Kolorowe kotleciki z indyka w wersji niskowęglowodanowej
Lubię przepisy, które nie udają niczego skomplikowanego. Kilka prostych składników, jedna miska, chwila krojenia i po kilkunastu minutach na stole ląduje obiad, który smakuje całej rodzinie. Tak właśnie jest z tymi kotlecikami. Za każdym razem, kiedy je robię, obiecuję sobie, że kilka zostawię na następny dzień do pracy. I za każdym razem kończy się tak samo – po obiedzie zostają co najwyżej okruszki. Sekret tkwi w tym, że mięso nie jest mielone. Pierś z indyka kroję w bardzo drobną kostkę, dzięki czemu kotleciki mają zupełnie inną strukturę. Są soczyste, delikatne i pełne kolorowych warzyw, które nie tylko świetnie wyglądają, ale też dodają smaku. To jeden z tych przepisów, przy których nawet osoby niezainteresowane dietą niskowęglowodanową pytają o dokładkę.
Do przygotowania potrzebujesz:
- około 600 g piersi z indyka pokrojonej w bardzo drobną kostkę,
- pół czerwonej papryki,
- niewielkiej cukinii,
- kilku dymek razem ze szczypiorkiem,
- garści natki pietruszki,
- dwóch jajek,
- 100 g tartej mozzarelli,
- trzech łyżek mielonych migdałów,
- łyżki siemienia lnianego,
- ząbka czosnku,
- łyżeczki musztardy,
- soli,
- pieprzu,
- słodkiej papryki
- odrobiny suszonego oregano.
Wszystkie składniki przekładam do jednej miski i dokładnie mieszam. Masa powinna być gęsta i dobrze się kleić. Jeśli wydaje się zbyt luźna, wystarczy dosypać jeszcze odrobinę mielonych migdałów. Najlepiej odstawić ją na piętnaście minut, żeby składniki dobrze się połączyły.
Na patelni rozgrzewam masło klarowane i nakładam niewielkie porcje masy. Nie robię dużych kotletów. Mniejsze łatwiej przewrócić i równomiernie się smażą. Wystarczy około czterech minut z każdej strony, aż będą pięknie rumiane i chrupiące na zewnątrz, a w środku pozostaną soczyste.
Najczęściej podaję je z dużą miską sałaty, sosem czosnkowym na bazie jogurtu greckiego albo z prostym dipem z awokado. Świetnie smakują również na zimno, dlatego bardzo często pakuję je do lunchboxa. Wystarczy kilka pomidorków, kawałek ogórka i gotowy obiad do pracy.
To właśnie takie przepisy najbardziej lubię mieć pod ręką. Nie wymagają wyszukanych produktów, można je przygotować z tego, co akurat jest w lodówce, a przy okazji są sycące, kolorowe i naprawdę pełne smaku. Dzięki nim kolejny raz przekonuję się, że kuchnia niskowęglowodanowa wcale nie oznacza monotonii. Wręcz przeciwnie – im dłużej gotuję w tym stylu, tym więcej odkrywam prostych dań, do których chce się wracać.

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Napisz co o tym sądzisz :) Będę bardzo wdzięczna :)