, gdy po południu ma się ochotę na coś słodkiego.

Do ich przygotowania potrzebujesz: 

  • 200 g wiórków kokosowych, 
  • 3 jajek, 
  • 80 g roztopionego masła, 
  • 70 g erytrytolu, 
  • łyżeczki ekstraktu waniliowego i
  • szczypty soli. 

Jeśli lubisz bardziej wyrazisty kokosowy smak, możesz dodać jeszcze 2–3 łyżki mleczka kokosowego. Dzięki niemu kokosanki będą jeszcze bardziej miękkie.Jajka ubij z erytrytolem, aż masa zrobi się jaśniejsza i lekko puszysta. Dodaj roztopione, ale już przestudzone masło, wanilię i szczyptę soli. Na końcu wsyp wiórki kokosowe i dokładnie wymieszaj. Masa powinna być gęsta i dobrze się kleić. Jeśli wydaje się zbyt sucha, dolej odrobinę mleczka kokosowego.

Z przygotowanej masy formuj niewielkie kopczyki i układaj je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Nie muszą być idealne. Właśnie w tym tkwi urok domowych ciasteczek. Piecz około 15–18 minut w temperaturze 170 stopni, aż wierzch delikatnie się zarumieni. Po wyjęciu z piekarnika pozwól im odpocząć kilka minut. Wiem, że to trudne, ale świeżo po upieczeniu są bardzo delikatne i dopiero po chwili nabierają odpowiedniej struktury.

Najbardziej lubię je jeszcze lekko ciepłe, kiedy na zewnątrz są przyjemnie chrupiące, a środek pozostaje miękki i wilgotny. Świetnie smakują z kawą, ale równie dobrze sprawdzają się jako mała przekąska zabrana do pracy. Często piekę od razu podwójną porcję, bo doświadczenie nauczyło mnie, że jedna blacha zdecydowanie nie wystarcza.

Lubię takie przepisy najbardziej. Nie wymagają skomplikowanych składników, nie zajmują pół dnia, a efekt zawsze wywołuje uśmiech. I właśnie za to cenię kuchnię niskowęglowodanową. Pokazuje, że można przygotować coś naprawdę pysznego, nie rezygnując z prostoty ani z ulubionych smaków. Czasem wystarczy kilka składników i zapach piekącego się kokosa, żeby zwykły dzień zrobił się odrobinę przyjemniejszy. 

Makaron konjac z warzywami. Kiedy człowiek ma ochotę na makaron, ale nie na wyrzuty sumienia

Makaron to jedna z tych rzeczy, za którymi wiele osób na diecie niskowęglowodanowej tęskni najbardziej. I wcale się temu nie dziwię. Jest szybki, sycący i daje mnóstwo możliwości. Dlatego kiedy pierwszy raz kupiłam makaron konjac, podeszłam do niego z dużą rezerwą. Opinie w internecie były skrajne. Jedni go uwielbiali, inni twierdzili, że nie da się go zjeść. Pomyślałam więc, że najlepiej będzie przekonać się na własnej skórze. I wiecie co? Sekret wcale nie tkwi w samym makaronie. On potrzebuje dobrego towarzystwa. Sam w sobie jest prawie bez smaku, ale dzięki temu świetnie chłonie aromaty przypraw, sosów i warzyw. Jeśli dobrze go przygotujecie, naprawdę potrafi zaskoczyć.Najczęściej robię go właśnie w tej wersji. Kilkanaście minut i na talerzu ląduje kolorowy, pachnący obiad, który syci na długo, a jednocześnie nie zostawia uczucia ciężkości.

Na dwie porcje przygotowuję opakowanie makaronu konjac, pół czerwonej papryki, niewielką cukinię, garść pieczarek, pół cebuli, ząbek czosnku i garść brokułów podzielonych na małe różyczki. Przyda się jeszcze łyżka masła klarowanego lub oliwy, dwie łyżki sosu sojowego, łyżeczka oleju sezamowego, odrobina świeżo startego imbiru, sól, pieprz i szczypta płatków chili, jeśli lubicie odrobinę ostrości.

Makaron najpierw dokładnie płuczę pod bieżącą wodą, a później wrzucam na suchą, dobrze rozgrzaną patelnię na dwie–trzy minuty. To mały trik, który naprawdę robi różnicę. Dzięki temu pozbywa się charakterystycznego zapachu i zdecydowanie lepiej chłonie później wszystkie smaki.

Na drugiej patelni podsmażam cebulę i czosnek, po chwili dodaję pieczarki, paprykę, cukinię i brokuły. Warzywa powinny zostać lekko chrupiące, bo właśnie wtedy smakują najlepiej. Na koniec dokładam makaron, wlewam sos sojowy i olej sezamowy, dorzucam imbir, mieszam wszystko przez chwilę i gotowe.

Najbardziej lubię posypać całość prażonym sezamem i szczypiorkiem. Czasem dodaję jeszcze kilka kawałków grillowanego kurczaka albo krewetki, jeśli mam ochotę na bardziej sycącą wersję. Sam makaron z warzywami też świetnie się sprawdza i bardzo często zabieram go następnego dnia do pracy. Wystarczy podgrzać przez chwilę i smakuje równie dobrze.

To jest właśnie jeden z tych przepisów, które przypominają mi, że dieta niskowęglowodanowa nie polega na ciągłym rezygnowaniu z ulubionych smaków. Czasem wystarczy znaleźć trochę inny sposób, żeby nadal cieszyć się tym, co lubimy. A jeśli jeszcze całość przygotowuje się szybciej niż zdąży zagotować zwykła woda na makaron, to dla mnie jest to dodatkowy argument, żeby wracać do tego przepisu naprawdę często. 

Kurczak z mozzarellą, pesto i pomidorami. Obiad, który smakuje latem

W ostatnich dniach coraz częściej łapię się na tym, że zamiast planować wielkie gotowanie, zaglądam do lodówki i szukam czegoś, co będzie szybkie, lekkie i jednocześnie naprawdę sycące. Upały skutecznie odbierają mi ochotę na stanie przy kuchence, ale nie odbierają apetytu na dobre jedzenie. Właśnie dlatego ten kurczak wraca u mnie regularnie. Nie ma tu wyszukanych składników ani skomplikowanych technik. Jest za to wszystko, co lubię najbardziej – soczyste mięso, aromatyczne pesto, ciągnąca się mozzarella i pomidorki, które podczas pieczenia stają się słodkie i pełne smaku.

Do przygotowania wystarczą dwa filety z kurczaka, kulka mozzarelli, garść pomidorków koktajlowych, dwie łyżki zielonego pesto, odrobina oliwy, ząbek czosnku, suszone oregano, sól, pieprz i kilka listków świeżej bazylii. Kurczaka delikatnie rozbijam, doprawiam solą, pieprzem i oregano, a potem szybko obsmażam na oliwie tylko do momentu, aż nabierze złotego koloru. Nie chodzi o to, żeby był już gotowy – resztę zrobi piekarnik.

Filety przekładam do naczynia do zapiekania, smaruję pesto i przykrywam grubszymi plasterkami mozzarelli. Obok rozsypuję pomidorki wymieszane z odrobiną oliwy i przeciśniętym przez praskę czosnkiem. Całość piekę około piętnastu minut w temperaturze 190 stopni. Tuż przed podaniem dorzucam świeżą bazylię, bo jej zapach sprawia, że nawet zwykły obiad zaczyna kojarzyć się z wakacjami.

Najczęściej podaję ten kurczak z dużą miską sałaty skropionej oliwą i sokiem z cytryny albo z prostą surówką z ogórków i rzodkiewek. Nic więcej nie potrzeba. Mozzarella jest kremowa, pesto dodaje charakteru, pomidorki przełamują całość delikatną słodyczą, a kurczak zostaje soczysty i miękki.

Lubię takie przepisy, bo nie próbują udawać czegoś, czym nie są. To zwykły domowy obiad, który robi się szybko, nie wymaga połowy dnia w kuchni i sprawia, że nawet w największy upał ma się ochotę usiąść spokojnie przy stole. I chyba właśnie za to najbardziej cenię letnie gotowanie – mniej kombinowania, więcej smaku i więcej czasu na to, żeby po prostu cieszyć się dniem.

Etykiety

akcja błyskawiczny piątek Alkohole ananas babeczki Babka Babka gotowana baleron banan barszcz batoniki bazylia bez pieczenia beza bezy biały barszcz bigos bigos ze słodkiej kapusty biszkopt biszkopty bita śmietana blok boczek botwinka Boże Narodzenie brokuły brzoskwinie budyniowy krem budyń bułki buraki bzu cannelloni cappuccino cebula chilli chipsy chleb Chłodniki chrzan Ciasteczka Ciasto ciasto francuskie ciasto naleśnikowe cukinia curry cynamon cytryna czarna porzeczka czarny bez czekolada czosnek danie obiadowe deser Dietetycznie do kawy do mięsa domowa przyprawa piernikowa domowa szynka domowa wędlina domowe musli domowe pieczywo domowej roboty Domowy ketchup domowy kisiel drożdże drożdżówka duszone dynia dżem fasola feta FIT Flaki granat granola gruszki grzyby suszone imbir jabłka Jajka jarmuż jednogarnkowe jogurt kajmak kajzerki kakao kakaowe kalafior kapary kapusta Kapusta modra kardamon karkówka karp kasza jaglana kawa kefir Keto kiełbasa ze słoika Kiszonki kiwi kluseczki kokos koktajl koktajlowe konfitura koperek kremówka Kruche kruszonka Kurczak kuskus kwiat czarnego bzu legumina lody łosoś Majonez Makaron maliny marchew marmolada Marynata masa serowa mascarpone masło orzechowe maślanka Mazurek mąka kukurydziana mąka orkiszowa mielone Mięsne mięta migdały miód młoda kapusta mogdały morele mozzarella Mrożonki Muffinki na grilla na kanapkę na kruchym spodzie Na słodko Na śniadanie na zakwasie na zimno na żeberkach naleśniki Nalewki Napoje nasiona chia nutella Obiad ogórki omlet orzechy otręby pszenne owsiane pancakes papryczka parmezan pasta jajeczna pasztet pączki pestki dyni pęczak pieczarki pieczone jabłko pieczone ziemniaki pieczywo pierniczki Piernik Pierogi pierś z indyka pierś z kurczaka pietruszka Pizza Placek Placki placuszki pomarańcze pomidorówka por porzeczki potrawy wigilijne przekąska Przepisy kulinarne Przetwory rabarbar rodzynki rogaliki Ryby ryż salami Sałatki schab seler ser serek sernik sezam skórka pomarańczowa skrzydełka Smalec soczewica solone orzeszki sorbet sos Sosy Surówka suszone pomidory suszony chrzan Sylwester syrop szaszłyki szparagi szpinak śledzie śliwki śliwki kalifornijskie Śniadanie/kolacja Świąteczne przygotowania z Sunflower Tarty Torty truskawki tuńczyk twaróg udka w kokilkach w occie w oleju Warzywa wątróbka Wielkanoc wino wiśnie Wuzetka z bakaliami z białek z lawendą z makaronem z makiem Z mąki Z olejem z owocami z piekarnika z szynkowara z warzywami zakwas zalewa octowa zapiekanka zielony szejk ziemniaki ziołowe Zrazy zupa-krem Zupy żeberka żurawina żurek