Mrożona matcha latte. Nie wierzyłam, że dołączę do tego zielonego szaleństwa
Gdyby ktoś jeszcze kilka miesięcy temu powiedział mi, że będę z przyjemnością piła zielony napój przypominający kolorem świeżo skoszony trawnik, popatrzyłabym na niego z lekkim niedowierzaniem. 😄 Przecież kawa to kawa, herbata to herbata, a matcha... no cóż, wydawała mi się modą, która za chwilę przeminie. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy pewnego dnia zrobiłam sobie pierwszą mrożoną matcha latte i pomyślałam: „No dobrze... chyba właśnie dołączyłam do tego całego zielonego szaleństwa.”
A że od rana mamy taki upał, że nawet powietrze chyba postanowiło wziąć urlop, w domu znowu obowiązuje tryb „jaskinia zbójców”. Rolety opuszczone, okna zamknięte i każdy szuka najchłodniejszego miejsca. Sisi od dawna śpi i nawet nie udaje, że ma ochotę na spacer. Hektor przeciągnął się tylko raz, spojrzał na mnie z miną: „Naprawdę chcesz się ruszać w taki dzień?” i wrócił do drzemki. Riko i Bubu również doszły do wniosku, że najlepszą strategią na przetrwanie jest absolutnie nic nie robić. Patrzę na całe to futrzaste towarzystwo i dochodzę do wniosku, że chyba wiedzą o życiu więcej niż my. 😄
Ja też odpuszczam wszystko, co może poczekać. Siadam na balkonie z wysoką szklanką pełną lodu i mrożoną matcha latte. Powiem Wam szczerze, że nie spodziewałam się, iż tak bardzo ją polubię. Jest delikatna, kremowa, lekko roślinna w smaku i niesamowicie orzeźwiająca. W taki dzień działa lepiej niż wachlarz i zdecydowanie smaczniej.
Składniki:
- 1 łyżeczka dobrej jakości matchy,
- 60 ml gorącej (nie wrzącej) wody,
- 200 ml schłodzonego mleka migdałowego lub kokosowego,
- 1–2 łyżeczki erytrytolu lub kilka kropel ulubionego słodzika,
- dużo kostek lodu.
Matchę wsyp do miseczki, zalej gorącą wodą i dokładnie rozmieszaj bambusową miotełką lub małym spieniaczem, aż znikną wszystkie grudki. Do wysokiej szklanki wsyp kostki lodu, wlej schłodzone mleko i dodaj erytrytol. Na końcu delikatnie wlej przygotowaną matchę. Jeśli lubisz, możesz całość lekko wymieszać albo zostawić charakterystyczne zielono-białe warstwy.
To jeden z tych napojów, które najlepiej smakują wtedy, kiedy nic nie trzeba. Kiedy można usiąść w cieniu, wziąć głęboki oddech i przez chwilę po prostu odpocząć. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że lato wcale nie musi oznaczać ciągłego biegania. Czasem największym luksusem jest zimny napój, spokojna muzyka i świadomość, że przez najbliższe pół godziny nikt nic od nas nie chce.
A jeśli nadal zastanawiacie się, czy warto spróbować matchy, odpowiem tak: ja też się długo wzbraniałam. Teraz mam wrażenie, że to jedna z tych znajomości, które zaczynają się od ostrożnego „spróbuję tylko raz”, a kończą się pytaniem: „To kiedy znowu zrobię sobie następną?”

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Napisz co o tym sądzisz :) Będę bardzo wdzięczna :)