Czekoladowy pudding ze skyru i mascarpone. Pięć minut przyjemności bez gotowania
Z czekoladą mam tak, że mogę przez kilka dni zupełnie o niej nie myśleć, a potem nagle nabieram ochoty na coś intensywnie kakaowego, kremowego i najlepiej gotowego natychmiast. W takich chwilach pieczenie ciasta zupełnie mnie nie interesuje. Wyciąganie miksera, nagrzewanie piekarnika i późniejsze zmywanie całego tego kuchennego wyposażenia skutecznie studzi mój zapał. Szczególnie kiedy chodzi o zwyczajną zachciankę na coś słodkiego do popołudniowej kawy, a nie przygotowania do rodzinnej uroczystości.
Ostatnio zajrzałam do lodówki, znalazłam skyr i mascarpone, a w szafce kakao. Właściwie miałam już wszystko, czego potrzebowałam. Przypomniałam sobie, jak kiedyś robiło się najprostsze desery z tego, co akurat było pod ręką, bez specjalnych zakupów i poszukiwania składników, których nazwy trzeba najpierw sprawdzić w internecie. Uznałam, że z tych trzech rzeczy powinno wyjść coś całkiem przyzwoitego. I rzeczywiście, po kilku minutach miałam gotowy czekoladowy pudding, który bardziej przypominał delikatny krem z cukierni niż deser przygotowany przy okazji robienia sobie kawy.
Najbardziej podoba mi się w nim konsystencja. Skyr sam w sobie jest dość gęsty, ale ma charakterystyczną kwaskowatość, którą nie każdy lubi w deserach. Mascarpone łagodzi ten smak, dodaje kremowości i sprawia, że pudding jest aksamitny, a kakao nadaje mu porządny, czekoladowy charakter. Nie trzeba dodawać żelatyny, nasion chia ani żadnych zagęstników. Nie trzeba też niczego gotować, studzić czy pilnować, żeby się nie przypaliło. Wystarczy miseczka, łyżka albo mała trzepaczka i dosłownie kilka minut.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała kremu jeszcze przed przełożeniem go do pucharków. Trzeba przecież sprawdzić, czy jest odpowiednio słodki, czy kakao nie dominuje i czy przypadkiem nie należałoby czegoś poprawić. Po drugiej łyżeczce doszłam do wniosku, że dalsze testowanie może się skończyć brakiem deseru do sfotografowania, więc rozsądek na szczęście zwyciężył.
Składniki na 2 porcje:
150 g skyru naturalnego
100 g serka mascarpone
12 g kakao naturalnego bez dodatku cukru, czyli około 2 płaskie łyżki
1–2 łyżeczki erytrytolu w pudrze lub innego słodzika do smaku
½ łyżeczki ekstraktu waniliowego, opcjonalnie
1–2 łyżki mleka lub śmietanki 30%, tylko jeśli krem okaże się zbyt gęsty
szczypta soli
Do dekoracji, jeśli mamy ochotę:
kilka malin lub borówek
odrobina startej gorzkiej czekolady, najlepiej o zawartości kakao minimum 85%
posiekane orzechy laskowe lub włoskie
Przygotowanie
Mascarpone wyjmuję z lodówki na około 10 minut przed przygotowaniem deseru, żeby łatwiej było połączyć je z pozostałymi składnikami. Nie musi być ciepłe, wystarczy, że nie będzie zupełnie twarde.
Do miski przekładam mascarpone i przez chwilę rozcieram je łyżką, aż stanie się gładkie. Dodaję skyr, przesianie przez sitko kakao, erytrytol w pudrze, wanilię oraz niewielką szczyptę soli. Wszystko mieszam trzepaczką lub łyżką, aż powstanie jednolity, gęsty krem. Nie ubijam go długo mikserem, ponieważ mascarpone tego nie potrzebuje, a zbyt intensywne mieszanie może pogorszyć jego konsystencję.
Próbuję i w razie potrzeby dodaję odrobinę słodzika. Ilość zależy od tego, jak gorzkie jest kakao i jak słodkie desery lubimy. Ja wolę wyraźnie czekoladowy smak, dlatego nie przesadzam ze słodzeniem. Jeśli pudding jest zbyt gęsty, dodaję jedną łyżkę mleka lub śmietanki, mieszam i dopiero wtedy oceniam, czy potrzebna jest kolejna. Lepiej robić to stopniowo, ponieważ krem powinien pozostać na tyle zwarty, żeby można go było jeść łyżeczką.
Gotowy pudding przekładam do dwóch niewielkich szklanek lub pucharków. Można jeść go od razu, ale moim zdaniem jest jeszcze smaczniejszy po 20–30 minutach w lodówce. W tym czasie kakao dobrze łączy się z pozostałymi składnikami, a krem nabiera przyjemnej, zwartej konsystencji.
Przed podaniem posypuję deser odrobiną startej gorzkiej czekolady albo dodaję kilka malin. Nie przesadzam z dodatkami, bo sam pudding jest wystarczająco intensywny. Kilka owoców przełamuje jego smak i wygląda ładnie, ale nie zamienia deseru w wielką kompozycję, którą aż szkoda ruszyć łyżeczką.
Przy tak prostym przepisie jakość składników ma znaczenie. Najlepiej sprawdza się zwykły, naturalny skyr bez dodatków smakowych i dobre kakao, które ma intensywny aromat. Nie polecam zastępowania go słodzonym napojem kakaowym, ponieważ wtedy zmienia się zarówno smak, jak i ilość cukru w deserze.
Warto również użyć erytrytolu w pudrze zamiast zwykłych kryształków. Te ostatnie mogą nie rozpuścić się całkowicie w zimnym kremie i pozostawić nieprzyjemne drobinki. Jeśli mam w domu tylko zwykły erytrytol, mielę niewielką porcję w młynku do kawy. To naprawdę poprawia konsystencję puddingu.
Nie dodaję też zbyt dużo kakao na samym początku. Dwie płaskie łyżki na podane proporcje wystarczają, żeby uzyskać mocno czekoladowy smak. Większa ilość może sprawić, że deser stanie się zbyt gorzki i lekko proszkowy, a przecież zależy nam na delikatnym kremie, nie na kakaowej paście.
Pudding najlepiej smakuje w dniu przygotowania, ale można przechowywać go w szczelnie zamkniętym pojemniku w lodówce do następnego dnia. Jeżeli planuję zrobić go wcześniej, owoce i orzechy dodaję dopiero przed podaniem, żeby nie puściły soku i nie straciły chrupkości.
Tak, ale warto pamiętać, że brak dodanego cukru nie oznacza całkowitego braku węglowodanów. Skyr zawiera naturalnie występującą laktozę, mascarpone również ma niewielką ilość węglowodanów, a kakao, choć niesłodzone, także nie jest ich całkowicie pozbawione. Dlatego ten pudding traktuję jako deser low carb, a nie produkt pozbawiony węglowodanów.
Przy podanych proporcjach jedna porcja bez owoców i dekoracji dostarcza orientacyjnie około 260 kcal, 14 g białka, 20 g tłuszczu i 9 g węglowodanów przyswajalnych. Dokładne wartości zależą od użytego skyru, mascarpone i kakao. To całkiem rozsądna propozycja na słodką przekąskę, szczególnie jeśli zależy nam na większej ilości białka niż w tradycyjnym kremie czekoladowym.
Nie będę jednak udawać, że pudding ze skyru smakuje identycznie jak klasyczny budyń czekoladowy. Jest od niego gęstszy, bardziej kremowy i ma delikatną, charakterystyczną nutę nabiału. Właśnie dlatego wolę nazywać go puddingiem, choć konsystencją przypomina również czekoladowy mus. Najważniejsze, że dobrze smakuje i nie wymaga przygotowywania żadnych skomplikowanych zamienników.
Lubię takie przepisy, bo przypominają mi, że domowy deser nie musi być wielkim przedsięwzięciem. Czasami wystarczy otworzyć lodówkę, połączyć kilka zwyczajnych składników i znaleźć pięć minut dla siebie. Bez piekarnika, bez sterty naczyń i bez planowania zakupów z kilkudniowym wyprzedzeniem.
Zrobiłam dwie porcje, bo przecież rozsądnie jest przygotować deser również na później. Jedną zjadłam przy kawie, a drugą schowałam do lodówki. I teraz mam pewien problem, ponieważ za każdym razem, kiedy otwieram jej drzwi, przypominam sobie, że ten drugi pucharek nadal tam stoi.
Nie wiem, jak długo jeszcze postoi. Rozsądek rozsądkiem, ale czekolada ma swoje argumenty.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Napisz co o tym sądzisz :) Będę bardzo wdzięczna :)