Mini szaszłyczki caprese. Kiedy upał wygrywa z gotowaniem
Dzisiaj od samego rana jest taki upał, że już po otwarciu balkonu wiedziałam jedno – piekarnik ma dziś wolne. Kuchenka zresztą też. Nie mam najmniejszej ochoty dokładać do tego gorąca kolejnych kilku stopni. W domu panuje błogi spokój. Sisi śpi po porannym spacerze, Hektor rozciągnął się na swoim ulubionym miejscu, a Riko i Bubu najwyraźniej uznały, że przy takiej temperaturze każda aktywność jest mocno przereklamowana. Patrzę na to całe moje towarzystwo i dochodzę do wniosku, że chyba mają rację. Jest dopiero jedenasta, a ja już zastanawiam się, co przygotować na później, żeby było smacznie, lekko i przede wszystkim bez stania przy kuchence. W takie dni najbardziej lubię przepisy, które robi się niemal mimochodem. Kilka dobrych składników, pięć minut pracy i gotowe. Bez pośpiechu, bez bałaganu i bez narzekania, że w kuchni jest cieplej niż na balkonie. Mini szaszłyczki caprese są właśnie takim pomysłem. Robię je często latem, kiedy pomidory smakują najlepiej, bazylia pachnie na cały balkon, a mozzarella aż prosi się o to, żeby połączyć ją z czymś świeżym. Są idealne jako lekki lunch, kolacja albo przekąska, kiedy wpadają znajomi. I zawsze znikają szybciej, niż zdążę powiedzieć: „Poczekajcie, jeszcze zrobię zdjęcie na bloga!” 😄
- 250 g mini mozzarelli,
- około 20 pomidorków koktajlowych,
- garść świeżych listków bazylii,
- 2 łyżki oliwy z oliwek,
- łyżeczka kremu balsamicznego,
- sól i świeżo mielony pieprz,
- drewniane patyczki do szaszłyków.
Na każdy patyczek nadziewaj kolejno pomidorka, listek bazylii i kulkę mozzarelli. Układaj gotowe szaszłyczki na półmisku. W małej miseczce wymieszaj oliwę z kremem balsamicznym, dopraw pieprzem i odrobiną soli, a następnie delikatnie skrop gotową przekąskę. To naprawdę wszystko.
Lubię takie przepisy, bo przypominają mi, że dobre jedzenie wcale nie musi być skomplikowane. Czasem wystarczy kupić dobre pomidory, pachnącą bazylię i świeżą mozzarellę. Reszta dzieje się właściwie sama.
Coraz częściej dochodzę też do wniosku, że kuchnia low carb najlepiej sprawdza się właśnie latem. Nie trzeba godzinami gotować, żeby na talerzu było kolorowo, świeżo i naprawdę smacznie. A kiedy za oknem leje się żar z nieba, to dla mnie naprawdę najlepsza wiadomość.
No dobrze... moje futrzane towarzystwo nadal śpi, więc chyba wykorzystam tę ciszę, zrobię sobie kawę i zjem kilka szaszłyczków, zanim ktoś obudzi się z drzemki i zacznie sprawdzać, czy przypadkiem nie mam dla niego czegoś dobrego. Z Hektorem nigdy nic nie wiadomo.

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Napisz co o tym sądzisz :) Będę bardzo wdzięczna :)