Konfitura ze śliwek z cynamonem i chia bez dodatku cukru – umiarkowany low carb

 Ze śliwkami mam ten sam problem co z wieloma sezonowymi owocami. Kupuję rozsądną ilość, a potem przy następnym stoisku dochodzę do wniosku, że tamte wyglądały dobrze, ale te wyglądają jeszcze lepiej. I w ten sposób pewnego dnia orientuję się, że na kuchennym blacie leży zdecydowanie więcej śliwek, niż jestem w stanie zjeść, zanim zaczną domagać się natychmiastowego zainteresowania.

Mogłam oczywiście zrobić z nimi coś bardzo rozsądnego. Tyle że na widok śliwek od razu przypomniały mi się powidła. Takie długo smażone, ciemne, gęste i słodkie. Tylko że tym razem nie chciałam ani dosypywać cukru, ani spędzać pół dnia przy garnku. Zrobiłam więc małą porcję konfitury ze śliwek, a do zagęszczenia wykorzystałam chia. Wyszła na tyle dobrze, że następnego dnia zaczęłam się zastanawiać, dlaczego zrobiłam tylko jeden słoiczek.

Od razu jednak ustalmy jedną rzecz. To nie jest przepis keto. Śliwki zawierają naturalnie występujące cukry i chia tego nie zmieni. Konfiturę traktuję jako propozycję dla osób na umiarkowanym low carb i jem ją jako dodatek – łyżeczkę czy dwie do jogurtu, twarożku albo deseru, a nie pół słoika przy jednym posiedzeniu. „Bez dodatku cukru” oznacza tutaj dokładnie to, co powinno oznaczać: nie dokładam cukru, ale nie udaję, że w owocach go nie ma.

Składniki na jeden nieduży słoiczek:

  • 500 g dojrzałych śliwek, ważonych przed usunięciem pestek,
  • 1 łyżka soku z cytryny,
  • 2 łyżki wody,
  • ½ łyżeczki cynamonu,
  • 1½ łyżki nasion chia,
  • erytrytol, alluloza lub inny słodzik do smaku – opcjonalnie,
  • ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego – opcjonalnie.

Najlepiej wybieram śliwki dojrzałe, miękkie i naprawdę smaczne. Przy konfiturze bez dodatku cukru owoc nie ma się za czym schować. Kwaśne, niedojrzałe śliwki nie zamienią się nagle w cudowną konfiturę tylko dlatego, że potrzymamy je chwilę w garnku.

Śliwki myję, przekrawam, usuwam pestki i kroję na mniejsze kawałki. Przekładam do niedużego garnka z grubszym dnem, dodaję wodę oraz sok z cytryny.

Podgrzewam na małym lub średnim ogniu. Po kilku minutach śliwki zaczynają puszczać sporo własnego soku, dlatego nie dolewam więcej wody. Gotuję je bez przykrycia około 15–20 minut, mieszając od czasu do czasu, aż zmiękną i częściowo się rozpadną.

Teraz rozgniatam je tłuczkiem albo widelcem. Nie miksuję wszystkiego na idealnie gładką masę, bo w konfiturze lubię znaleźć kawałek śliwki. Jeśli ktoś woli konsystencję musu, oczywiście może użyć blendera. Dodaję cynamon i ewentualnie wanilię. Dopiero teraz próbuję.

I właśnie dlatego słodzika nie wpisuję jako obowiązkowej konkretnej ilości. Jedne śliwki po podgrzaniu są wystarczająco słodkie, inne potrzebują niewielkiej pomocy. Jeśli trzeba, dodaję trochę słodzika, mieszam i próbuję ponownie. Nie przesadzam – chcę nadal czuć śliwki, a nie wyłącznie słodycz. Zdejmuję garnek z ognia i wsypuję 1½ łyżki chia. Dokładnie mieszam i zostawiam na około 10 minut.

W tym momencie konfitura może nadal wydawać się trochę za rzadka i właśnie tutaj łatwo popełnić błąd, dosypując kolejne chia. Nie robię tego od razu. Nasiona potrzebują czasu, a po całkowitym ostygnięciu masa zgęstnieje jeszcze bardziej. Dopiero jeśli po 20–30 minutach nadal jest zdecydowanie zbyt płynna, dodaję dodatkową łyżeczkę chia. Dzięki temu zamiast śliwkowego betonu mam konfiturę, którą rzeczywiście można nabrać łyżeczką.

Do czego jej używam?

Najprościej do gęstego jogurtu greckiego albo skyru. Bardzo dobrze smakuje również z twarożkiem, serniczkiem w pucharku czy naleśnikiem przygotowanym w wersji low carb. Śliwka, cynamon i orzechy włoskie też bardzo się lubią, więc czasami wystarcza mi jogurt, łyżka konfitury i kilka posiekanych orzechów.

Nie gotuję jej przez godzinę, żeby zrobić z niej klasyczne powidła. Chia ma tutaj konkretne zadanie – pozwala uzyskać odpowiednią konsystencję bez dużej ilości cukru i długiego odparowywania owoców.

Ważne – to nie jest konfitura do spiżarni

Ta wersja nie jest tradycyjnym przetworem przeznaczonym do przechowywania miesiącami w szafce. Brak dużej ilości cukru i krótka obróbka oznaczają, że traktuję ją jak świeży produkt.

Gotową konfiturę przekładam do czystego słoiczka, studzę, zamykam i przechowuję w lodówce. Robię niewielką porcję i zużywam ją w ciągu kilku dni. Jeśli chcę zachować ją na dłużej, dzielę na małe porcje i zamrażam. Nie eksperymentuję z przechowywaniem jej na półce tylko dlatego, że znajduje się w słoiku.

I chyba właśnie dlatego lubię takie małe domowe przetwory najbardziej. Nie muszę wyciągać dziesięciu słoików, pasteryzować połowy kuchni i zastanawiać się, gdzie to wszystko później postawię. Jeden garnek, jeden słoiczek i pół godziny później mam konfiturę pachnącą śliwkami i cynamonem.

Tylko z tym jednym słoiczkiem znowu nie do końca przemyślałam sprawę. Bo kiedy następnego ranka nałożyłam pierwszą łyżeczkę do jogurtu, stało się jasne, że zapasów na zimę z tego raczej nie będzie.

Pumpkin spice latte low carb

Jesienią wystarczy, że zrobi się trochę chłodniej, a dynia zaczyna pojawiać się wszędzie. W zupie, cieście, dekoracjach, na balkonach i oczywiście w kawie. Przez długi czas do tej ostatniej wersji podchodziłam z pewną rezerwą, bo kawa to kawa, a dynia niech sobie spokojnie siedzi w garnku. Tyle że po serniczku dyniowym zostało mi trochę puree i patrzyło na mnie z lodówki z miną produktu, który oczekuje dalszego wykorzystania.

Zrobiłam więc pumpkin spice latte. Pierwsza myśl po spróbowaniu? Dobrze, że nie wsypałam do niej wszystkiego, co kojarzy się z jesienią. W wielu przepisach lista przypraw jest tak długa, że kawa ma niewielkie szanse przebić się przez cynamon, imbir, goździki i gałkę muszkatołową. Ja chciałam nadal pić kawę. Tylko cieplejszą, kremową, pachnącą jesienią i z delikatnym smakiem prawdziwej dyni.

I właśnie taka wersja została ze mną.

To nie jest napój, który nazwałabym ścisłym keto, bo dodaję prawdziwe puree z dyni. Są go jednak tylko dwie łyżki na dużą porcję, dlatego przy rozsądnym doborze mleka i słodzika pumpkin spice latte spokojnie może znaleźć miejsce w umiarkowanym low carb.

Składniki na 1 dużą porcję:

  • 1 podwójne espresso, około 50–60 ml,
  • 200 ml niesłodzonego mleka migdałowego,
  • 50 ml śmietanki 30%,
  • 30 g, czyli około 2 łyżki, gęstego puree z pieczonej dyni,
  • ½ łyżeczki cynamonu,
  • niewielka szczypta mielonego imbiru,
  • maleńka szczypta gałki muszkatołowej,
  • ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego,
  • erytrytol, alluloza lub inny słodzik do smaku.

Goździków tym razem nie dodaję. Są świetne w wielu jesiennych rzeczach, ale w kawie bardzo łatwo przejmują władzę nad całym kubkiem. Jeśli ktoś je uwielbia, można dodać dosłownie odrobinę mielonych, ale naprawdę odrobinę.

Do małego rondelka wlewam mleko migdałowe i śmietankę. Dodaję puree z dyni, cynamon, imbir, gałkę muszkatołową, wanilię oraz słodzik. Podgrzewam na małym ogniu, cały czas mieszając trzepaczką. Nie doprowadzam do mocnego wrzenia. Chodzi o to, żeby mieszanka była dobrze gorąca, puree dokładnie się połączyło z płynem, a przyprawy oddały aromat.

I tutaj właśnie ma znaczenie, jakiego puree użyjemy. Powinno być gładkie i dość gęste, bez włókien i kawałków dyni. Najlepiej sprawdza mi się puree z dyni upieczonej i zmiksowanej bez dodatku wody.

Kiedy mleczna mieszanka jest gorąca, zdejmuję rondelek z palnika i spieniam ją spieniaczem. Można również energicznie potraktować ją trzepaczką. Nie oczekuję piany jak z kawiarni, szczególnie przy mleku migdałowym, ale śmietanka sprawia, że napój robi się przyjemnie kremowy.

Do dużego kubka wlewam świeżo przygotowane podwójne espresso, a następnie gorącą mieszankę dyniową.

Na wierzchu odrobina cynamonu i właściwie niczego więcej mi nie potrzeba.

Jeśli nie mamy ekspresu można przygotować około 60 ml bardzo mocnej kawy z kawiarki albo zaparzyć mocną kawę w inny ulubiony sposób. Ważne, żeby była naprawdę intensywna. Przy 250 ml mleka i śmietanki zwykła, delikatna kawa po prostu zniknie.

Nie polecam natomiast zwiększania ilości dyni tylko po to, żeby latte było „bardziej dyniowe”. Dwie łyżki wystarczą. Większa ilość zaczyna zmieniać konsystencję napoju i zamiast kawy możemy dostać coś niebezpiecznie zbliżonego do bardzo rzadkiej zupy dyniowej. A jednak nie po to włączam ekspres.

Jak zrobić własną przyprawę pumpkin spice?

Jeśli zamierzam przygotowywać taką kawę częściej, nie odmierzam za każdym razem trzech przypraw. Do małego słoiczka wsypuję:

  • 4 łyżeczki cynamonu,
  • 1 łyżeczkę mielonego imbiru,
  • ½ łyżeczki gałki muszkatołowej.

Mieszam i gotowe. Do jednej kawy wystarcza mi około ½ łyżeczki mieszanki. Jeśli lubicie mocniej korzenny smak, można dać trochę więcej, ale zaczęłabym właśnie od tej ilości.

Ważne jest też mleko. W wersji low carb wybieram niesłodzone mleko migdałowe i zawsze zerkam na etykietę, bo dwa kartony stojące obok siebie potrafią mieć zupełnie inną ilość węglowodanów. Nie korzystam z gotowych syropów pumpkin spice – właśnie tam bardzo często kryje się sporo cukru.

Można na wierzch dodać trochę ubitej śmietanki. Wtedy kawa robi się już właściwie małym deserem i nie widzę w tym nic złego. Trzeba tylko uczciwie pamiętać, że śmietanka nadal ma kalorie, nawet jeśli bardzo ładnie wygląda na kawie.

Pierwszy kubek wypiłam przy stole, patrząc na resztę puree w lodówce. I pojawił się pewien problem. Miałam je przecież wykorzystać i zakończyć temat dyni. Tymczasem zaczęłam się zastanawiać, czy nie upiec kolejnej.

Tak właśnie jesień przejmuje kuchnię. Najpierw niewinnie stawia w niej jedną dynię, a potem człowiek orientuje się, że dobiera do kawy cynamon.

Serniczek dyniowy w pucharku. Jesień, która mieści się w jednej łyżeczce

Dynia pojawiła się u mnie w kuchni zupełnie niewinnie. Kupiłam kawałek z myślą o obiedzie, potem odłożyłam część puree do lodówki i przez dwa dni przechodziłam obok niego, udając, że mam jakiś konkretny plan. Oczywiście nie miałam. W końcu zrobiłam kawę, otworzyłam lodówkę i pomyślałam, że skoro jesień coraz odważniej zagląda przez okno, to zamiast kolejnej zupy dyniowej zrobię coś zdecydowanie bardziej interesującego. Kilkanaście minut później w pucharkach chłodził się serniczek dyniowy, a ja po raz kolejny przekonałam się, że najlepsze pomysły często zaczynają się od produktu, który trzeba po prostu wykorzystać.

Ten deser jest kremowy, lekko korzenny i naprawdę smakuje jak sernik, chociaż piekarnik tym razem ma wolne. Dyni używam z umiarem, dlatego traktuję go jako deser dla osób na umiarkowanym low carb. Nie próbuję też robić z niego wersji ekstremalnie dietetycznej. Serniczek ma być deserem, a nie karą za to, że człowiek miał ochotę na coś słodkiego.

Składniki na 3 większe albo 4 mniejsze porcje:

  • 250 g gęstego twarogu sernikowego lub pełnotłustego serka typu cream cheese,
  • 100 g mascarpone,
  • 120 g gęstego puree z pieczonej dyni,
  • 35–45 g erytrytolu w pudrze albo innego słodzika do smaku,
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,
  • 1 łyżeczka soku z cytryny,
  • ½ łyżeczki cynamonu,
  • szczypta imbiru,
  • szczypta gałki muszkatołowej,
  • 40 g orzechów włoskich lub pekan,
  • opcjonalnie 1 łyżka śmietanki 30%, jeśli masa okaże się zbyt gęsta.

Najważniejsze jest puree. Powinno być naprawdę gęste. Jeśli korzystam z dyni pieczonej, miksuję miąższ bez dodawania wody. Jeżeli puree jest wodniste, przekładam je na sitko i zostawiam na kilkanaście minut. Ten drobiazg decyduje o tym, czy deser będzie kremowy, czy zacznie po chwili przypominać dyniowy jogurt.

Twaróg, mascarpone, puree, słodzik, wanilię, sok z cytryny i przyprawy miksuję krótko, tylko do uzyskania jednolitej masy. Nie ubijam jej długo, bo nie chcę niepotrzebnie jej rozrzedzać. Jeśli jest bardzo gęsta, dodaję łyżkę śmietanki i jeszcze raz krótko mieszam.

Teraz próbuję. Ten moment jest ważny, bo dynie różnią się smakiem, a słodziki jeszcze bardziej. Masa powinna być wyraźnie sernikowa, lekko słodka i korzenna, ale cynamon nie może zagłuszyć wszystkiego innego.

Orzechy siekam i prażę na suchej patelni przez kilka minut, aż zaczną pachnieć. Nie odchodzę wtedy od kuchenki, bo pomiędzy „ładnie uprażone” a „dlaczego w kuchni jest dym” czasem naprawdę jest bardzo niewielka różnica.

Na dno pucharków wsypuję część orzechów, nakładam masę sernikową i posypuję resztą. Deser wkładam do lodówki przynajmniej na 2 godziny. Po schłodzeniu masa wyraźnie tężeje, smaki się łączą, a przyprawy stają się łagodniejsze.

Nie dodaję tutaj kruchego spodu z mąki ani ciasteczek bez cukru. Orzechy dają chrupkość, której potrzebuję, a przy okazji nie wprowadzają do deseru kolejnej warstwy, która miałaby tylko udawać coś innego.

Jeżeli mam ochotę na bardziej deserową wersję, na wierzch dodaję łyżkę lekko ubitej śmietanki i odrobinę cynamonu. Przy umiarkowanym low carb można też dorzucić kilka borówek albo odrobinę musu jabłkowego bez cukru, ale wtedy traktuję to jako dodatek i nie przesadzam z ilością owoców.

Najbardziej podoba mi się jednak wersja najprostsza. Kremowa masa, dynia, wanilia, cynamon i prażone orzechy. Smakuje jesienią, ale nie taką przesadzoną, z pięcioma świeczkami, trzema kocami i obowiązkowym kubkiem z napisem. Po prostu dobrze.

A puree, które miało czekać na jakiś rozsądny obiad, oczywiście nie doczekało. Skończyło znacznie lepiej. W deserze.

Sałatka z kurczakiem, pieczoną papryką, fetą i pestkami dyni - lunchbox w stylu low carb

Z jedzeniem zabieranym do pracy mam jeden podstawowy warunek – kiedy otwieram pudełko, nie chcę żałować, że nie kupiłam po drodze czegoś innego. Sałata z trzema plasterkami ogórka może i wygląda bardzo dietetycznie, ale około południa człowiek zaczyna na nią patrzeć z niechęcią, a chwilę później zastanawia się, kto przyniósł do pokoju obok coś, co tak dobrze pachnie.

Dlatego mój lunchbox musi być konkretny. Ma mnie nasycić, przetrwać kilka godzin w pudełku i nadal dobrze smakować. Tym razem zaczęło się od czerwonej papryki, którą postanowiłam upiec. Skoro piekarnik już pracował, obok wylądował kurczak. Potem feta, pestki dyni, trochę zielonego i wyszła sałatka, którą spokojnie mogę przygotować wieczorem, a następnego dnia zabrać ze sobą.

I od razu jedna rzecz: nie polewam jej rano przypadkowym gotowym sosem. Przy tej sałatce bardzo dobrze sprawdza się prosty sos musztardowo-cytrynowy. Kwaśny akcent jest potrzebny, bo feta, kurczak i pestki dyni są dość konkretne. Bez niego całość byłaby poprawna, ale trochę płaska. A ja nie chcę poprawnego lunchu. Chcę otworzyć pudełko i mieć ochotę je zjeść.

Składniki na 2 solidne porcje:

  • 350 g filetu z piersi kurczaka,
  • 1 duża czerwona papryka,
  • 100 g sera feta,
  • 100–120 g miksu sałat lub rukoli,
  • ½ świeżego ogórka,
  • 30 g pestek dyni,
  • 1 łyżka oliwy do kurczaka,
  • ½ łyżeczki słodkiej papryki,
  • ¼ łyżeczki wędzonej papryki,
  • ½ łyżeczki suszonego oregano,
  • sól i świeżo mielony pieprz.

Na sos:

  • 2 łyżki oliwy,
  • 1 łyżka soku z cytryny,
  • 1 płaska łyżeczka musztardy Dijon,
  • ½ łyżeczki erytrytolu lub kilka kropli ulubionego słodzika – opcjonalnie,
  • świeżo mielony pieprz.

Piekarnik nagrzewam do 220°C, góra–dół. Paprykę przekrawam na pół, usuwam gniazdo nasienne i układam na blasze skórką do góry. Piekę około 20–25 minut, aż skórka miejscami mocno się przypiecze i pojawią się na niej ciemne pęcherze. Gorącą paprykę przekładam do miski i przykrywam talerzem na mniej więcej 10 minut. Pod wpływem pary skórka później bardzo łatwo odchodzi. Obieram ją, a miąższ kroję w paski. Można oczywiście użyć gotowej pieczonej papryki ze słoika, ale wtedy dokładnie ją odsączam i sprawdzam skład zalewy, bo cukier potrafi pojawić się tam zupełnie nieproszony.

Pierś kurczaka przekrawam wzdłuż na cieńsze filety. Dzięki temu mięso smaży się szybciej i bardziej równomiernie. Osuszam je, nacieram oliwą, słodką i wędzoną papryką, oregano, pieprzem oraz niewielką ilością soli. Rozgrzewam patelnię i smażę kurczaka na średnio mocnym ogniu po około 3–4 minuty z każdej strony. Dokładny czas zależy od grubości mięsa, dlatego tutaj bardziej ufam termometrowi niż zegarkowi – w najgrubszym miejscu kurczak powinien osiągnąć 74°C. I teraz ważne: nie kroję go od razu.

Przekładam mięso na deskę i zostawiam na około 5 minut. Dopiero później kroję w paski. Dzięki temu soki zostają w mięsie zamiast wypłynąć na deskę, a do lunchboxa nie trafiają suche kawałki kurczaka, które następnego dnia wymagają popijania co drugim kęsem.

Pestki dyni wsypuję na suchą patelnię i prażę przez 2–3 minuty, często mieszając. Kiedy zaczynają pachnieć i lekko się rumienić, od razu przesypuję je na talerzyk. Patelnię opuszczają szybciej, niż podpowiada intuicja – zostawione na gorącym dnie potrafią się przypalić już po wyłączeniu palnika. Ten drobiazg naprawdę robi różnicę. Uprażone pestki mają znacznie więcej smaku i przyjemnie chrupią.

Oliwę, sok z cytryny i musztardę wkładam do małego słoiczka, dodaję pieprz i ewentualnie odrobinę słodzika. Zakręcam i energicznie potrząsam. Próbuję. Sos powinien być wyrazisty i lekko kwaśny, bo po połączeniu z pozostałymi składnikami jego smak złagodnieje. Nie dodaję soli przed spróbowaniem – feta wnosi jej do tej sałatki naprawdę sporo.

Do pudełka wkładam sałatę, pokrojonego ogórka, paski pieczonej papryki i kurczaka. Dodaję pokruszoną fetę. Pestki dyni pakuję osobno albo wsypuję dopiero przed jedzeniem, bo wtedy pozostają chrupiące.

Tak samo robię z sosem. Jeśli przygotowuję sałatkę do pracy na następny dzień, zabieram go w małym szczelnym pojemniczku i polewam wszystko tuż przed jedzeniem. Dzięki temu rano nie wyjmuję z lodówki smutnych, zwiędniętych liści. Jeżeli jem sałatkę od razu, oczywiście nie bawię się w żadne osobne pojemniczki. Polewam, mieszam i gotowe.

To połączenie jest naprawdę dobrze zbalansowane: kurczak daje sytość, feta słoność i kremowość, pieczona papryka jest lekko słodka, cytryna z musztardą dodają kwasowości, a pestki dyni chrupią. Niczego więcej bym tutaj nie dokładała. Czasem najlepszym sposobem na zepsucie dobrej sałatki jest dojście do wniosku, że przydałoby się w niej jeszcze siedem składników.

Przygotowując ją do pracy, wszystkie ugotowane składniki najpierw porządnie studzę i dopiero wtedy zamykam w pudełku oraz wkładam do lodówki. Kurczaka nie zostawiam na blacie na pół wieczoru – gotowe mięso powinno trafić do chłodzenia najpóźniej w ciągu dwóch godzin. W pracy lunchbox również przechowuję w lodówce.

A następnego dnia pozostaje tylko wyjąć pudełko, dodać sos i pestki. Bez podgrzewania, bez szukania wolnej mikrofalówki i bez patrzenia z zazdrością na cudzy obiad.

I właśnie takie lunchboxy lubię najbardziej. Wieczorem mam poczucie, że zrobiłam coś pożytecznego dla swojej jutrzejszej wersji, a następnego dnia moja jutrzejsza wersja jest mi za to naprawdę wdzięczna. Przynajmniej do chwili, kiedy odkrywa, że dzisiejsza wersja mnie znowu nie przygotowała niczego na kolację.

Kurczak w kremowym sosie pieczarkowym. Jedna patelnia i obiad załatwiony

Jeszcze niedawno obiad mógł składać się z sałatki i czegoś wrzuconego na szybko na patelnię, ale kiedy za oknem robi się chłodniej, moje wymagania wobec talerza wyraźnie rosną. Ma być ciepło, konkretnie i najlepiej z sosem. Takim, który rzeczywiście jest sosem, a nie trzema dekoracyjnymi kroplami na talerzu.

Zaczęło się od pieczarek. Kupiłam je bez szczególnego planu, bo pieczarki należą u mnie do kategorii produktów „na pewno coś z nich zrobię”. Potem znalazłam w lodówce kurczaka i śmietankę, więc dalsze zastanawianie się uznałam za zbędne. Tym bardziej że wszystko mogło powstać na jednej patelni. W mojej kuchni przepis automatycznie zdobywa dodatkowe punkty, jeśli po obiedzie nie zostawia zlewu wyglądającego tak, jakbym gotowała dla kolonii.

Kurczak w kremowym sosie pieczarkowym to zwyczajny, domowy obiad, który bardzo dobrze wpisuje się w low carb. Nie zagęszczam sosu mąką ani skrobią. Odpowiednią konsystencję dostaję dzięki śmietance, odrobinie serka śmietankowego i spokojnemu odparowaniu sosu. Jest kremowo, pieczarkowo i naprawdę sycąco.

Składniki na 3–4 porcje:

  • 600 g filetu z piersi kurczaka,
  • 300 g pieczarek,
  • 1 niewielka cebula,
  • 2 ząbki czosnku,
  • 1 łyżka masła klarowanego,
  • 1 łyżka oliwy,
  • 200 ml śmietanki 30%,
  • 50 g pełnotłustego serka śmietankowego,
  • 100 ml bulionu drobiowego,
  • 1 łyżeczka musztardy Dijon,
  • ½ łyżeczki suszonego tymianku,
  • sól,
  • świeżo mielony pieprz,
  • 1 łyżka posiekanej natki pietruszki.

Pierś kroję w poprzek na mniejsze, niezbyt grube kawałki. Można również przekroić każdą pierś wzdłuż na dwa cieńsze filety. Najważniejsze, żeby kawałki miały podobną grubość – wtedy usmażą się mniej więcej w tym samym czasie.

Mięso osuszam papierowym ręcznikiem, doprawiam solą i pieprzem.

Na dużej patelni rozgrzewam masło klarowane z oliwą. Układam kurczaka tak, żeby kawałki nie leżały jeden na drugim, i smażę na średnio mocnym ogniu po około 3–4 minuty z każdej strony. Na tym etapie zależy mi przede wszystkim na ładnym zrumienieniu. Mięso nie musi być jeszcze całkowicie gotowe w środku, ponieważ później wróci do gorącego sosu.

Przekładam kurczaka na talerz i przykrywam luźno, żeby nie wystygł.

Na tę samą patelnię wrzucam pokrojone w plasterki pieczarki. Jeśli patelnia jest zupełnie sucha, dodaję jeszcze odrobinę masła.

I tutaj nie spieszę się z solą. Najpierw pozwalam pieczarkom się podsmażyć. Smażę je około 6–8 minut, mieszając od czasu do czasu, aż puszczony przez nie płyn odparuje, a same pieczarki zaczną się rumienić.

Dopiero wtedy dodaję drobno posiekaną cebulę. Smażę jeszcze 2–3 minuty, dodaję czosnek oraz tymianek i mieszam przez około pół minuty. Czosnek ma zacząć pachnieć, a nie zamienić się w małe brązowe kawałki, które później będą gorzkie.

Sos, czyli najważniejsza część

Do pieczarek wlewam bulion i dokładnie mieszam, zbierając z dna patelni wszystkie przyrumienione drobiazgi pozostałe po smażeniu mięsa. To właśnie tam siedzi sporo smaku.

Dodaję śmietankę, serek śmietankowy i musztardę Dijon. Mieszam na niewielkim ogniu, aż serek całkowicie się rozpuści.

Sos gotuję łagodnie przez około 3–5 minut. Nie doprowadzam go do gwałtownego wrzenia. Ma lekko pyrkać i stopniowo gęstnieć. Jeśli po tym czasie nadal wydaje się zbyt rzadki, daję mu jeszcze chwilę zamiast ratować sytuację mąką.

Próbuję i dopiero teraz ostatecznie doprawiam solą oraz pieprzem. Bulion, musztarda i serek mogą już zawierać sporo soli, więc wcześniejsze solenie sosu na zapas nie jest najlepszym pomysłem.

Kurczaka razem z sokami, które zebrały się na talerzu, przekładam z powrotem na patelnię. Zmniejszam ogień, przykrywam i podgrzewam jeszcze kilka minut, aż mięso będzie gotowe w środku. Jeśli używam termometru kuchennego, najgrubsza część kurczaka powinna osiągnąć co najmniej 74°C. To pewniejsza metoda niż ocenianie mięsa wyłącznie po kolorze.

Na końcu posypuję wszystko natką pietruszki.

Z czym podać?

U mnie najczęściej wygrywa puree z kalafiora, bo świetnie zbiera kremowy sos. Pasują też fasolka szparagowa, brokuły albo po prostu duża porcja sałaty. Przy umiarkowanym low carb można dobrać dodatki do własnego dziennego bilansu.

Można też pokroić kurczaka w kostkę zamiast przygotowywać większe kawałki. Wtedy trzeba tylko skrócić czas smażenia, bo drobne mięso bardzo łatwo przesuszyć. I właśnie dlatego wolę większe kawałki – mają znacznie większy margines bezpieczeństwa, a soczysty kurczak w kremowym sosie smakuje jednak lepiej niż kurczak o konsystencji gumki do ścierania.

Jeżeli sos zrobi się zbyt gęsty, dolewam łyżkę lub dwie bulionu. Jeśli jest za rzadki, wyjmuję na moment mięso i redukuję go jeszcze przez kilka minut bez przykrycia. To prostsze i smaczniejsze niż dokładanie przypadkowych zagęstników.

Najlepszy moment przychodzi jednak pod koniec. Na patelni bulgocze gęsty pieczarkowy sos, kurczak jest gotowy, w kuchni pachnie czosnkiem i tymiankiem, a do zmywania mam właściwie jedną patelnię. Wtedy zaczynam podejrzewać, że jesień nie pojawia się po to, żeby zabrać nam lato. Może po prostu uznała, że najwyższy czas znowu robić porządne sosy.

Kulki serowe z cheddarem, szczypiorkiem i orzechami. Małe przekąski, które znikają podejrzanie szybko

 Z przekąskami mam pewien problem. Kiedy przygotuję jedną dużą porcję czegoś na talerzu, potrafię całkiem rozsądnie uznać, że właśnie tyle zamierzałam zjeść. Kiedy jednak to samo jedzenie występuje w postaci małych kulek, zasady najwyraźniej przestają obowiązywać. Jedna na spróbowanie, druga, żeby sprawdzić, czy pierwsza rzeczywiście była dobra, a przy trzeciej zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zrobiłam ich trochę za mało.

Tak właśnie było z kulkami serowymi. W lodówce miałam otwarte opakowanie serka śmietankowego i kawałek cheddara, który zdecydowanie należało już wykorzystać. Początkowo myślałam o jakiejś paście, ale potem przypomniałam sobie o orzechach włoskich. Dodałam szczypiorek, trochę przypraw i zamiast kolejnej miseczki pasty powstały małe serowe kulki. Niby te same składniki, a od razu wyglądają tak, jakbym planowała przyjęcie. Nie planowałam. To jednak nie przeszkodziło mi zrobić próby generalnej.

To bardzo prosty przepis low carb, ale jest kilka rzeczy, które decydują o tym, czy kulki będą zwarte i kremowe, czy zaczną rozpłaszczać się na talerzu. Najważniejszy jest odpowiedni serek – wybieram pełnotłusty, gęsty serek śmietankowy, a nie lekki twarożek czy rzadki serek kanapkowy. Cheddar ścieram drobno, a gotową masę przed formowaniem dobrze schładzam.

Składniki na około 16–18 niewielkich kulek:

  • 200 g pełnotłustego serka śmietankowego typu cream cheese,
  • 120 g cheddara w kawałku,
  • 50 g orzechów włoskich,
  • 2 łyżki drobno posiekanego szczypiorku,
  • ½ łyżeczki musztardy Dijon,
  • ¼ łyżeczki czosnku granulowanego,
  • świeżo mielony pieprz,
  • szczypta wędzonej papryki,
  • ewentualnie odrobina soli.

Cheddar ścieram na drobnych oczkach tarki. Orzechy siekam nożem – dość drobno, ale nie zamieniam ich w mąkę. Chcę, żeby w gotowych kulkach było czuć ich chrupkość.

Serek przekładam do miski, dodaję cheddar, musztardę, czosnek, pieprz, wędzoną paprykę, połowę szczypiorku i mniej więcej jedną trzecią posiekanych orzechów. Wszystko dokładnie mieszam łyżką lub szpatułką. Dopiero wtedy próbuję i decyduję, czy potrzebna jest sól. Cheddar sam w sobie jest słony, dlatego najczęściej wystarcza naprawdę niewiele.

Miskę przykrywam i wkładam do lodówki na około 30–45 minut. Nie pomijam tego etapu. Schłodzony tłuszcz w serku i cheddarze sprawia, że masa staje się wyraźnie twardsza i dużo łatwiej ją formować.

Pozostałe orzechy mieszam z resztą szczypiorku i wysypuję na płaski talerz. Ze schłodzonej masy nabieram porcje mniej więcej wielkości dużego orzecha włoskiego i szybko formuję kulki. Nie trzymam ich długo w dłoniach, bo masa zacznie się ogrzewać.

Każdą kulkę obtaczam w mieszance orzechów i szczypiorku, lekko dociskając panierkę. Gotowe układam na talerzu i ponownie wkładam do lodówki przynajmniej na pół godziny.

I właściwie koniec. Bez pieczenia, smażenia i sterty naczyń.

Co zrobić, jeśli masa jest za miękka?

Przede wszystkim nie dosypywałabym od razu kolejnych składników. Najpierw wkładam masę na dłużej do lodówki. Jeśli użyłam gęstego, pełnotłustego serka i zachowałam podane proporcje, po schłodzeniu powinna bez problemu dać się formować.

Jeżeli w kuchni jest bardzo ciepło, można formować po kilka kulek, a resztę masy trzymać w lodówce. To znacznie wygodniejsze niż próba toczenia coraz bardziej miękkiego sera między dłońmi.

Z czym je podać?

Najprościej z pokrojonym w słupki ogórkiem, papryką albo selerem naciowym. Można też podać obok krakersów z parmezanu, które już pojawiły się na blogu. Na większym stole dobrze wyglądają razem z oliwkami, kawałkami sera i warzywami.

Kulki można przygotować wcześniej. Przechowuję je w szczelnym pojemniku w lodówce i najlepiej smakują mi zjedzone w ciągu 2–3 dni. Jeśli przygotowuję je dla gości, wyjmuję je około 10 minut przed podaniem – pozostają zwarte, ale serek robi się przyjemnie kremowy.

Orzechy można zamienić na pekany albo migdały. Z kolei jeśli chcę ostrzejszą wersję, dodaję do masy odrobinę chili. Nie przesadzam za to z dodatkami, bo cheddar i szczypiorek mają tutaj grać główną rolę. To jedna z tych przekąsek, którym naprawdę nie trzeba pomagać siedemnastoma przyprawami.

Pierwsza partia miała być próbą przed ewentualnym podaniem ich kiedyś gościom. Próba wypadła bardzo pomyślnie. Do tego stopnia, że później zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam zrobić drugiej partii, żeby sprawdzić, czy wynik da się powtórzyć. W końcu rzetelność w testowaniu przepisów jest bardzo ważna.

Jajka zapiekane z pieczarkami, szpinakiem i cheddarem w stylu low carb. Śniadanie na chłodniejszy poranek

Dziś rano pierwszy raz od dawna miałam ochotę nie na coś zimnego z lodówki, tylko na śniadanie, od którego robi się przyjemnie już wtedy, kiedy zaczyna pachnieć w kuchni. Wrzesień najwyraźniej postanowił przypomnieć, że za chwilę kubek gorącej kawy będzie służył również do ogrzewania dłoni. Zajrzałam do lodówki i tym razem obyło się bez długich negocjacji. Pieczarki były, jajka były, szpinak też czekał, a kawałek cheddara wyglądał tak, jakby od początku wiedział, jak skończy. Kilkanaście minut później siedziałam przy stole z gorącym naczyniem przed sobą i pomyślałam, że chłodniejsze poranki mają jednak swoje zalety. Człowiek może bez wyrzutów sumienia włączyć piekarnik i nazwać to dbaniem o komfort termiczny.

To bardzo proste śniadanie, ale przy tym przepisie jeden szczegół naprawdę ma znaczenie: pieczarek i szpinaku nie wkładam do naczynia na surowo. Oba składniki oddają sporo wody i jeśli wrzucimy je od razu pod jajka, zamiast kremowego, zapieczonego śniadania może powstać coś zdecydowanie bardziej mokrego, niż planowaliśmy. Dlatego najpierw porządnie podsmażam pieczarki, a szpinak dodaję dopiero pod koniec. Dzięki temu całość ma odpowiednią konsystencję, ser się ładnie topi, a jajka nie pływają w warzywnym sosie.

Składniki na 2 porcje:

  • 4 jajka,
  • 200 g pieczarek,
  • 80–100 g świeżego szpinaku,
  • 80 g cheddara,
  • 1 mała szalotka lub około 40 g cebuli,
  • 1 ząbek czosnku,
  • 1 łyżka masła klarowanego albo oliwy,
  • 2 łyżki śmietanki 30%,
  • pół łyżeczki suszonego tymianku,
  • sól,
  • świeżo mielony pieprz,
  • opcjonalnie odrobina płatków chili,
  • trochę szczypiorku do podania.

Piekarnik nagrzewam do 190°C, góra–dół. Niewielkie naczynie do zapiekania, mniej więcej 20 × 15 cm, smaruję odrobiną masła.

Pieczarki kroję w plasterki. Patelnię dobrze rozgrzewam, dodaję tłuszcz i wrzucam pieczarki. Smażę je przez około 6–8 minut, aż odparuje większość wody i zaczną się lekko rumienić. Nie solę ich od razu, bo wtedy szybciej puszczają sok. Dopiero pod koniec dodaję drobno posiekaną cebulę, czosnek, tymianek, pieprz i niewielką ilość soli.

Kiedy cebula zmięknie, dodaję szpinak i smażę jeszcze minutę lub dwie, tylko do chwili, kiedy liście zwiędną. Jeśli na patelni mimo wszystko pozostało trochę płynu, pozwalam mu całkowicie odparować. To naprawdę warto zrobić, bo właśnie od tego zależy, czy później jajka będą przyjemnie zapieczone.

Warzywa przekładam do przygotowanego naczynia. Posypuję mniej więcej połową startego cheddara i robię cztery niewielkie zagłębienia. W każde ostrożnie wbijam jajko. Pomiędzy jajka wlewam śmietankę, dodaję pozostały ser i jeszcze trochę pieprzu. Soli daję bardzo mało, bo cheddar wnosi jej już całkiem sporo.

Naczynie wstawiam do nagrzanego piekarnika na około 10–14 minut. Czas zależy od wielkości jajek, temperatury składników i od tego, jakie żółtko lubimy. U mnie najlepszy moment jest wtedy, kiedy białko jest już całkowicie ścięte, a żółtko nadal pozostaje miękkie. Jeśli wolicie bardziej ścięte jajka, zostawcie je jeszcze 2–3 minuty. Przy termometrze kuchennym najbezpieczniej doprowadzić środek potrawy jajecznej do około 71°C.

Po wyjęciu daję całości dwie minuty odpoczynku, posypuję szczypiorkiem i stawiam naczynie na stole. I właściwie tyle. Można dołożyć kilka pomidorków albo prostą sałatę, ale dla mnie samo połączenie pieczarek, szpinaku, jajek i ostrego cheddara jest już wystarczająco konkretne.

Najbardziej odpowiada mi tu cheddar, bo ma wyrazisty smak i nie trzeba go używać bardzo dużo. Jeśli jednak akurat mam w lodówce goudę, gruyère albo trochę parmezanu, również spokojnie sobie poradzą. Tylko mozzarellę zostawiłabym do innego przepisu, bo przy pieczarkach i szpinaku całość może zrobić się niepotrzebnie wilgotna.

To śniadanie ma też tę zaletę, że można przygotować warzywa wieczorem. Rano wystarczy przełożyć je do naczynia, dodać ser, wbić jajka i wstawić wszystko do piekarnika. W czasie, kiedy się zapieka, zdążę zrobić kawę, otworzyć okno, stwierdzić, że jednak jest chłodno, zamknąć okno i wrócić do kuchni dokładnie wtedy, kiedy cheddar zaczyna się rumienić. Taki poziom porannej organizacji jestem w stanie utrzymać bez większego wysiłku.

Mus jabłkowy bez cukru (dla osób na umiarkowanym low carb)

Kupiłam jabłka z bardzo konkretnym planem, a właściwie bez planu – po prostu wyglądały dobrze. To jest ten rodzaj zakupowej logiki, który znam doskonale: najpierw wkładam coś do koszyka, a dopiero w domu zaczynam się zastanawiać, co właściwie zamierzam z tym zrobić. Przez kilka dni jabłka leżały więc w misce i wyglądały coraz bardziej oskarżycielsko. Jedno zjadłam, drugie też, ale kiedy przy trzecim zaczęłam omijać miskę wzrokiem, uznałam, że czas podjąć decyzję.

I wtedy przypomniał mi się mus jabłkowy. Taki najprostszy, pachnący cynamonem, bez dosypywania cukru i bez robienia z niego wielkiego przedsięwzięcia przetwórczego. Kilka jabłek, mały garnek i jeden słoiczek, który można później wyjadać po trochu. To zdecydowanie bardziej odpowiada mojemu temperamentowi niż ustawianie na blacie dwudziestu słoików i ogłaszanie początku domowej produkcji przemysłowej.

Od razu jednak zaznaczę jedną rzecz: jabłko nie jest owocem szczególnie niskowęglowodanowym. Dlatego tego musu nie nazywam keto i nie będę przekonywać, że można jeść go bez ograniczeń tylko dlatego, że nie dodałam cukru. To propozycja dla osób na umiarkowanym low carb, które uwzględniają niewielkie porcje owoców w swoim sposobie odżywiania.

Składniki na 1 nieduży słoik:

  • 500 g jabłek – waga przed obraniem,
  • 2–3 łyżki wody,
  • 1 łyżka soku z cytryny,
  • ½ łyżeczki cynamonu,
  • szczypta wanilii lub ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego – opcjonalnie,
  • erytrytol lub inny słodzik – tylko jeśli będzie potrzebny.
Jakie jabłka wybieram?

Najlepiej takie, które same mają sporo smaku. Jeśli trafią mi się naturalnie słodkie jabłka, żadnego słodzika nie dodaję. Przy bardziej kwaśnych odmianach decyzję zostawiam do końca gotowania, bo dopiero wtedy wiadomo, czy mus rzeczywiście czegoś potrzebuje.

Jabłka obieram, usuwam gniazda nasienne i kroję w niewielką kostkę. Przekładam do garnka z grubszym dnem, dodaję wodę i sok z cytryny.

Przykrywam i podgrzewam na małym ogniu. Po kilku minutach jabłka zaczną puszczać własny sok, dlatego nie wlewam od razu dużej ilości wody. Chcę zrobić mus, a nie kompot, który później będę godzinę odparowywać.

Duszę jabłka około 15–20 minut, od czasu do czasu mieszając. Dokładny czas zależy od odmiany – jedne rozpadają się niemal natychmiast, inne bronią swojej formy znacznie dłużej.

Kiedy są zupełnie miękkie, dodaję cynamon i wanilię.

Teraz mam dwie możliwości. Jeśli mam ochotę na idealnie gładki mus, miksuję wszystko blenderem. Jeśli wolę bardziej domową wersję z maleńkimi kawałkami jabłek, wystarczy porządnie rozgnieść je widelcem lub tłuczkiem.

Dopiero na samym końcu próbuję. Jeśli jabłka były wystarczająco słodkie, niczego więcej nie dodaję. Jeżeli mus jest dla mnie zbyt kwaśny, dodaję niewielką ilość słodzika i mieszam do rozpuszczenia.

A jak to wygląda z węglowodanami?

Tutaj wolę powiedzieć wprost: napis „bez cukru” nie oznacza „bez węglowodanów”. W jabłkach naturalnie występują cukry, a ich ilość nie znika podczas gotowania.

Według danych USDA surowe jabłko ze skórką zawiera około 13,8 g węglowodanów na 100 g, z czego około 10,4 g stanowią cukry.

Dlatego przy umiarkowanym low carb traktuję mus bardziej jako dodatek niż osobny deser w dużej miseczce. Łyżka lub dwie do skyru, jogurtu greckiego czy twarożku dają smak jabłka i cynamonu, ale nie oznaczają zjedzenia kilku jabłek naraz.

Bardzo lubię też połączenie gęstego jogurtu greckiego, niewielkiej ilości musu, kilku orzechów włoskich i cynamonu. Wtedy naprawdę niewiele musu wystarcza, żeby całość smakowała trochę jak jesienny deser.

Jak przechowywać?

Gotowego musu nie traktuję jak przetworu do przechowywania miesiącami w szafce. Przekładam go do czystego, zamykanego słoiczka, po ostudzeniu wkładam do lodówki i zużywam w ciągu kilku dni. Jeśli chcę zachować go na dłużej, wolę podzielić na małe porcje i zamrozić.

I chyba właśnie za to najbardziej lubię ten przepis. Nie próbuję udowadniać, że jabłko nagle stało się keto tylko dlatego, że nie wsypałam do garnka cukru. Po prostu robię z niego coś dobrego, pilnuję porcji i mieszczę ją w swoim sposobie jedzenia.

A jabłka z miski wreszcie przestały na mnie patrzeć. Został tylko słoiczek musu w lodówce, który – mam takie podejrzenie – będzie miał znacznie krótsze życie, niż początkowo planowałam. 

Koktajl malinowo-kokosowy low carb

Maliny kupiłam z bardzo rozsądnym planem. Część miała trafić do jogurtu, część zostawić sobie na później, a resztę zamrozić. Plan był naprawdę dobry, tylko jak zwykle nie uwzględniał tego, że za każdym razem, kiedy przechodzę obok lodówki, kilka malin gdzieś znika. Nie mam pojęcia, jak to się dzieje. 

Kiedy zostało ich już zdecydowanie mniej, uznałam, że pora uratować resztę przed dalszym tajemniczym znikaniem. Wyjęłam mleczko kokosowe, blender i po kilku minutach miałam koktajl, który wyszedł tak dobry, że pierwotny plan z jogurtem przestał mnie szczególnie interesować.

Maliny i kokos bardzo się lubią. Maliny dają kwaskowatość i świeżość, kokos łagodzi smak i sprawia, że koktajl robi się przyjemnie kremowy. Nie chciałam jednak robić z niego bomby kalorycznej złożonej głównie z puszki mleczka kokosowego, dlatego połączyłam je ze skyrem. Dzięki temu koktajl jest bardziej sycący, ma sporo białka, a nadal wyraźnie czuć w nim kokos.

Składniki na 1 dużą lub 2 mniejsze porcje:

  • 150 g malin świeżych lub mrożonych,
  • 150 g skyru naturalnego,
  • 100 ml niesłodzonego mleczka kokosowego z puszki,
  • 50–100 ml zimnej wody – zależnie od tego, jak gęsty koktajl lubimy,
  • 1 łyżeczka soku z limonki lub cytryny,
  • erytrytol lub inny słodzik do smaku,
  • ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego,
  • kilka kostek lodu – jeśli używam świeżych malin.

Warto zerknąć na skład mleczka kokosowego. Wybieram takie bez dodatku cukru i możliwie krótkim składem. Nie używam tutaj napoju kokosowego z kartonu, bo jest znacznie rzadszy i koktajl nie będzie miał tej samej kremowej konsystencji.

Robimy koktajl

Tutaj właściwie trudno mówić o wielkim gotowaniu. Do blendera wkładam maliny, skyr i mleczko kokosowe. Dodaję sok z limonki, wanilię oraz trochę słodzika.

Blenduję wszystko dokładnie na gładką masę. Dopiero wtedy sprawdzam konsystencję i stopniowo dolewam wodę. Wolę zrobić to właśnie w tej kolejności – wodę zawsze można dodać, natomiast wyławianie jej później z koktajlu jest już zdecydowanie trudniejsze. 

Próbuję i ewentualnie dosładzam. Maliny potrafią być bardzo różne – jednego dnia są niemal deserowe, innym razem kwaśne tak, jakby miały do człowieka jakiś osobisty żal.

Jeśli używam świeżych owoców, dorzucam kilka kostek lodu i jeszcze raz krótko blenduję. Przy mrożonych malinach zwykle nie jest to potrzebne. Co więcej, mrożone owoce dają bardzo gęsty koktajl, prawie jak deser.

A jeśli pestki malin przeszkadzają?

Mnie zupełnie nie przeszkadzają, ale wiem, że nie każdy je lubi. Wtedy po zblendowaniu można przetrzeć koktajl przez drobne sitko. Będzie gładszy, choć przy okazji pozbędziemy się części błonnika, dlatego robię to tylko wtedy, kiedy naprawdę zależy mi na aksamitnej konsystencji.

Można również dodać łyżkę nasion chia i odstawić koktajl na kilka minut. Trzeba jednak pamiętać, że chia bardzo szybko go zagęści, więc wtedy przyda się trochę więcej wody.

Nie dodaję natomiast banana „dla kremowości”. Nie dlatego, że banan zrobił mi coś złego, tylko dlatego, że przy low carb zupełnie go tutaj nie potrzebuję. Skyr i tłuste mleczko kokosowe załatwiają sprawę bardzo dobrze, a smak pozostaje malinowo-kokosowy.

Gotowy koktajl najlepiej wypić od razu. Jest chłodny, gęsty, lekko kwaśny, kremowy i wystarczająco sycący, żeby potraktować go jako drugie śniadanie albo szybki deser.

A maliny? Ostatecznie żadnej nie udało mi się zamrozić. Za to teraz mam doskonałe wytłumaczenie – przecież musiałam sprawdzić przepis. I tego zamierzam się trzymać. 

Lody kawowe low carb

Kawa stygnie mi zdecydowanie częściej, niż jestem skłonna przyznać. Robię ją z najlepszymi zamiarami, stawiam obok siebie i wtedy zawsze znajduje się coś, co potrwa „tylko minutkę”. Potem jeszcze jedna rzecz, jeszcze jedna i w końcu wracam do filiżanki, w której zamiast przyjemnie gorącej kawy czeka coś o temperaturze mocno dyskusyjnej. Tym razem postanowiłam więc nie walczyć z losem. Skoro kawa tak bardzo chce być zimna, zrobię z niej lody.

Tylko że z domowymi lodami low carb mam jeden warunek: mają być lodami. Nie zamarzniętą śmietaną, którą po nocy można wykorzystać do wbijania gwoździ, i nie bryłą pełną kryształków lodu. Dlatego zanim zabrałam się za swoją wersję, sprawdziłam proporcje i technikę stosowane w sprawdzonych przepisach na lody kawowe. Klasyczne receptury opierają kremowość na odpowiedniej ilości tłustej śmietanki i ograniczeniu nadmiaru wody; King Arthur w swoich lodach kawowych również wykorzystuje pełnotłustą śmietankę oraz espresso w proszku. W wersji bez maszynki zaleca natomiast regularne mieszanie masy podczas zamrażania.

W wersji low carb pojawia się jeszcze jeden problem: zwykły cukier nie tylko słodzi, ale również pomaga lodom pozostać miękkimi. Dlatego nie polecam tutaj samego erytrytolu. Po zamrożeniu potrafi się krystalizować i daje charakterystyczne chłodne odczucie w ustach. Do tych lodów najlepszy będzie słodzik na bazie allulozy, jeśli mamy do niej dostęp, albo mieszanka erytrytolu ze stewią czy monk fruit. Przy samym erytrytolu lody też wyjdą, ale po dłuższym mrożeniu będą wyraźnie twardsze.

Składniki na około 6 porcji:

  • 400 ml dobrze schłodzonej śmietanki 30% lub 36%,
  • 100 g mascarpone,
  • 2 łyżki kawy instant lub espresso w proszku,
  • 2 łyżki gorącej wody,
  • słodzik odpowiadający około 60–70 g cukru – ilość dopasowuję do rodzaju używanego słodzika,
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,
  • szczypta soli.

Celowo używam kawy rozpuszczonej w bardzo małej ilości wody, zamiast wlewać do masy filiżankę espresso. Smak kawy pozostaje intensywny, a do lodów nie dokładamy niepotrzebnie dużej ilości wody. Espresso w proszku jest zresztą stosowane właśnie w sprawdzonych recepturach na lody kawowe.

Robimy lody

Kawę rozpuszczam w dwóch łyżkach gorącej wody i zostawiam do całkowitego ostygnięcia. Mascarpone krótko mieszam ze słodzikiem, wanilią, solą i zimną kawą. Nie miksuję go długo – wystarczy, żeby powstała jednolita masa. W osobnej misce ubijam bardzo zimną śmietankę. Nie robię z niej jednak masła – ma być puszysta i trzymać kształt, ale nadal pozostać kremowa. Tłusta śmietanka jest tutaj naprawdę ważna; odpowiednia zawartość tłuszczu pomaga uzyskać znacznie przyjemniejszą strukturę lodów.

Do mascarpone dodaję najpierw kilka łyżek ubitej śmietanki i mieszam, żeby rozluźnić masę. Następnie dokładam pozostałą śmietankę i delikatnie łączę wszystko szpatułką.

I na tym etapie próbuję. Masa przed zamrożeniem powinna wydawać się odrobinę słodsza i bardziej kawowa, niż chciałabym zjeść od razu. Po zamrożeniu zarówno słodycz, jak i aromat będą odbierane nieco łagodniej.

Przekładam masę do płaskiego pojemnika, przykrywam i wkładam do zamrażarki.

Bez maszynki też się da

Po około 45–60 minutach wyjmuję pojemnik i dokładnie mieszam lody łyżką lub trzepaczką, szczególnie przy brzegach. Powtarzam to jeszcze 2–3 razy mniej więcej co godzinę. To pomaga rozbić powstające kryształki lodu. Podobną metodę przy lodach przygotowywanych bez maszynki zaleca King Arthur.

Potem zostawiam lody do pełnego zamrożenia, najlepiej na kilka godzin.

Jeżeli mam maszynkę do lodów, sprawa jest jeszcze prostsza – schłodzoną masę przekładam do urządzenia i postępuję zgodnie z jego instrukcją.

I bardzo ważna rzecz przed podaniem

Domowe lody low carb po całej nocy w zamrażarce nie będą miały prosto z pojemnika konsystencji lodów z lodziarni. To normalne. Nawet tradycyjne domowe lody po dłuższym mrożeniu wymagają krótkiego zmiękczenia; w sprawdzonym przepisie King Arthur zalecane jest po dłuższym przechowywaniu około 15–20 minut w temperaturze pokojowej.

Dlatego wyjmuję swoje mniej więcej 10–15 minut przed podaniem. Po chwili łyżka wchodzi w nie bez walki, a lody robią się kremowe i naprawdę przyjemne.

Można posypać je odrobiną gorzkiego kakao, startą czekoladą minimum 85% albo kilkoma posiekanymi orzechami. Ja najbardziej lubię je bez dodatków, bo smak kawy jest wystarczającym powodem, żeby zrobić kolejną porcję.

I chyba właśnie znalazłam rozwiązanie mojego odwiecznego problemu ze stygnącą kawą. Co prawda zamrażanie jej przez kilka godzin jest metodą dość radykalną, ale za to po raz pierwszy absolutnie nie przeszkadza mi, że jest zimna. 

Muffinki jajeczne z warzywami – low carb

Ostatnio rano mam wrażenie, że czas przyspiesza dokładnie wtedy, kiedy wchodzę do kuchni. Jeszcze chwilę wcześniej wszystko wydaje się pod kontrolą, a potem nagle trzeba się zbierać, kawa stygnie, a śniadanie zaczyna przegrywać z zegarkiem. I właśnie wtedy najbardziej doceniam rzeczy, które zrobiłam wcześniej. Oczywiście pod warunkiem, że dzień wcześniej rzeczywiście o tym pomyślałam, bo moja wieczorna wersja mnie nie zawsze wykazuje troskę o tę poranną. 

Tym razem wykazała. Zajrzałam do lodówki, wyjęłam jajka, kawałek papryki, cukinię, kilka pomidorków i ser. Wszystkiego po trochu, czyli dokładnie tyle, żeby niczego nie wyrzucić, a jednocześnie nie rozpoczynać przedsięwzięcia pod tytułem „wielkie gotowanie na cały tydzień”. Powstały muffinki jajeczne z warzywami – małe, konkretne i bardzo wygodne.

Najbardziej lubię w nich to, że można upiec je wcześniej. Rano wystarczy wyjąć dwie z lodówki, krótko podgrzać i śniadanie jest gotowe. Dobrze sprawdzają się też zabrane do pracy, bo smakują również na zimno. I nie, nie będę przekonywać, że są muffinkami w takim sensie jak te pachnące wanilią i czekoladą. Łączy je głównie foremka. Tutaj mamy po prostu porządną porcję jajek i warzyw w bardzo praktycznej formie.

Składniki na 10–12 sztuk:
  • 8 jajek,
  • ½ czerwonej papryki,
  • około 100 g cukinii,
  • 6 pomidorków koktajlowych,
  • garść świeżego szpinaku,
  • 80 g startego sera – u mnie cheddar lub gouda,
  • 2 łyżki śmietanki 30%,
  • 1 łyżka oliwy lub masła do podsmażenia warzyw,
  • ½ łyżeczki czosnku granulowanego,
  • ½ łyżeczki oregano,
  • sól,
  • świeżo mielony pieprz,
  • trochę szczypiorku.

I tutaj jest drobiazg, który naprawdę robi różnicę. Nie wrzucam do jajek dużej ilości surowej cukinii i innych wodnistych warzyw. Podczas pieczenia oddają wodę i zamiast przyjemnych muffinek można dostać mokrą jajeczną niespodziankę.

Paprykę i cukinię kroję w niewielką kostkę. Na patelni rozgrzewam oliwę, wrzucam warzywa i podsmażam przez około 4–5 minut, żeby lekko zmiękły i pozbyły się części wilgoci. Pod koniec dodaję posiekany szpinak tylko na tyle, żeby zwiędł. Odstawiam wszystko na chwilę do przestygnięcia. Pomidorki kroję na małe kawałki i usuwam nadmiar soku oraz pestek.

Jajka roztrzepuję ze śmietanką. Dodaję czosnek, oregano, pieprz i niewielką ilość soli – pamiętam, że ser też będzie słony. Dorzucam podsmażone warzywa, pomidorki, większość startego sera i posiekany szczypiorek.

Formę na muffinki dokładnie natłuszczam. Jeszcze wygodniejsze są silikonowe foremki, bo jajka lubią przywiązać się do metalowej formy zdecydowanie mocniej, niż bym sobie tego życzyła.

Masę rozdzielam pomiędzy zagłębienia, napełniając je mniej więcej do ¾ wysokości. Na wierzchu rozsypuję resztę sera.

Piekę w piekarniku nagrzanym do 180°C, góra-dół, przez około 18–22 minuty. Muffinki są gotowe, kiedy masa jajeczna jest ścięta również w środku. Nie trzymam ich w piekarniku dłużej „dla pewności”, bo właśnie wtedy jajka robią się suche i gumowate.

Po wyjęciu zostawiam je w formie przez kilka minut. Trochę opadną i jest to zupełnie normalne – nie mają mąki ani proszku do pieczenia, więc nie oczekuję od nich ambicji typowych dla babeczek.

A co można do nich wrzucić?

Właściwie to, co akurat trzeba wykorzystać. Pieczarki, brokuł, cebulę, trochę fety, mozzarellę, szynkę czy kawałki upieczonego wcześniej kurczaka. Przy warzywach trzymam się tylko jednej zasady: jeśli zawierają dużo wody, najpierw je podsmażam albo dobrze osuszam.

Gotowe muffinki po ostudzeniu wkładam do szczelnego pojemnika i przechowuję w lodówce. Dzięki temu mam pod ręką śniadanie albo coś do zabrania ze sobą, kiedy wiem, że nie będzie czasu na spokojne gotowanie.

Najbardziej podoba mi się jednak moment, kiedy rano otwieram lodówkę i widzę gotowe muffinki. Przez kilka sekund mogę wtedy patrzeć na siebie jak na kobietę niezwykle przewidującą i świetnie zorganizowaną. Nie ma żadnego powodu, żeby przypominać sobie, że poprzedniego wieczoru zrobiłam je głównie dlatego, że cukinia zaczynała już wyglądać podejrzanie. 

Szaszłyki z kurczakiem i warzywami z sosem czosnkowym

 Wyjęłam pierś z kurczaka z lodówki z bardzo rozsądnym zamiarem przygotowania obiadu również na następny dzień. Lubię takie momenty, kiedy wydaje mi się, że jestem świetnie zorganizowana: zrobię więcej, jutro tylko odgrzeję i po sprawie. Pokroiłam mięso, potem paprykę, cukinię i cebulę, a kiedy wszystko zaczęłam nabijać na patyczki, już wiedziałam, że z tym „na jutro” może być różnie. Szaszłyki mają bowiem dziwną właściwość – kilka kawałków kurczaka i warzyw na talerzu wygląda jak zwyczajny obiad, ale kiedy dokładnie te same składniki nabiję na patyczek, nagle robi się coś, co człowiek podjada jeszcze zanim zdąży usiąść przy stole.

Do tego sos czosnkowy, który zrobiłam od razu, żeby zdążył chwilę postać w lodówce. I tu pojawił się kolejny problem, bo trzeba było przecież sprawdzić, czy jest wystarczająco czosnkowy. Potem sprawdzić drugi raz, czy po pięciu minutach nadal jest dobry. Organizacja posiłków na dwa dni zaczęła się więc niebezpiecznie chwiać, zanim pierwsza partia szaszłyków była gotowa.

Lubię ten przepis, bo jest prosty, low carb i nie wymaga żadnych specjalnych produktów. Kurczak, kilka warzyw, przyprawy i porządny domowy sos. Można zrobić je na grillu, patelni grillowej albo w piekarniku, więc brak ogrodu i grilla absolutnie nie jest tutaj przeszkodą.

Składniki na około 8 szaszłyków:

  • 600 g filetu z piersi kurczaka,
  • 1 nieduża cukinia,
  • 1 czerwona papryka,
  • 1 żółta papryka,
  • 1 czerwona cebula,
  • 2 łyżki oliwy,
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki,
  • ½ łyżeczki wędzonej papryki,
  • ½ łyżeczki suszonego oregano,
  • ½ łyżeczki czosnku granulowanego,
  • sól i świeżo mielony pieprz.

Kurczaka kroję w dość równe kawałki. Dodaję oliwę, obie papryki, oregano, czosnek, sól i pieprz, dokładnie mieszam i wkładam do lodówki przynajmniej na 30 minut. Jeśli mam więcej czasu, zostawiam go na kilka godzin – surowego kurczaka zawsze marynuję w lodówce, nie na kuchennym blacie.

Paprykę i cebulę kroję na kawałki zbliżone wielkością do kurczaka, cukinię w nieco grubsze półplasterki. Na patyczki nabijam naprzemiennie mięso i warzywa. Nie ściskam wszystkiego zbyt mocno, żeby gorące powietrze mogło swobodnie docierać pomiędzy kawałki.

W piekarniku

Szaszłyki układam na blasze wyłożonej papierem i piekę w 200°C przez około 20–25 minut, obracając je mniej więcej w połowie pieczenia. Pod koniec można na chwilę włączyć funkcję grilla, żeby dostały trochę koloru.

Na grillu lub patelni grillowej

Grilluję je na dobrze rozgrzanej powierzchni przez około 12–15 minut, regularnie obracając.

Czas traktuję jednak orientacyjnie, bo dużo zależy od wielkości kawałków mięsa i konkretnego sprzętu. Kurczak powinien osiągnąć w środku co najmniej 74°C – właśnie taką bezpieczną temperaturę dla drobiu zaleca USDA. Sam kolor mięsa nie jest pewnym sposobem sprawdzenia, czy jest już odpowiednio upieczone.

Sos czosnkowy

Składniki:

  • 150 g gęstego jogurtu greckiego,
  • 2 łyżki majonezu,
  • 2 ząbki czosnku,
  • 1 łyżeczka soku z cytryny,
  • 1 łyżka posiekanego szczypiorku albo koperku,
  • sól i pieprz.

Jogurt mieszam z majonezem, przeciśniętym przez praskę czosnkiem i sokiem z cytryny. Dodaję zieleninę, trochę soli i pieprzu, a potem wkładam sos na minimum 15–20 minut do lodówki. Od razu jest dobry, ale po krótkim odpoczynku czosnek zdecydowanie lepiej pokazuje, po co tutaj przyszedł.

Gotowe szaszłyki podaję z dużą porcją sosu. Jeśli potrzebuję czegoś więcej, dokładam prostą sałatę z ogórkiem albo pomidorami i mam cały obiad bez dokładania zbędnych węglowodanów. Można też zmieniać warzywa zależnie od zawartości lodówki – dobrze sprawdzą się pieczarki czy kawałki bakłażana. Nie przesadzałabym tylko z bardzo drobnymi kawałkami, bo zanim kurczak będzie gotowy, z warzyw może zostać wspomnienie.

A mój ambitny plan przygotowania obiadu na dwa dni? Powiedzmy, że trzy szaszłyki rzeczywiście zostały. Tyle że później przechodziłam przez kuchnię, zobaczyłam je w lodówce i uznałam, że jeden samotny patyczek nie może przecież robić żadnej różnicy. Ostatecznie następnego dnia zostało mi przede wszystkim bardzo czyste pudełko. 😄

Krakersy z parmezanu. Przekąska z kategorii „dlaczego ja wcześniej tego nie robiłam?”

Miałam ochotę na coś do chrupania. Nie na obiad, nie na deser i nawet nie na nic szczególnie konkretnego. Po prostu na coś, co można postawić obok siebie i sięgać po kolejną sztukę podczas czytania albo oglądania filmu. Na low carb właśnie takie zachcianki bywają najbardziej podstępne, bo człowiek zaczyna zaglądać do szafek z nadzieją, że może przez noc pojawiła się tam paczka czegoś chrupiącego, co ma trzy węglowodany i smakuje jak najlepsze chipsy. U mnie, niestety, szafki nadal nie mają takich zdolności.

Za to w lodówce był parmezan. Wyjęłam go, spojrzałam na tarkę i przypomniałam sobie o najprostszych chyba krakersach świata. Jedynym obowiązkowym składnikiem jest właściwie ser, więc trudno znaleźć wymówkę, żeby ich nie zrobić. Jeszcze zabawniejsze jest to, że przygotowanie trwa krócej niż moje zastanawianie się, na co właściwie mam ochotę.

Tym razem nie eksperymentowałam z temperaturą ani proporcjami. Sprawdziłam kilka wiarygodnych receptur na klasyczne parmesan crisps i zasada rzeczywiście jest bardzo prosta: świeżo starty parmezan układa się cienkimi porcjami na papierze lub macie silikonowej i piecze tylko do zezłocenia. Food Network w przepisie Giady De Laurentiis podaje 200°C i około 3–5 minut, a Ina Garten przygotowuje podobne krakersy w niższej temperaturze przez około 6 minut.

Składniki na około 10–12 sztuk:

  • 100 g Parmigiano Reggiano lub dobrej jakości parmezanu w kawałku,
  • świeżo mielony pieprz,
  • opcjonalnie odrobina suszonego oregano, wędzonej papryki albo chili.

I tutaj bardzo ważna rzecz – kupuję parmezan w kawałku i ścieram go sama. Gotowy drobno tarty ser potrafi zachowywać się podczas pieczenia inaczej, dlatego przy tak prostym przepisie wolę nie kombinować.

Piekarnik nagrzewam do 200°C, góra-dół. Blachę wykładam papierem do pieczenia albo matą silikonową. Parmezan ścieram drobno i odmierzam mniej więcej po jednej czubatej łyżce. Układam niewielkie kopczyki w odstępach, a następnie delikatnie rozpłaszczam je na krążki o średnicy około 5–6 cm. Nie robię ich zbyt grubych, bo właśnie cienka warstwa sera daje później tę przyjemną chrupkość. To odpowiada sprawdzonej metodzie, w której porcje startego parmezanu piecze się cienko rozłożone do momentu, aż ser się stopi i zezłoci.

Posypuję pieprzem i – zależnie od humoru – odrobiną oregano albo chili. Soli nie dodaję, bo parmezan naprawdę jej nie potrzebuje.

Wstawiam blachę do nagrzanego piekarnika na 3–5 minut i nie odchodzę wtedy daleko. Najpierw ser zaczyna się topić i bąbelkować, a później brzegi robią się złote. To właśnie moment, kiedy trzeba go wyjąć. Minuta nieuwagi potrafi zmienić „pięknie rumiane” w „ciekawe, czy czujnik dymu działa”.

Po wyjęciu zostawiam krakersy na blasze do całkowitego ostygnięcia. I to jest część przepisu, której nie warto pomijać. Gorące są jeszcze miękkie, natomiast podczas stygnięcia twardnieją i stają się chrupiące.

Gotowe.

Bez mąki, bez jajek, bez zagniatania, wałkowania i wycinania równych kształtów. Zresztą moje nie muszą być idealnie okrągłe. Jeden wychodzi większy, drugi ma krzywy brzeg, trzeci wygląda trochę jak mapa nieznanego kontynentu i właśnie tak jest dobrze.

Można chrupać je same, podać do dipu, położyć obok sałatki albo potraktować jako dodatek do kremowej zupy. Ja najbardziej lubię wersję z pieprzem i odrobiną chili, bo parmezan jest już na tyle wyrazisty, że naprawdę nie potrzebuje wielu dodatków.

Największym problemem tego przepisu nie jest więc przygotowanie. Jest nim przekonanie samej siebie, że skoro zrobiłam dziesięć krakersów, nie oznacza to automatycznie, że dziesięć stanowi jedną porcję. Nadal pracuję nad tym zagadnieniem. 😄

Jajka zapiekane z fetą - – wersja low carb

Dzisiaj lodówka wygrała ze mną bez większej walki. Otworzyłam ją z zamiarem przygotowania śniadania i przez chwilę patrzyłam na zawartość, jakby za moment miała sama podsunąć mi gotowy pomysł. Były jajka, napoczęta feta, kilka pomidorków i kawałek szczypiorku, który zdecydowanie domagał się wykorzystania. Mogłam oczywiście zrobić jajecznicę, ale ile można. Niedziela zobowiązuje trochę bardziej, a skoro z racji dnia odpada u mnie bieganie ze ścierką i urządzanie wielkich porządków, mogłam poświęcić kilka minut na śniadanie, które wygląda, jakbym miała wobec niego znacznie poważniejsze plany. Najlepsze jest to, że większość pracy i tak wykonuje piekarnik, więc ja w tym czasie spokojnie zajęłam się kawą. Taki podział obowiązków bardzo mi odpowiada. 😄

Jajka zapiekane z fetą są dokładnie takim jedzeniem, jakie najbardziej lubię na low carb. Zwyczajne składniki, żadnych wymyślnych zamienników, przygotowanie zajmuje chwilę, a z piekarnika wyjmuję coś naprawdę dobrego. Feta robi się miękka i kremowa, pomidorki puszczają trochę soku, a jajko łączy wszystko w całość. Do tego świeżo mielony pieprz, zioła i właściwie niczego więcej mi nie potrzeba.

Składniki na 2 porcje:

  • 4 jajka,
  • 100 g sera feta,
  • 8–10 pomidorków koktajlowych,
  • 2 łyżki śmietanki 30%,
  • 1 łyżeczka oliwy,
  • garść świeżego szpinaku – opcjonalnie,
  • pół łyżeczki oregano,
  • świeżo mielony pieprz,
  • odrobina chili lub płatków chili,
  • szczypiorek albo natka pietruszki do podania.

Niewielkie naczynie do zapiekania smaruję oliwą. Na dnie układam przekrojone pomidorki, dodaję szpinak i pokruszoną fetę, zostawiając między składnikami trochę miejsca na jajka. Wbijam je ostrożnie, polewam całość śmietanką, doprawiam oregano, pieprzem i odrobiną chili. Soli właściwie nie dodaję, bo feta sama wnosi jej wystarczająco dużo.

Naczynie wstawiam do piekarnika nagrzanego do 190°C i zapiekam około 12–15 minut. Tutaj warto pilnować końcówki, bo wszystko zależy od tego, jakie jajka lubimy. Ja chcę ścięte białko, ale żółtko nadal miękkie i kremowe, dlatego wolę wyjąć naczynie minutę za wcześnie niż minutę za późno. Po upieczeniu posypuję wszystko szczypiorkiem i od razu stawiam na stole.

Można oczywiście potraktować ten przepis jako punkt wyjścia do czyszczenia lodówki. Kilka pieczarek, kawałek cukinii, trochę papryki czy kilka oliwek spokojnie może dołączyć do towarzystwa. Tylko nie przesadzałabym z ilością dodatków, bo w pewnym momencie jajka z fetą mogą zamienić się w zapiekankę pod tytułem „wszystko, co trzeba było zjeść przed poniedziałkiem”. Chociaż uczciwie mówiąc, takie dania też potrafią być całkiem dobre.

Moje dzisiejsze śniadanie skończyło się więc znacznie lepiej, niż zapowiadało pierwsze bezradne zaglądanie do lodówki. Było ciepło, kremowo, konkretnie i niskowęglowodanowo, a do tego zabrudziłam właściwie jedno naczynie. W niedzielę uważam to za dodatkowy atut, bo piekarnik może sobie pracować, feta może się zapiekać, a ja zdecydowanie wolę siedzieć przy kawie, niż stać przy zlewie. 😄

Etykiety

akcja błyskawiczny piątek Alkohole ananas babeczki Babka Babka gotowana baleron banan barszcz batoniki bazylia bez pieczenia beza bezy biały barszcz bigos bigos ze słodkiej kapusty biszkopt biszkopty bita śmietana blok boczek botwinka Boże Narodzenie brokuły brzoskwinie budyniowy krem budyń bułki buraki bzu cannelloni cappuccino cebula chilli chipsy chleb Chłodniki chrzan Ciasteczka Ciasto ciasto francuskie ciasto naleśnikowe cukinia curry cynamon cytryna czarna porzeczka czarny bez czekolada czosnek danie obiadowe deser Dietetycznie do kawy do mięsa domowa przyprawa piernikowa domowa szynka domowa wędlina domowe musli domowe pieczywo domowej roboty Domowy ketchup domowy kisiel drożdże drożdżówka duszone dynia dżem fasola feta FIT Flaki granat granola gruszki grzyby suszone imbir jabłka Jajka jarmuż jednogarnkowe jogurt kajmak kajzerki kakao kakaowe kalafior kapary kapusta Kapusta modra kardamon karkówka karp kasza jaglana kawa kefir Keto kiełbasa ze słoika Kiszonki kiwi kluseczki kokos koktajl koktajlowe konfitura koperek kremówka Kruche kruszonka Kurczak kuskus kwiat czarnego bzu legumina lody łosoś Majonez Makaron maliny marchew marmolada Marynata masa serowa mascarpone masło orzechowe maślanka Mazurek mąka kukurydziana mąka orkiszowa mielone Mięsne mięta migdały miód młoda kapusta mogdały morele mozzarella Mrożonki Muffinki na grilla na kanapkę na kruchym spodzie Na słodko Na śniadanie na zakwasie na zimno na żeberkach naleśniki Nalewki Napoje nasiona chia nutella Obiad ogórki omlet orzechy otręby pszenne owsiane pancakes papryczka parmezan pasta jajeczna pasztet pączki pestki dyni pęczak pieczarki pieczone jabłko pieczone ziemniaki pieczywo pierniczki Piernik Pierogi pierś z indyka pierś z kurczaka pietruszka Pizza Placek Placki placuszki pomarańcze pomidorówka por porzeczki potrawy wigilijne przekąska Przepisy kulinarne Przetwory rabarbar rodzynki rogaliki Ryby ryż salami Sałatki schab seler ser serek sernik sezam skórka pomarańczowa skrzydełka Smalec soczewica solone orzeszki sorbet sos Sosy Surówka suszone pomidory suszony chrzan Sylwester syrop szaszłyki szparagi szpinak śledzie śliwki śliwki kalifornijskie Śniadanie/kolacja Świąteczne przygotowania z Sunflower Tarty Torty truskawki tuńczyk twaróg udka w kokilkach w occie w oleju Warzywa wątróbka Wielkanoc wino wiśnie Wuzetka z bakaliami z białek z lawendą z makaronem z makiem Z mąki Z olejem z owocami z piekarnika z szynkowara z warzywami zakwas zalewa octowa zapiekanka zielony szejk ziemniaki ziołowe Zrazy zupa-krem Zupy żeberka żurawina żurek