Konfitura z borówek – wersja low carb

Borówki kupiłam z zamiarem bardzo rozsądnym – miały być do jogurtu, trochę do deseru, może garść do śniadania. Położyłam pudełko w lodówce i przez chwilę naprawdę wierzyłam, że dokładnie tak będzie. Później zaczęłam przekładać produkty, znalazłam niewielki pusty słoiczek i nagle mój plan zmienił się bez żadnych konsultacji. Skoro niedawno robiłam dżem malinowy z chia, borówki najwyraźniej uznały, że też zasługują na własny występ. I tak zamiast spokojnie czekać na kolejne śniadania, wylądowały w rondelku.

Lubię robić takie małe porcje, bo nie mam ambicji zamieniać kuchni w zakład przetwórstwa owocowego. Nie potrzebuję dwudziestu słoików ustawionych równiutko na półce ani wielkiego garnka, w którym można by wykąpać Sisi. Chcę po prostu otworzyć lodówkę i mieć coś dobrego do jogurtu, sernika w pucharku czy kromki pieczywa low carb. Jeden słoiczek jest więc w sam raz, chociaż doświadczenie z malinami podpowiada mi, że określenie „na kilka dni” należy w moim domu traktować bardzo umownie.

Składniki:

  • 300 g borówek,
  • 2–3 łyżki erytrytolu lub innego słodzika do smaku,
  • 1 łyżka soku z cytryny,
  • 2 łyżki wody,
  • 1 łyżka nasion chia,
  • opcjonalnie pół łyżeczki ekstraktu waniliowego.

Borówki płuczę, przekładam do niewielkiego rondelka, dodaję wodę, sok z cytryny oraz erytrytol i podgrzewam na małym ogniu. Po kilku minutach owoce zaczynają puszczać sok i pękać. Część delikatnie rozgniatam widelcem, ale nie wszystkie, bo zdecydowanie wolę konfiturę, w której nadal trafiają się całe borówki, niż idealnie gładką fioletową masę.

Gotuję całość około 10–15 minut, od czasu do czasu mieszając. Pod koniec dodaję nasiona chia, które po ostygnięciu dodatkowo zagęszczą konfiturę. Jeśli mam ochotę, dorzucam odrobinę wanilii, mieszam i zdejmuję rondelek z ognia.

Na tym etapie konfitura może wydawać się jeszcze trochę rzadka, ale nie ma potrzeby ratować jej kolejną porcją chia. Po ostygnięciu i kilku godzinach w lodówce wyraźnie zgęstnieje. Przekładam ją do czystego słoiczka i przechowuję w lodówce przez kilka dni.

Najczęściej dodaję ją do gęstego jogurtu greckiego albo twarogu, świetnie smakuje też z naleśnikami low carb i jako owocowa warstwa w deserach. Można oczywiście nałożyć odrobinę na łyżeczkę podczas robienia śniadania, żeby sprawdzić, czy przez noc smak przypadkiem się nie zmienił. To bardzo odpowiedzialne podejście do domowych przetworów i staram się wykonywać tę kontrolę regularnie.

Nie będę też udawała, że domowa konfitura bez cukru smakuje identycznie jak tradycyjna, gotowana przez pół dnia z ogromną ilością cukru. Smakuje inaczej i właśnie to mi w niej odpowiada. Czuć borówki, lekką kwaskowość cytryny, nie jest przesadnie słodka i pasuje do mojego sposobu jedzenia bez konieczności rezygnowania z czegoś, co po prostu lubię.

Słoiczek stoi już w lodówce i oficjalnie jest przeznaczony na kilka najbliższych śniadań. Patrząc jednak na moje dotychczasowe osiągnięcia w dziedzinie przechowywania domowych słodkości, nie przywiązywałabym się szczególnie do słowa „kilka”. Jutro rano zaczynam pierwszą kontrolę jakości. 

Mrożona kawa waniliowa – wersja low carb

Kawa miała dzisiaj wyglądać jak zawsze. Ekspres, kubek, odrobina mleka i można zaczynać kolejną część dnia. Tyle że zanim zdążyłam nacisnąć przycisk, spojrzałam na kostki lodu w zamrażarce i cały rozsądny plan przestał obowiązywać. Skoro nadal mamy sierpień, ja nadal mam wakacje, a kawa i tak jest u mnie pozycją właściwie obowiązkową, postanowiłam połączyć przyjemne z jeszcze przyjemniejszym. Zwykła kawa została więc odesłana na urlop, a jej miejsce zajęła mrożona waniliowa.


Nie mam pojęcia, dlaczego napój z tej samej kawy wypity przez słomkę z wysokiej szklanki nagle smakuje jak coś, za co w kawiarni człowiek bez mrugnięcia okiem płaci kilkanaście złotych. Podejrzewam, że kostki lodu mają świetny dział marketingu. Kiedy do tego dochodzi wanilia i delikatnie kremowa konsystencja, można przez chwilę udawać, że siedzi się w kawiarnianym ogródku, nawet jeśli w rzeczywistości stoi się przy własnym kuchennym blacie i zastanawia, kto znowu zostawił otwartą szafkę.

Na low carb brakowało mi kiedyś właśnie takich drobnych przyjemności. Szybko jednak odkryłam, że wcale nie muszę z nich rezygnować, tylko trochę zmienić składniki. Mrożona kawa jest tego najlepszym przykładem, bo przygotowanie jej zajmuje dosłownie kilka minut, cukru nie potrzebuje wcale, a smakuje jak porządny deser w płynie.

Składniki na jedną dużą porcję:

  • podwójne espresso,
  • 150 ml niesłodzonego mleka migdałowego,
  • 50 ml śmietanki 30%,
  • 1/2–1 łyżeczki ekstraktu waniliowego,
  • erytrytol lub inny słodzik do smaku,
  • duża garść kostek lodu,
  • opcjonalnie szczypta cynamonu.

Najpierw przygotowuję espresso i zostawiam je na kilka minut, żeby trochę przestygło. Do wysokiej szklanki wsypuję sporo lodu, wlewam mleko migdałowe i śmietankę, dodaję wanilię oraz odrobinę erytrytolu. Na koniec powoli dolewam kawę. Jeśli zależy mi na tych ładnych warstwach, przez chwilę niczego nie mieszam i podziwiam własne dzieło, zanim słomka zrobi z nim porządek.

Kiedy mam ochotę na bardziej deserową wersję, wrzucam wszystko do blendera razem z lodem. Wtedy kawa robi się gęstsza, mocno schłodzona i trochę przypomina kawowego shake'a. Można też dodać szczyptę cynamonu albo odrobinę kakao, chociaż ja przy waniliowej najczęściej zostaję przy najprostszej wersji.

Jest jeszcze jeden sposób, który bardzo lubię – zamrażam wcześniej kawę w foremce do lodu i właśnie takie kawowe kostki wrzucam później do szklanki. Dzięki temu napój podczas picia nie robi się wodnisty, tylko coraz bardziej kawowy, co uważam za rozwiązanie niemal genialne. Zwłaszcza że wymaga ono jedynie przypomnienia sobie dzień wcześniej, że jutro też prawdopodobnie będę chciała kawę, a akurat to przewidzieć potrafię bez większego problemu.

Tak właśnie powstała dzisiejsza mała wakacyjna przyjemność. Bez wielkiego deseru, bez cukru i bez wyprawy do kawiarni. Wystarczyła wysoka szklanka, dużo lodu i zapach wanilii, żeby zwyczajna kawa zrobiła się trochę mniej zwyczajna.

Teraz pozostaje tylko jeden problem. Po mrożonej waniliowej klasyczna kawa zaczyna wyglądać przy niej odrobinę smutno. Na szczęście jesień zbliża się wielkimi krokami i wtedy znowu będę mogła z pełnym przekonaniem twierdzić, że gorący kubek jest absolutnie niezbędny do życia.

Mrożone batoniki sernikowe – wersja low carb

Zrobiłam miejsce w zamrażarce i już samo to powinnam potraktować jako spory sukces, bo moja zamrażarka ma niezwykłą zdolność przechowywania rzeczy, których najwyraźniej kiedyś bardzo potrzebowałam, choć dzisiaj nie mam pojęcia po co. Kiedy wreszcie udało mi się wygospodarować kawałek półki, pomyślałam, że szkoda byłoby zmarnować taką przestrzeń na coś rozsądnego. Znacznie lepiej zrobić deser. Tym bardziej że ochota na coś słodkiego przyszła dokładnie w chwili, kiedy kawa była już gotowa, a ja naprawdę nie miałam zamiaru piec ciasta.

W lodówce był twaróg, śmietanka i kilka malin, w szafce czekały orzechy, więc szybko wymyśliłam mrożone batoniki sernikowe. Plan zakładał przygotowanie większej porcji, żeby mieć coś dobrego na kilka kolejnych dni. Plan był piękny, przemyślany i kompletnie nie uwzględniał tego, że po wyjęciu pierwszego batonika z zamrażarki będę musiała sprawdzić konsystencję, potem smak, a następnie jeszcze raz konsystencję, bo przecież po kilku minutach poza zamrażarką mogła się zmienić. Prowadzenie bloga wymaga poświęceń.

Składniki na około 8–10 batoników:

Na spód:

  • 80 g mielonych migdałów,
  • 30 g posiekanych orzechów włoskich lub pekan,
  • 30 g roztopionego masła,
  • 1 łyżka erytrytolu.

Na masę sernikową:

  • 300 g tłustego twarogu sernikowego lub dobrze zmielonego twarogu,
  • 100 ml śmietanki 30%,
  • 2–3 łyżki erytrytolu w pudrze,
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,
  • 1 łyżka soku z cytryny,
  • 70–80 g malin.

Migdały mieszam z posiekanymi orzechami, erytrytolem i roztopionym masłem. Niewielkie prostokątne naczynie wykładam papierem do pieczenia, wsypuję przygotowaną mieszankę i dociskam ją łyżką do dna. Wstawiam do zamrażarki na czas przygotowania masy.

Twaróg miksuję krótko z erytrytolem, wanilią i sokiem z cytryny. Osobno ubijam zimną śmietankę, a następnie delikatnie łączę ją z masą serową. Nie miksuję wszystkiego bez końca, bo zależy mi na lekkiej, kremowej konsystencji. Na koniec dodaję część malin i lekko rozgniatam je widelcem, żeby w masie zostały różowe smugi i kawałki owoców, zamiast idealnie jednolitego kremu.

Masę wykładam na przygotowany spód, wyrównuję mniej więcej – naprawdę nie trzeba tutaj wyciągać linijki – i wciskam na wierzch pozostałe maliny. Całość trafia do zamrażarki na minimum 4–5 godzin, a najlepiej na noc.

Przed krojeniem wyjmuję deser na około 10 minut i dopiero wtedy dzielę go na niewielkie batoniki. Jeśli leżały w zamrażarce dłużej, daję im jeszcze kilka minut w temperaturze pokojowej. Nie powinny być twarde jak kostka lodu, tylko przyjemnie mrożone i kremowe.

Można oczywiście trochę przy nich pokombinować. Maliny zamienić na kilka borówek lub truskawek, do spodu dodać odrobinę kakao, a gotowe batoniki polać cienkimi strużkami gorzkiej czekolady bez dodatku cukru. Ja najbardziej lubię wersję malinową, bo kwaśne owoce świetnie przełamują kremowy, sernikowy smak.

Takie desery przekonują mnie, że low carb wcale nie musi oznaczać siedzenia przy kawie z miną człowieka, który właśnie patrzy, jak inni jedzą ciasto. Wolę znaleźć własny sposób na coś słodkiego, zrobić porcję, schować do zamrażarki i mieć świadomość, że kiedy najdzie mnie ochota, coś dobrego już tam czeka.

Teoretycznie przynajmniej przez kilka dni. W praktyce moja świeżo uporządkowana półka w zamrażarce znowu zrobiła się podejrzanie przestronna. Nie mam dowodów, ale mniej więcej wiem, kto za tym stoi. 

Mini kotleciki z cukinii i sera – wersja low carb

Cukinia znowu pojawiła się w mojej kuchni i zaczynam podejrzewać, że latem rozmnaża się gdzieś po drodze między sklepem a lodówką. Kupuję dwie, wykorzystuję jedną, zaglądam następnego dnia, a tam nadal leżą dwie. Nie próbuję już nawet dociekać, jak to możliwe, tylko wymyślam kolejne sposoby, żeby nie skończyło się na cukinii smażonej po raz siedemnasty. Tym razem podczas porządkowania lodówki znalazłam jeszcze kawałek sera i właściwie w tym momencie obiad wymyślił się sam.

Starłam cukinię, dodałam ser, jajko i przyprawy, a po chwili na patelni smażyły się niewielkie kotleciki. Oczywiście pierwszy został zjedzony jeszcze przy kuchence, ponieważ ktoś przecież musi sprawdzić, czy dobrze doprawione. Drugi wymagał kontroli stopnia wysmażenia, a przy trzecim nie miałam już żadnego sensownego usprawiedliwienia. Na talerz dotarła więc nieco mniejsza porcja, niż początkowo zakładałam, ale uznajmy, że kucharz ma swoje przywileje.

Składniki:

  • 1 średnia cukinia, około 300–350 g,
  • 100 g startego żółtego sera, np. goudy lub cheddara,
  • 1 jajko,
  • 2 łyżki mąki migdałowej,
  • 1 mały ząbek czosnku,
  • 2 łyżki posiekanego szczypiorku,
  • sól i świeżo mielony pieprz,
  • odrobina słodkiej lub wędzonej papryki,
  • masło klarowane albo oliwa do smażenia.

Cukinię ścieram na tarce o grubych oczkach, lekko solę i zostawiam na około 10 minut. Potem bardzo dokładnie odciskam z niej wodę i tutaj naprawdę nie warto iść na skróty, bo im mniej wilgoci zostanie w cukinii, tym łatwiej kotleciki będą trzymały kształt.

Do odciśniętej cukinii dodaję starty ser, jajko, mąkę migdałową, przeciśnięty czosnek, szczypiorek i przyprawy. Wszystko dokładnie mieszam i formuję niewielkie, dość płaskie kotleciki. Smażę je na średnim ogniu na niewielkiej ilości tłuszczu po około 3–4 minuty z każdej strony, aż zrobią się złociste. Nie przewracam ich zbyt wcześnie, bo muszą najpierw porządnie złapać spód, inaczej zamiast kotlecika możemy dostać bardzo smaczną, ale jednak mało reprezentacyjną jajecznicę z cukinią.

Po usmażeniu odkładam je na chwilę na ręcznik papierowy. Najbardziej smakują mi jeszcze ciepłe, kiedy ser w środku pozostaje miękki, a brzegi są przyjemnie przypieczone. Można podać je z gęstym jogurtem greckim wymieszanym z czosnkiem i ziołami, z prostą sałatką albo potraktować jako małą przekąskę i podjadać prosto z talerza.

Lubię w low carb właśnie takie przepisy, które nie próbują na siłę udawać czegoś innego. Te kotleciki nie mają być zamiennikiem schabowego ani wielkim kulinarnym odkryciem. To po prostu bardzo dobry sposób na cukinię, kilka zwyczajnych składników i obiad, przy którym człowiek nie spędza pół dnia w kuchni.

A jeśli latem również macie wrażenie, że cukinia zaczyna przejmować kontrolę nad Waszą lodówką, zachowajcie ten przepis. U mnie sytuacja została chwilowo opanowana. Chociaż właśnie przypomniałam sobie, że w dolnej szufladzie leży jeszcze jedna. Najwyraźniej wojna trwa. 

Zapiekane pieczarki z serem i boczkiem. Małe, niepozorne i zdecydowanie zbyt szybko znikają

Pieczarki kupiłam z zupełnie innym zamiarem. Miały grzecznie poczekać w lodówce na obiad następnego dnia, ale około południa zaczęłam już krążyć po kuchni w poszukiwaniu czegoś dobrego. Otworzyłam lodówkę, zobaczyłam pieczarki, obok leżał boczek, a kawałek sera właściwie sam dopisał się do tej historii. Plan na jutro właśnie przestał istnieć, za to narodził się całkiem przyzwoity plan na dzisiaj.

Najpierw pomyślałam, że zrobię tylko kilka. Tak na spróbowanie. To było bardzo optymistyczne założenie, bo jeśli coś łączy podsmażony boczek, pieczarki i ciągnący się ser, rozsądek zazwyczaj opuszcza kuchnię jako pierwszy. Ostatecznie nadziałam wszystkie i bardzo dobrze, bo po wyjęciu z piekarnika szybko stało się jasne, że kilka sztuk wystarczyłoby najwyżej do sprawdzenia, czy reszta też jest dobra.

Takie jedzenie bardzo pasuje mi do low carb. Nie trzeba kupować dziwnych zamienników ani udawać, że kalafior jest pizzą, a sałata bułką. Tutaj wszystko jest dokładnie tym, czym powinno być: pieczarka pieczarką, boczek boczkiem, a ser, na szczęście, pozostaje serem.

Składniki:

  • 10–12 większych pieczarek,
  • 100 g boczku,
  • 100 g tartego sera – u mnie cheddar lub gouda,
  • 2 łyżki serka śmietankowego,
  • 1 mała cebulka lub kawałek czerwonej cebuli,
  • 1 ząbek czosnku,
  • 1 łyżka masła,
  • pieprz,
  • odrobina soli,
  • szczypiorek lub natka pietruszki do podania.

Pieczarki oczyszczam, wyjmuję nóżki i drobno je kroję. Kapelusze odkładam na bok, bo za chwilę zamienią się w małe miseczki na wszystko, co dobre.

Boczek kroję w niewielką kostkę i wrzucam na patelnię. Kiedy zacznie się rumienić, dodaję posiekane nóżki pieczarek oraz cebulę. Podsmażam kilka minut, dorzucam czosnek i doprawiam pieprzem. Z solą warto uważać, bo boczek i ser mają jej już całkiem sporo.

Zdejmuję farsz z ognia, dodaję serek śmietankowy i mniej więcej połowę startego sera. Wszystko mieszam, a następnie porządnie napełniam kapelusze pieczarek. Układam je w naczyniu posmarowanym masłem i posypuję pozostałym serem.

Piekę około 20 minut w 190°C, aż pieczarki zmiękną, a ser na wierzchu ładnie się zapiecze. Po wyjęciu daję im dosłownie kilka minut odpoczynku i posypuję szczypiorkiem albo natką.

Można podać je jako ciepłą przekąskę, lekką kolację albo dodatek do mięsa. U mnie najczęściej kończy się na postawieniu całego naczynia na stole i podjadaniu kolejnych sztuk bez zbędnych ceremonii. Widelec też jest opcjonalny, chociaż oficjalnie oczywiście zachowujemy pozory.

Najbardziej lubię w tym przepisie farsz, bo można go zmieniać zależnie od zawartości lodówki. Odrobina sera pleśniowego nada mu mocniejszy smak, mozzarella będzie łagodniejsza, można też dorzucić trochę papryki, szczypiorku albo ostrej papryczki. Baza zostaje ta sama, a za każdym razem wychodzi trochę inaczej.

Pieczarki przeznaczone na następny dzień oczywiście nie przetrwały. Za to kolacja była bardzo dobra, więc trudno mówić o jakiejś wielkiej stracie. Jutro najwyżej pójdę po kolejne. Tym razem kupię dwa opakowania, chociaż doświadczenie podpowiada mi, że wcale nie oznacza to, że którekolwiek dotrwa do jutra.

Chipsy z cukinii. Bo czasem człowiek po prostu musi coś pochrupać

Cukinia leżała sobie spokojnie w lodówce i zapewne była przekonana, że skończy jak zwykle – na patelni albo w jakiejś zapiekance. Tym razem miałam wobec niej zupełnie inne plany. Naszła mnie ochota na coś do chrupania, a że na low carb paczka klasycznych chipsów raczej nie jest najlepszym pomysłem, zaczęłam kombinować. Zresztą u mnie takie kombinowanie najczęściej zaczyna się niewinnie, a kończy tym, że pół kuchni bierze udział w eksperymencie.

Pokroiłam cukinię w cienkie plasterki, wyciągnęłam parmezan i przyprawy, a chwilę później wszystko było już gotowe do pieczenia. Potem pozostało tylko czekać. I tu pojawił się największy problem, bo kiedy z piekarnika zaczyna pachnieć parmezanem i czosnkiem, cierpliwość nagle okazuje się cechą, której człowiek jednak nie posiada. Zaglądałam więc przez szybkę zdecydowanie częściej, niż było to konieczne, jakbym swoim wzrokiem mogła przyspieszyć cały proces.

Efekt zdecydowanie wart był tego czekania. Cieniutkie, lekko słone, serowe i chrupiące chipsy, które można podjadać bez poczucia, że właśnie zjadło się pół paczki ziemniaków. A ponieważ cukinia sama w sobie ma delikatny smak, można przyprawić ją właściwie tak, jak akurat mamy ochotę.

Składniki:

  • 1 średnia cukinia,
  • 2 łyżki oliwy z oliwek,
  • 40 g drobno startego parmezanu,
  • pół łyżeczki granulowanego czosnku,
  • pół łyżeczki słodkiej lub wędzonej papryki,
  • świeżo mielony pieprz,
  • odrobina soli.

Cukinię myję i kroję w bardzo cienkie, możliwie równe plasterki. Tutaj naprawdę warto się postarać, bo grubsze kawałki będą bardziej miękkie niż chrupiące. Rozkładam plasterki na ręczniku papierowym, delikatnie solę i zostawiam na około 15 minut, żeby cukinia oddała część wody. Później dokładnie ją osuszam.

Przekładam plasterki do miski, dodaję oliwę, czosnek, paprykę i pieprz, a następnie delikatnie mieszam. Układam je pojedynczo na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i posypuję parmezanem.

Piekę w temperaturze 160°C przez około 35–45 minut, kontrolując pod koniec, co dzieje się w piekarniku. Cieńsze plasterki mogą być gotowe wcześniej, dlatego warto je sukcesywnie wyjmować. Po upieczeniu zostawiam chipsy na kilka minut do ostygnięcia – wtedy robią się jeszcze bardziej chrupiące.

Można przygotować je również w air fryerze. Wystarczy około 150–160°C i 12–18 minut, w zależności od grubości plasterków i urządzenia. Najważniejsze, żeby nie układać cukinii warstwami.

Najbardziej smakują mi jeszcze lekko ciepłe, chociaż świetnie pasuje do nich również prosty dip z gęstego jogurtu greckiego, czosnku i szczypiorku. Przy filmie czy książce sprawdzają się aż za dobrze, bo ręka jakoś sama wraca do miseczki.

Nie będę przekonywać, że cukinia nagle zamienia się w ziemniaka i smakuje dokładnie jak klasyczne chipsy, bo przecież nie o to chodzi. To po prostu zupełnie inna przekąska, która ma własny smak i naprawdę daje przyjemność z chrupania. A jeśli przy okazji pasuje do mojego sposobu jedzenia, tym lepiej.

Jedno tylko radzę – z jednej cukinii nie róbcie. Po upieczeniu plasterki robią się znacznie mniejsze, a człowiek patrzy później na tę niewielką miseczkę i zastanawia się, kto zjadł resztę. Odpowiedź jest brutalna: nikt. Po prostu trzeba było od razu pokroić dwie.

Pasta z awokado i jajka w stylu low carb

Dzisiejszy plan na jedzenie był mniej więcej taki, że żadnego planu nie było. Zajrzałam do lodówki bardziej z ciekawości niż z konkretnym pomysłem i od razu zobaczyłam awokado, które osiągnęło właśnie ten magiczny moment pomiędzy „jeszcze twarde” a „zjedz mnie natychmiast, bo jutro będzie za późno”. Każdy, kto kupuje awokado, zna chyba tę grę. Przez trzy dni można nim wbijać gwoździe, a potem człowiek mrugnie dwa razy i już zastanawia się, czy przypadkiem nie powinno trafić do kosza.

Tym razem zdążyłam idealnie. Obok czekały ugotowane jajka, więc dalsze kombinowanie uznałam za zupełnie niepotrzebne. Awokado, jajko, trochę szczypiorku i kilka dodatków zamieniły się w pastę, która ostatecznie okazała się dużo lepszym pomysłem niż wszystkie wymyślne śniadania, które mogłabym znaleźć w internecie. W dodatku przygotowanie zajęło mi kilka minut, a to jest argument, z którym trudno dyskutować.

Składniki:

  • 1 dojrzałe awokado,
  • 2 jajka ugotowane na twardo,
  • 1 łyżka majonezu dobrej jakości,
  • 1 łyżeczka soku z cytryny lub limonki,
  • 1 łyżka posiekanego szczypiorku,
  • sól,
  • świeżo mielony pieprz,
  • opcjonalnie odrobina płatków chili.

Awokado przekrawam na pół, usuwam pestkę i wyjmuję miąższ do miseczki. Dodaję jajka i rozgniatam wszystko widelcem. Nie miksuję pasty na idealnie gładki krem, bo zdecydowanie bardziej lubię, kiedy zostają w niej niewielkie kawałki jajka i awokado. Dodaję majonez, sok z cytryny, szczypiorek, sól oraz pieprz i dokładnie mieszam. Jeśli mam ochotę na trochę mocniejszy smak, dorzucam szczyptę chili.

I właściwie można już siadać do stołu. Pastę najczęściej jem z pieczywem niskowęglowodanowym, ale świetnie sprawdza się również na plastrach świeżego ogórka, w liściach sałaty albo jako nadzienie do keto wrapa. Można też zrobić to, co ja czasem robię, kiedy nikt nie patrzy, czyli stanąć przy kuchennym blacie i wyjadać ją prosto z miseczki. W końcu po co brudzić dodatkowy talerz.

Bardzo odpowiada mi taki sposób jedzenia low carb, bo nie czuję, że muszę tworzyć jakieś specjalne „dietetyczne” dania. Biorę zwyczajne produkty, które lubię, i przygotowuję z nich coś prostego. Jajka i awokado sycą na długo, cytryna dodaje świeżości, a szczypiorek sprawia, że całość nie jest mdła. Niczego więcej tutaj nie potrzeba.

A awokado? Tym razem mogę ogłosić pełen sukces. Zostało wykorzystane dokładnie w tym krótkim okienku, kiedy jest miękkie, zielone i naprawdę dobre. Przy cenach awokado człowiek powinien chyba dostawać za takie wyczucie jakiś medal albo przynajmniej punkty lojalnościowe.

Dżem malinowy z chia

Rano wyciągnęłam z lodówki pudełko malin z myślą, że dodam je do jogurtu. Taki był plan. Maliny jednak miały chyba zupełnie inny pomysł. Stałam chwilę przy blacie, patrzyłam na nie i przypomniało mi się, że już od dawna chodził za mną domowy dżem z nasionami chia. Taki, który robi się szybciej, niż człowiek zdąży zaparzyć kawę.

Wiecie, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Zawsze powtarzam sobie, że zrobię słoiczek „na później”. Na śniadanie. Do naleśników. Do sernika w pucharku. A później biorę łyżeczkę, żeby sprawdzić smak. Po chwili drugą. I nagle okazuje się, że tego „na później” zostało podejrzanie mało. 😄

To jeden z tych przepisów, które uwielbiam za prostotę. Bez gotowania przez godzinę, bez kilogramów cukru i bez stania nad garnkiem. Kilka składników, kilka minut i gotowe. A do tego maliny nadal smakują malinami, a nie samym cukrem.

Składniki:

  • 250 g malin (świeżych lub mrożonych),
  • 2 łyżki nasion chia,
  • 2–3 łyżki erytrytolu,
  • 1 łyżeczka soku z cytryny,
  • opcjonalnie pół łyżeczki ekstraktu waniliowego.

Maliny przełóż do niewielkiego rondelka i podgrzewaj przez kilka minut, aż zaczną się rozpadać. Dodaj erytrytol, sok z cytryny i wymieszaj. Zdejmij rondelek z ognia, wsyp nasiona chia i ponownie dokładnie wymieszaj. Jeśli lubisz delikatną waniliową nutę, dodaj ekstrakt.

Odstaw na około 20–30 minut. W tym czasie nasiona chia napęcznieją, a dżem naturalnie zgęstnieje. Przełóż go do wyparzonego słoiczka i przechowuj w lodówce.

Najbardziej lubię smarować nim kromkę niskowęglowodanowego pieczywa, dodawać do jogurtu greckiego albo nakładać na keto naleśniki. Czasem ląduje też na łyżeczce... i w tej wersji znika zdecydowanie najszybciej.

Coraz częściej przekonuję się, że właśnie takie przepisy zostają ze mną na dłużej. Nie wymagają wielkich przygotowań, nie zajmują pół dnia i wykorzystują składniki, które zwykle mam w domu. A kiedy efekt końcowy smakuje lepiej niż wiele sklepowych dżemów, trudno nie zrobić go ponownie.

I chyba właśnie za to najbardziej lubię gotować. Za te momenty, kiedy z kilku prostych składników powstaje coś, co później poprawia smak śniadania przez kilka kolejnych dni. O ile oczywiście uda się nie wyjeść połowy słoiczka pierwszego dnia. U mnie z tym bywa... różnie. 😄

Lemoniada ogórkowa - najlepszy sposób na ochłodę

Dzisiaj weszłam do kuchni z jednym, bardzo ambitnym planem – napić się czegoś zimnego. Tylko tyle. Nie miałam zamiaru niczego wymyślać ani testować nowych przepisów. Otworzyłam lodówkę, wyjęłam butelkę wody i... oczywiście mój wzrok zatrzymał się na ogórkach. Pomyślałam, że przecież kupiłam je do sałatki. Ale zaraz potem przypomniało mi się, że już kilka razy obiecywałam sobie spróbować lemoniady ogórkowej. No i przepadłam. 😄

To chyba największa wada prowadzenia bloga kulinarnego. Człowiek idzie po szklankę wody, a pół godziny później stoi z blenderem, cytrynami i miętą, przekonując sam siebie, że przecież to wszystko jest w imię dobra czytelników. Oczywiście... tylko dlatego. Ani trochę nie dlatego, że sama miałam ochotę wypić cały dzbanek.

Najśmieszniejsze jest to, że kiedy powiedziałam znajomej, że robię lemoniadę z ogórkiem, spojrzała na mnie z miną, jakbym właśnie planowała wrzucić do szklanki ziemniaki. A później spróbowała i stwierdziła, że jest zaskakująco dobra. I dokładnie takie było moje pierwsze wrażenie.

Składniki:

  • 1 średni ogórek,
  • 1 cytryna,
  • 700 ml bardzo zimnej wody,
  • 2–3 łyżki erytrytolu (lub do smaku),
  • kilka listków świeżej mięty,
  • dużo kostek lodu.

Ogórka obierz i pokrój na kawałki. Zblenduj go z sokiem wyciśniętym z cytryny oraz erytrytolem. Powstały mus przelej przez sitko, jeśli wolisz idealnie klarowną lemoniadę, albo zostaw tak, jak jest – ja najczęściej wybieram tę drugą wersję.

Dodaj zimną wodę, wrzuć kostki lodu i kilka listków mięty. Całość delikatnie wymieszaj i od razu przelej do wysokich szklanek.

To jeden z tych napojów, których nie da się porównać do sklepowych lemoniad. Jest świeży, lekki i naprawdę świetnie gasi pragnienie. Ogórek nie dominuje, tylko dodaje przyjemnej rześkości, dzięki której po pierwszym łyku ma się ochotę na następny.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że latem najprostsze przepisy sprawdzają się najlepiej. Nie trzeba egzotycznych owoców ani długiej listy składników. Czasami wystarczy coś, co od kilku dni spokojnie leży w lodówce i czeka na swoją kolej.

A jeśli ktoś z Was właśnie pomyślał: „Ogórek w lemoniadzie? Chyba oszalała...” to powiem tylko jedno. Ja też miałam dokładnie tę samą myśl. A teraz robię ją regularnie i za każdym razem zastanawiam się, dlaczego odkryłam ją dopiero teraz.

Etykiety

akcja błyskawiczny piątek Alkohole ananas babeczki Babka Babka gotowana baleron banan barszcz batoniki bazylia bez pieczenia beza bezy biały barszcz bigos bigos ze słodkiej kapusty biszkopt biszkopty bita śmietana blok boczek botwinka Boże Narodzenie brokuły brzoskwinie budyniowy krem budyń bułki buraki bzu cannelloni cappuccino cebula chilli chipsy chleb Chłodniki chrzan Ciasteczka Ciasto ciasto francuskie ciasto naleśnikowe cukinia curry cynamon cytryna czarna porzeczka czarny bez czekolada czosnek danie obiadowe deser Dietetycznie do kawy do mięsa domowa przyprawa piernikowa domowa szynka domowa wędlina domowe musli domowe pieczywo domowej roboty Domowy ketchup domowy kisiel drożdże drożdżówka duszone dynia dżem fasola feta FIT Flaki granat granola gruszki grzyby suszone imbir jabłka Jajka jarmuż jednogarnkowe jogurt kajmak kajzerki kakao kakaowe kalafior kapary kapusta Kapusta modra kardamon karkówka karp kasza jaglana kawa kefir Keto kiełbasa ze słoika Kiszonki kiwi kluseczki kokos koktajl koktajlowe konfitura koperek kremówka Kruche kruszonka Kurczak kuskus kwiat czarnego bzu legumina lody łosoś Majonez Makaron maliny marchew marmolada Marynata masa serowa mascarpone masło orzechowe maślanka Mazurek mąka kukurydziana mąka orkiszowa mielone Mięsne mięta migdały miód młoda kapusta mogdały morele mozzarella Mrożonki Muffinki na grilla na kanapkę na kruchym spodzie Na słodko Na śniadanie na zakwasie na zimno na żeberkach naleśniki Nalewki Napoje nasiona chia nutella Obiad ogórki omlet orzechy otręby pszenne owsiane pancakes papryczka parmezan pasta jajeczna pasztet pączki pestki dyni pęczak pieczarki pieczone jabłko pieczone ziemniaki pieczywo pierniczki Piernik Pierogi pierś z indyka pierś z kurczaka pietruszka Pizza Placek Placki placuszki pomarańcze pomidorówka por porzeczki potrawy wigilijne przekąska Przepisy kulinarne Przetwory rabarbar rodzynki rogaliki Ryby ryż salami Sałatki schab seler ser serek sernik sezam skórka pomarańczowa skrzydełka Smalec soczewica solone orzeszki sorbet sos Sosy Surówka suszone pomidory suszony chrzan Sylwester syrop szaszłyki szparagi szpinak śledzie śliwki śliwki kalifornijskie Śniadanie/kolacja Świąteczne przygotowania z Sunflower Tarty Torty truskawki tuńczyk twaróg udka w kokilkach w occie w oleju Warzywa wątróbka Wielkanoc wino wiśnie Wuzetka z bakaliami z białek z lawendą z makaronem z makiem Z mąki Z olejem z owocami z piekarnika z szynkowara z warzywami zakwas zalewa octowa zapiekanka zielony szejk ziemniaki ziołowe Zrazy zupa-krem Zupy żeberka żurawina żurek