Mrożone batoniki sernikowe – wersja low carb
Zrobiłam miejsce w zamrażarce i już samo to powinnam potraktować jako spory sukces, bo moja zamrażarka ma niezwykłą zdolność przechowywania rzeczy, których najwyraźniej kiedyś bardzo potrzebowałam, choć dzisiaj nie mam pojęcia po co. Kiedy wreszcie udało mi się wygospodarować kawałek półki, pomyślałam, że szkoda byłoby zmarnować taką przestrzeń na coś rozsądnego. Znacznie lepiej zrobić deser. Tym bardziej że ochota na coś słodkiego przyszła dokładnie w chwili, kiedy kawa była już gotowa, a ja naprawdę nie miałam zamiaru piec ciasta.
W lodówce był twaróg, śmietanka i kilka malin, w szafce czekały orzechy, więc szybko wymyśliłam mrożone batoniki sernikowe. Plan zakładał przygotowanie większej porcji, żeby mieć coś dobrego na kilka kolejnych dni. Plan był piękny, przemyślany i kompletnie nie uwzględniał tego, że po wyjęciu pierwszego batonika z zamrażarki będę musiała sprawdzić konsystencję, potem smak, a następnie jeszcze raz konsystencję, bo przecież po kilku minutach poza zamrażarką mogła się zmienić. Prowadzenie bloga wymaga poświęceń.
Składniki na około 8–10 batoników:
Na spód:
- 80 g mielonych migdałów,
- 30 g posiekanych orzechów włoskich lub pekan,
- 30 g roztopionego masła,
- 1 łyżka erytrytolu.
Na masę sernikową:
- 300 g tłustego twarogu sernikowego lub dobrze zmielonego twarogu,
- 100 ml śmietanki 30%,
- 2–3 łyżki erytrytolu w pudrze,
- 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,
- 1 łyżka soku z cytryny,
- 70–80 g malin.
Migdały mieszam z posiekanymi orzechami, erytrytolem i roztopionym masłem. Niewielkie prostokątne naczynie wykładam papierem do pieczenia, wsypuję przygotowaną mieszankę i dociskam ją łyżką do dna. Wstawiam do zamrażarki na czas przygotowania masy.
Twaróg miksuję krótko z erytrytolem, wanilią i sokiem z cytryny. Osobno ubijam zimną śmietankę, a następnie delikatnie łączę ją z masą serową. Nie miksuję wszystkiego bez końca, bo zależy mi na lekkiej, kremowej konsystencji. Na koniec dodaję część malin i lekko rozgniatam je widelcem, żeby w masie zostały różowe smugi i kawałki owoców, zamiast idealnie jednolitego kremu.
Masę wykładam na przygotowany spód, wyrównuję mniej więcej – naprawdę nie trzeba tutaj wyciągać linijki – i wciskam na wierzch pozostałe maliny. Całość trafia do zamrażarki na minimum 4–5 godzin, a najlepiej na noc.
Przed krojeniem wyjmuję deser na około 10 minut i dopiero wtedy dzielę go na niewielkie batoniki. Jeśli leżały w zamrażarce dłużej, daję im jeszcze kilka minut w temperaturze pokojowej. Nie powinny być twarde jak kostka lodu, tylko przyjemnie mrożone i kremowe.
Można oczywiście trochę przy nich pokombinować. Maliny zamienić na kilka borówek lub truskawek, do spodu dodać odrobinę kakao, a gotowe batoniki polać cienkimi strużkami gorzkiej czekolady bez dodatku cukru. Ja najbardziej lubię wersję malinową, bo kwaśne owoce świetnie przełamują kremowy, sernikowy smak.
Takie desery przekonują mnie, że low carb wcale nie musi oznaczać siedzenia przy kawie z miną człowieka, który właśnie patrzy, jak inni jedzą ciasto. Wolę znaleźć własny sposób na coś słodkiego, zrobić porcję, schować do zamrażarki i mieć świadomość, że kiedy najdzie mnie ochota, coś dobrego już tam czeka.
Teoretycznie przynajmniej przez kilka dni. W praktyce moja świeżo uporządkowana półka w zamrażarce znowu zrobiła się podejrzanie przestronna. Nie mam dowodów, ale mniej więcej wiem, kto za tym stoi.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Napisz co o tym sądzisz :) Będę bardzo wdzięczna :)