Makaron to jedna z tych rzeczy, za którymi wiele osób na diecie niskowęglowodanowej tęskni najbardziej. I wcale się temu nie dziwię. Jest szybki, sycący i daje mnóstwo możliwości. Dlatego kiedy pierwszy raz kupiłam makaron konjac, podeszłam do niego z dużą rezerwą. Opinie w internecie były skrajne. Jedni go uwielbiali, inni twierdzili, że nie da się go zjeść. Pomyślałam więc, że najlepiej będzie przekonać się na własnej skórze. I wiecie co? Sekret wcale nie tkwi w samym makaronie. On potrzebuje dobrego towarzystwa. Sam w sobie jest prawie bez smaku, ale dzięki temu świetnie chłonie aromaty przypraw, sosów i warzyw. Jeśli dobrze go przygotujecie, naprawdę potrafi zaskoczyć.Najczęściej robię go właśnie w tej wersji. Kilkanaście minut i na talerzu ląduje kolorowy, pachnący obiad, który syci na długo, a jednocześnie nie zostawia uczucia ciężkości.

Na dwie porcje przygotowuję opakowanie makaronu konjac, pół czerwonej papryki, niewielką cukinię, garść pieczarek, pół cebuli, ząbek czosnku i garść brokułów podzielonych na małe różyczki. Przyda się jeszcze łyżka masła klarowanego lub oliwy, dwie łyżki sosu sojowego, łyżeczka oleju sezamowego, odrobina świeżo startego imbiru, sól, pieprz i szczypta płatków chili, jeśli lubicie odrobinę ostrości.
Makaron najpierw dokładnie płuczę pod bieżącą wodą, a później wrzucam na suchą, dobrze rozgrzaną patelnię na dwie–trzy minuty. To mały trik, który naprawdę robi różnicę. Dzięki temu pozbywa się charakterystycznego zapachu i zdecydowanie lepiej chłonie później wszystkie smaki.
Na drugiej patelni podsmażam cebulę i czosnek, po chwili dodaję pieczarki, paprykę, cukinię i brokuły. Warzywa powinny zostać lekko chrupiące, bo właśnie wtedy smakują najlepiej. Na koniec dokładam makaron, wlewam sos sojowy i olej sezamowy, dorzucam imbir, mieszam wszystko przez chwilę i gotowe.
Najbardziej lubię posypać całość prażonym sezamem i szczypiorkiem. Czasem dodaję jeszcze kilka kawałków grillowanego kurczaka albo krewetki, jeśli mam ochotę na bardziej sycącą wersję. Sam makaron z warzywami też świetnie się sprawdza i bardzo często zabieram go następnego dnia do pracy. Wystarczy podgrzać przez chwilę i smakuje równie dobrze.
To jest właśnie jeden z tych przepisów, które przypominają mi, że dieta niskowęglowodanowa nie polega na ciągłym rezygnowaniu z ulubionych smaków. Czasem wystarczy znaleźć trochę inny sposób, żeby nadal cieszyć się tym, co lubimy. A jeśli jeszcze całość przygotowuje się szybciej niż zdąży zagotować zwykła woda na makaron, to dla mnie jest to dodatkowy argument, żeby wracać do tego przepisu naprawdę często.
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Napisz co o tym sądzisz :) Będę bardzo wdzięczna :)