Marynowana cukinia w zalewie octowej bez cukru. Chrupiąca, kwaśna i bardzo praktyczna
Z cukinią mam pewien problem. Kiedy kupuję jedną, zwykle okazuje się, że przydałaby się druga, a kiedy już mam dwie, zaczynam się zastanawiać, co jeszcze mogłabym z nich przygotować. Placki, zapiekanki, leczo, cukinia faszerowana… Wszystko smaczne, ale przecież nie będę przez cały tydzień jadła tego samego warzywa w różnych przebraniach. Ostatnio postanowiłam więc wykorzystać ją trochę inaczej i przygotować marynowaną cukinię w zalewie octowej. Taką porządnie kwaśną, lekko pikantną, z wyraźnym aromatem czosnku i koperku, którą można wyjąć z lodówki, kiedy brakuje czegoś chrupiącego do obiadu.
Lubię domowe marynaty, chociaż nie należę do osób, które z wielkim zapałem ustawiają na kuchennym blacie kilkadziesiąt słoików i przez pół dnia zajmują się wekowaniem. Wolę przygotować dwa niewielkie słoiki, schować je do lodówki i korzystać przez kilka kolejnych dni. Bez wielkiego zamieszania, bez zastawionej kuchni i bez zastanawiania się, gdzie później pomieszczę wszystkie zapasy. Poza tym marynowana cukinia ma tę zaletę, że świetnie sprawdza się jako dodatek do mięsa, jajek, domowych burgerów czy zwyczajnej deski serów i wędlin.
W tradycyjnych przepisach na marynowane warzywa często pojawia się całkiem sporo cukru. Rozumiem, że ma on łagodzić kwaśny smak octu, ale ja akurat lubię wyraziste marynaty, więc nie widzę potrzeby dosładzania wszystkiego, co trafia do słoika. Tym razem zrezygnowałam zarówno z cukru, jak i słodzików. Cukinia zachowuje swój delikatny smak, a zalewa jest kwaśna, aromatyczna i przyjemnie orzeźwiająca. Jeśli ktoś woli łagodniejsze marynaty, może zmienić proporcje octu i wody, ale warto pamiętać, że przy domowych przetworach nie wszystkie eksperymenty są dobrym pomysłem. Dlatego ten przepis przygotowuję wyłącznie jako marynatę lodówkową, a nie zapas do przechowywania przez zimę w spiżarni.
Składniki na około 2 słoiki po 500 ml:
600–700 g młodej, jędrnej cukinii
350 ml wody
150 ml octu spirytusowego 10%
2 płaskie łyżeczki soli niejodowanej lub zwykłej soli kuchennej bez dodatków smakowych
3–4 ząbki czosnku
2 małe gałązki świeżego koperku
1 łyżeczka ziaren gorczycy
6–8 ziaren czarnego pieprzu
2 liście laurowe
4 ziarna ziela angielskiego
opcjonalnie niewielki kawałek świeżej papryczki chili
Zaczynam od cukinii. Wybieram młode, nieduże egzemplarze, które mają cienką skórkę i niewielkie, miękkie pestki. Duże, przerośnięte cukinie zdecydowanie gorzej nadają się do tego przepisu, ponieważ ich środek jest bardziej wodnisty, a po zamarynowaniu może stać się miękki. Warzywa dokładnie myję, osuszam i odcinam końcówki. Nie obieram ich ze skórki, bo to właśnie ona pomaga zachować odpowiednią jędrność.
Cukinię kroję w słupki o grubości około 1–1,5 cm i długości dopasowanej do wysokości słoików. Można również pokroić ją w grubsze półplasterki, ale osobiście wolę słupki. Łatwiej wyjąć je ze słoika, wygodniej podać do obiadu, a przy okazji przyjemnie chrupią podczas jedzenia. Staram się nie kroić ich zbyt cienko, ponieważ wtedy szybciej miękną w zalewie.
Słoiki i zakrętki dokładnie myję, wyparzam i pozostawiam do wyschnięcia. Nie chodzi tutaj o przygotowywanie przetworów do wielomiesięcznego przechowywania, ale o zachowanie czystości, która przy domowych marynatach ma duże znaczenie.
Na dnie każdego słoika układam po gałązce koperku, kilka plasterków czosnku, połowę gorczycy, pieprzu, liść laurowy i dwa ziarna ziela angielskiego. Jeśli mam ochotę na ostrzejszą wersję, dodaję niewielki kawałek chili. Następnie ustawiam słupki cukinii dość ciasno, ale bez wciskania ich na siłę. Powinny pozostać całe i nieuszkodzone.
W rondelku zagotowuję wodę z solą, dodaję ocet i ponownie doprowadzam zalewę do krótkiego wrzenia. Zdejmuję rondelek z ognia i pozostawiam na kilka minut, żeby płyn przestał intensywnie parować. Nie zalewam cukinii wrzątkiem prosto z kuchenki, ponieważ zależy mi na zachowaniu jej chrupkości.
Zalewam warzywa tak, żeby były całkowicie przykryte płynem. Jeśli cukinia zaczyna wypływać, układam ją nieco ciaśniej lub wykorzystuję czysty docisk przeznaczony do słoików. Zakręcam, pozostawiam do ostygnięcia i od razu wstawiam do lodówki. Nie odwracam słoików do góry dnem i nie traktuję ich jako zawekowanych przetworów.
Pierwszy raz próbuję cukinii po około 24 godzinach, ale najlepiej smakuje mi po 48 godzinach. Wtedy zdąży już przejść aromatem czosnku, koperku i przypraw, a jednocześnie pozostaje przyjemnie jędrna. Im dłużej stoi w zalewie, tym bardziej wyrazisty staje się jej smak, choć z czasem może również stopniowo tracić chrupkość.
Największe znaczenie ma wybór warzyw. Młoda, świeża cukinia jest zdecydowanie lepsza niż taka, która od kilku dni leży w lodówce i zaczyna robić się miękka. Nie obieram jej ze skórki, nie usuwam delikatnych pestek i nie kroję zbyt cienko. Unikam również długiego podgrzewania, dlatego przygotowuję marynatę do lodówki, zamiast gotować słoiki przez kilkanaście minut.
Ważne jest także to, żeby nie upychać cukinii w słoiku zbyt mocno. Warzywa powinny być zanurzone w zalewie, ale nie mogą być połamane ani zmiażdżone. Wtedy po dwóch dniach nadal mają przyjemną strukturę i dobrze nadają się do chrupania.
Jeśli ktoś nie przepada za bardzo kwaśnymi marynatami, może zmniejszyć ilość octu do 100 ml i zwiększyć ilość wody do 400 ml, ale taka wersja będzie łagodniejsza i powinna zostać zjedzona szybko. Osobiście wolę jednak podstawowe proporcje, ponieważ cukinia sama w sobie jest delikatna, a wyrazista zalewa bardzo dobrze podkreśla jej smak.
Nie dodaję cukru ani erytrytolu, chociaż wiem, że w wielu przepisach na marynaty low carb pojawia się słodzik. Nie mam nic przeciwko takim rozwiązaniom, ale tutaj zwyczajnie nie widzę takiej potrzeby. Kwaśna cukinia ma być kwaśna, a nie udawać słodko-kwaśny przysmak ze sklepowej półki.
To ważna sprawa, ponieważ domowe marynaty lodówkowe nie są tym samym co pasteryzowane przetwory przeznaczone do przechowywania w temperaturze pokojowej.
Przygotowane w ten sposób słoiki trzymam wyłącznie w lodówce, w temperaturze nie wyższej niż 4°C. Najlepiej przygotować niewielką ilość i zjeść ją w ciągu około 5–7 dni. Za każdym razem wyjmuję cukinię czystym widelcem i pilnuję, żeby pozostałe kawałki były zanurzone w zalewie. Jeśli zauważę pleśń, nieprzyjemny zapach, gazowanie albo nietypową zmianę wyglądu, wyrzucam zawartość słoika.
Nie polecam przechowywania tej cukinii w szafce czy spiżarni, nawet jeśli zakrętka sprawia wrażenie szczelnie zamkniętej. Ten przepis nie jest zweryfikowaną recepturą do pasteryzacji i długiego przechowywania. Jeśli chcemy przygotować zapasy na zimę, najlepiej skorzystać z osobnego, sprawdzonego przepisu przeznaczonego właśnie do tego celu.
Najczęściej po prostu wyjmuję kilka słupków ze słoika i podaję je do obiadu. Świetnie pasują do pieczonego kurczaka, kotletów, klopsików czy mięsa z patelni. Kwaśny smak dobrze przełamuje tłustsze potrawy, dlatego cukinia sprawdza się również przy daniach z serem, boczkiem albo śmietanowym sosem.
Lubię też pokroić ją na mniejsze kawałki i dodać do sałatki jajecznej, pasty z tuńczyka albo domowego sosu tatarskiego. W takiej wersji może zastąpić część ogórków konserwowych, choć oczywiście smakuje od nich nieco inaczej. Jest delikatniejsza, mniej zwarta i ma swój charakterystyczny warzywny posmak.
Czasami stawiam po prostu małą miseczkę marynowanej cukinii obok deski serów i wędlin. Wtedy znika zaskakująco szybko, szczególnie jeśli obok znajdują się kawałki dojrzałego sera, oliwki i kilka orzechów. Nie potrzeba żadnych wyszukanych dodatków, żeby przygotować coś dobrego do podjadania.
Pod względem diety low carb cukinia jest bardzo wdzięcznym warzywem. Ma niewiele węglowodanów, a w tym przepisie nie dodajemy cukru. Oczywiście sama cukinia zawiera naturalnie występujące cukry, więc określenie „bez cukru” dotyczy tutaj braku cukru dodanego do zalewy, a nie całkowitego braku węglowodanów. Wolę to wyjaśnić od razu, bo ostatnio przekonałam się, że nawet tak proste rozróżnienie potrafi wywołać całkiem ożywioną dyskusję.
Najbardziej lubię w tym przepisie jego praktyczność. Nie muszę przygotowywać wielkich zapasów, organizować miejsca w spiżarni ani zastanawiać się, czy za kilka miesięcy nadal będę miała ochotę na marynowaną cukinię. Robię dwa słoiki, wkładam do lodówki i przez kilka dni mam gotowy dodatek do posiłków.
Przygotowanie zajmuje niewiele czasu, składniki są zwyczajne, a efekt naprawdę przyjemny. Chrupiąca cukinia, wyraźnie kwaśna zalewa, aromat czosnku i koperku. Bez cukru, bez słodzików i bez udawania, że domowe marynaty muszą być skomplikowane.
Jest tylko jeden drobny problem. Kiedy słoik stoi już w lodówce, bardzo trudno ograniczyć się do wyjęcia dwóch czy trzech kawałków. Zazwyczaj zaczynam od niewinnego spróbowania, później dochodzę do wniosku, że jeszcze jeden słupek przecież niczego nie zmieni, a po chwili zastanawiam się, dlaczego tak szybko ubywa zawartości.
Chyba jednak następnym razem przygotuję trzy słoiki. Oczywiście wyłącznie ze względów organizacyjnych.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Napisz co o tym sądzisz :) Będę bardzo wdzięczna :)