Klopsiki z indyka z dipem czosnkowo-ziołowym i warzywami
Zdarzyło mi się kiedyś otworzyć w pracy pudełko z obiadem i odkryć, że sos postanowił rozpocząć samodzielne życie. Na szczęście większość została w pojemniku, ale od tamtej pory do wszelkich płynnych dodatków podchodzę z pewną nieufnością. Zwłaszcza że w mojej torbie i bez tego znajduje się wystarczająco dużo rzeczy, które niekoniecznie powinny mieć kontakt z jedzeniem. Dlatego coraz częściej przygotowuję lunchboxy, które można bezpiecznie przewieźć, zjeść bez podgrzewania i nie zastanawiać się później, czy przypadkiem nie trzeba będzie prać połowy zawartości torby.
Tym razem padło na klopsiki z indyka. Lubię je za to, że można przygotować większą porcję, część zjeść na ciepło, a resztę zapakować następnego dnia do pracy. Dobrze doprawione smakują również na zimno, nie rozpadają się podczas jedzenia i nie potrzebują żadnego sosu, żeby były smaczne. Chociaż przyznam, że bez dodatku czegoś kremowego byłoby mi trochę smutno, dlatego zrobiłam gęsty dip czosnkowo-ziołowy. Taki, który zostaje na warzywach i klopsikach, zamiast spływać z nich przy pierwszej okazji.
Najważniejsze było jednak to, żeby mięso nie wyszło suche. Indyk ma tę niezbyt sympatyczną właściwość, że wystarczy odrobinę przesadzić z pieczeniem i zamiast delikatnych klopsików dostajemy kulki, które świetnie nadawałyby się do ćwiczenia cierpliwości podczas żucia. Dlatego do masy dodaję drobno startą cukinię i odrobinę oliwy. Cukinia nie zmienia smaku mięsa, ale pomaga zachować jego soczystość, a przy okazji pozwala uniknąć dodawania bułki tartej.
Składniki na około 16 małych klopsików, czyli 4 porcje
Na klopsiki:
500 g mielonego mięsa z indyka, najlepiej z udźca lub mieszanki udźca i piersi,
100 g cukinii, ważonej przed odciśnięciem,
1 małe jajko,
1 łyżka oliwy,
1 mały ząbek czosnku,
½ łyżeczki słodkiej papryki,
½ łyżeczki suszonego oregano,
½ łyżeczki soli,
¼ łyżeczki świeżo mielonego pieprzu,
1 łyżka drobno posiekanej natki pietruszki.
Na dip czosnkowo-ziołowy:
150 g gęstego jogurtu greckiego, najlepiej o zawartości tłuszczu 10%,
50 g serka śmietankowego naturalnego,
1 mały ząbek czosnku,
1 łyżeczka soku z cytryny,
1 łyżka posiekanego koperku,
1 łyżka posiekanego szczypiorku,
sól i pieprz do smaku.
Do lunchboxów:
1 duży ogórek,
1 czerwona papryka,
2 marchewki lub kilka rzodkiewek,
garść pomidorków koktajlowych,
opcjonalnie kilka liści sałaty.
Zaczynam od cukinii. Ścieram ją na drobnych oczkach tarki, lekko solę i zostawiam na około 10 minut. Następnie dokładnie odciskam w dłoniach lub przez czystą ściereczkę. To ważne, bo cukinia ma dodać mięsu wilgotności, ale nie może sprawić, że masa będzie zbyt rzadka. Nie wyciskam jej jednak do całkowitej suchości, wystarczy pozbyć się nadmiaru soku.
Do miski przekładam mięso z indyka, dodaję cukinię, jajko, oliwę, przeciśnięty przez praskę czosnek, paprykę, oregano, sól, pieprz i natkę pietruszki. Wszystko mieszam dłonią lub łyżką tylko do połączenia składników. Nie wyrabiam masy przez kilka minut, bo zbyt długo mieszane mięso może po upieczeniu stać się zbite i twarde.
Masa powinna być miękka i lekko klejąca, ale dawać się formować. Jeśli wydaje się zbyt luźna, wstawiam ją na 15 minut do lodówki. Zwykle to wystarcza, żeby łatwiej było przygotować klopsiki. Nie dosypuję od razu mąki migdałowej ani innych zagęstników, ponieważ przy dobrze odciśniętej cukinii nie są potrzebne.
Piekarnik nagrzewam do 190°C, góra–dół. Blachę wykładam papierem do pieczenia i lekko smaruję go oliwą. Wilgotnymi dłońmi formuję około 16 niewielkich klopsików, każdy o średnicy mniej więcej 3–4 cm. Układam je na blasze z niewielkimi odstępami i piekę przez około 18–22 minuty, zależnie od ich wielkości.
Nie piekę ich dłużej tylko po to, żeby zrobiły się mocno brązowe. Mięso z indyka powinno osiągnąć w środku temperaturę 74°C i to jest najlepszy sposób sprawdzenia, czy klopsiki są gotowe. Jeśli nie mam pod ręką termometru, przekrawam jeden z największych klopsików i sprawdzam, czy jest całkowicie upieczony, choć termometr daje znacznie pewniejszy wynik. Po wyjęciu z piekarnika zostawiam mięso na kilka minut, żeby odpoczęło.
W czasie pieczenia przygotowuję dip. Jogurt grecki mieszam z serkiem śmietankowym, dodaję drobno starty czosnek, sok z cytryny, koperek i szczypiorek. Doprawiam solą oraz pieprzem, a następnie wstawiam do lodówki przynajmniej na 20 minut. W tym czasie smaki się połączą, a dip zrobi się jeszcze bardziej zwarty. Serek śmietankowy nie jest tutaj przypadkowym dodatkiem. Dzięki niemu sos ma konsystencję gęstego kremu, a nie jogurtowego dressingu, który przy najmniejszym przechyleniu pojemnika zaczyna wędrować po całym lunchboxie.
Warzywa myję i dokładnie osuszam. Ogórka kroję w grubsze słupki, paprykę w paski, a marchewkę w cienkie słupki. Pomidorki zostawiam w całości. Jeśli wybieram rzodkiewki, również wolę zapakować je całe lub przekrojone na pół, ponieważ wtedy dłużej zachowują świeżość. Nie solę warzyw wcześniej, bo sól sprawiłaby, że zaczęłyby puszczać wodę.
To właściwie najważniejsza część całego przepisu. Klopsiki muszą całkowicie wystygnąć przed zamknięciem pojemnika. Jeśli zapakuję je jeszcze ciepłe, para wodna skropli się na pokrywce i następnego dnia zamiast apetycznego lunchu będę miała wilgotną zawartość pudełka.
Do jednej przegródki wkładam cztery klopsiki, do drugiej przygotowane warzywa. Dip przekładam do małego, szczelnie zamykanego pojemniczka i umieszczam go osobno. Nie polewam nim mięsa ani warzyw przed wyjściem z domu. Dzięki temu wszystko zachowuje odpowiednią konsystencję, a ja mogę maczać poszczególne kawałki dopiero podczas jedzenia.
Jeżeli nie mam lunchboxa z przegródkami, korzystam ze zwykłego pojemnika i małego pudełeczka na dip. Warzywa można dodatkowo oddzielić od mięsa niewielką przegródką lub osobnym pojemnikiem. Najważniejsze, żeby niczego nie upychać na siłę i żeby pokrywki naprawdę dobrze się zamykały.
Gotowy lunchbox przechowuję w lodówce. Ponieważ zawiera pieczone mięso, jogurt i serek, nie powinien przez kilka godzin leżeć w ciepłej torbie. Jeśli w pracy mam dostęp do lodówki, wkładam go do niej od razu po przyjściu. Gdybym nie miała takiej możliwości, zabrałabym torbę termiczną z wkładem chłodzącym. To szczególnie ważne w przypadku lunchu przygotowanego wieczorem na następny dzień.
Klopsiki najlepiej przygotować dzień wcześniej, a dip i warzywa zapakować osobno. Upieczone mięso można przechowywać w lodówce przez 3–4 dni, ale dip z czosnkiem i świeżymi ziołami wolę zużyć w ciągu 2 dni. Przygotowując lunch na kilka kolejnych dni, część klopsików można również zamrozić, a później rozmrozić w lodówce.
Zamiast indyka można wykorzystać mielone mięso z kurczaka, najlepiej nie z samej piersi, ponieważ bardzo chude mięso łatwiej przesuszyć. Jeśli nie mam cukinii, dodaję do masy łyżkę gęstego jogurtu greckiego, chociaż wtedy klopsiki mają nieco inną konsystencję. Nie polecam natomiast zastępować cukinii dużą ilością surowej cebuli, bo może puścić za dużo soku i sprawić, że mięso będzie trudniejsze do formowania.
Dip można przygotować z natką pietruszki zamiast koperku albo dodać odrobinę suszonego oregano. Z czosnkiem nie przesadzam, szczególnie jeśli lunch ma być jedzony w pracy. Jeden mały ząbek w zupełności wystarcza, a przecież nie chciałabym, żeby moje pudełko było później głównym tematem rozmów w pokoju nauczycielskim.
Warzywa dobieram w zależności od tego, co mam w lodówce. Jesienią często sięgam po paprykę, ogórki i rzodkiewki, ale dobrze sprawdzą się również różyczki brokułu krótko ugotowane na parze i dokładnie wystudzone. Marchewka zawiera więcej węglowodanów niż ogórek czy rzodkiewka, dlatego przy bardziej restrykcyjnym low carb można ją pominąć. W mojej wersji traktuję ją jako niewielki dodatek, a nie podstawę posiłku.
Najbardziej odpowiada mi to, że taki lunchbox jest naprawdę sycący. Mięso dostarcza białka, warzywa dodają chrupkości i świeżości, a kremowy dip sprawia, że całość nie jest sucha. Nie potrzebuję do tego pieczywa ani makaronu, chociaż oczywiście każdy może dopasować dodatki do własnego sposobu odżywiania.
Zrobienie klopsików zajmuje mi mniej więcej 15 minut, potem pracuje już piekarnik, a ja mogę spokojnie przygotować dip i pokroić warzywa. Następnego dnia wystarczy wyjąć pudełko z lodówki, schować do torby i pamiętać, żeby rzeczywiście zabrać je do pracy. Bo przyznam, że zdarzyło mi się już przygotować bardzo porządny lunch, a później zostawić go na półce w lodówce. Wtedy nawet najlepszy przepis niewiele pomaga.
Tym razem jednak wszystko jest zaplanowane. Klopsiki w jednej przegródce, warzywa w drugiej, dip szczelnie zamknięty. Żadnych niespodzianek, żadnego sosu na dnie torby i żadnej konieczności szukania czegoś do jedzenia w ostatniej chwili.
Pozostaje tylko dopilnować, żeby rano pudełko pojechało do szkoły razem ze mną. To już jednak zupełnie inny rodzaj organizacyjnego wyzwania.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Napisz co o tym sądzisz :) Będę bardzo wdzięczna :)