Konfitura ze śliwek z cynamonem i chia bez dodatku cukru – umiarkowany low carb
Ze śliwkami mam ten sam problem co z wieloma sezonowymi owocami. Kupuję rozsądną ilość, a potem przy następnym stoisku dochodzę do wniosku, że tamte wyglądały dobrze, ale te wyglądają jeszcze lepiej. I w ten sposób pewnego dnia orientuję się, że na kuchennym blacie leży zdecydowanie więcej śliwek, niż jestem w stanie zjeść, zanim zaczną domagać się natychmiastowego zainteresowania.
Mogłam oczywiście zrobić z nimi coś bardzo rozsądnego. Tyle że na widok śliwek od razu przypomniały mi się powidła. Takie długo smażone, ciemne, gęste i słodkie. Tylko że tym razem nie chciałam ani dosypywać cukru, ani spędzać pół dnia przy garnku. Zrobiłam więc małą porcję konfitury ze śliwek, a do zagęszczenia wykorzystałam chia. Wyszła na tyle dobrze, że następnego dnia zaczęłam się zastanawiać, dlaczego zrobiłam tylko jeden słoiczek.
Od razu jednak ustalmy jedną rzecz. To nie jest przepis keto. Śliwki zawierają naturalnie występujące cukry i chia tego nie zmieni. Konfiturę traktuję jako propozycję dla osób na umiarkowanym low carb i jem ją jako dodatek – łyżeczkę czy dwie do jogurtu, twarożku albo deseru, a nie pół słoika przy jednym posiedzeniu. „Bez dodatku cukru” oznacza tutaj dokładnie to, co powinno oznaczać: nie dokładam cukru, ale nie udaję, że w owocach go nie ma.
Składniki na jeden nieduży słoiczek:
- 500 g dojrzałych śliwek, ważonych przed usunięciem pestek,
- 1 łyżka soku z cytryny,
- 2 łyżki wody,
- ½ łyżeczki cynamonu,
- 1½ łyżki nasion chia,
- erytrytol, alluloza lub inny słodzik do smaku – opcjonalnie,
- ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego – opcjonalnie.
Najlepiej wybieram śliwki dojrzałe, miękkie i naprawdę smaczne. Przy konfiturze bez dodatku cukru owoc nie ma się za czym schować. Kwaśne, niedojrzałe śliwki nie zamienią się nagle w cudowną konfiturę tylko dlatego, że potrzymamy je chwilę w garnku.
Śliwki myję, przekrawam, usuwam pestki i kroję na mniejsze kawałki. Przekładam do niedużego garnka z grubszym dnem, dodaję wodę oraz sok z cytryny.
Podgrzewam na małym lub średnim ogniu. Po kilku minutach śliwki zaczynają puszczać sporo własnego soku, dlatego nie dolewam więcej wody. Gotuję je bez przykrycia około 15–20 minut, mieszając od czasu do czasu, aż zmiękną i częściowo się rozpadną.
Teraz rozgniatam je tłuczkiem albo widelcem. Nie miksuję wszystkiego na idealnie gładką masę, bo w konfiturze lubię znaleźć kawałek śliwki. Jeśli ktoś woli konsystencję musu, oczywiście może użyć blendera. Dodaję cynamon i ewentualnie wanilię. Dopiero teraz próbuję.
I właśnie dlatego słodzika nie wpisuję jako obowiązkowej konkretnej ilości. Jedne śliwki po podgrzaniu są wystarczająco słodkie, inne potrzebują niewielkiej pomocy. Jeśli trzeba, dodaję trochę słodzika, mieszam i próbuję ponownie. Nie przesadzam – chcę nadal czuć śliwki, a nie wyłącznie słodycz. Zdejmuję garnek z ognia i wsypuję 1½ łyżki chia. Dokładnie mieszam i zostawiam na około 10 minut.
W tym momencie konfitura może nadal wydawać się trochę za rzadka i właśnie tutaj łatwo popełnić błąd, dosypując kolejne chia. Nie robię tego od razu. Nasiona potrzebują czasu, a po całkowitym ostygnięciu masa zgęstnieje jeszcze bardziej. Dopiero jeśli po 20–30 minutach nadal jest zdecydowanie zbyt płynna, dodaję dodatkową łyżeczkę chia. Dzięki temu zamiast śliwkowego betonu mam konfiturę, którą rzeczywiście można nabrać łyżeczką.
Najprościej do gęstego jogurtu greckiego albo skyru. Bardzo dobrze smakuje również z twarożkiem, serniczkiem w pucharku czy naleśnikiem przygotowanym w wersji low carb. Śliwka, cynamon i orzechy włoskie też bardzo się lubią, więc czasami wystarcza mi jogurt, łyżka konfitury i kilka posiekanych orzechów.
Nie gotuję jej przez godzinę, żeby zrobić z niej klasyczne powidła. Chia ma tutaj konkretne zadanie – pozwala uzyskać odpowiednią konsystencję bez dużej ilości cukru i długiego odparowywania owoców.
Ta wersja nie jest tradycyjnym przetworem przeznaczonym do przechowywania miesiącami w szafce. Brak dużej ilości cukru i krótka obróbka oznaczają, że traktuję ją jak świeży produkt.
Gotową konfiturę przekładam do czystego słoiczka, studzę, zamykam i przechowuję w lodówce. Robię niewielką porcję i zużywam ją w ciągu kilku dni. Jeśli chcę zachować ją na dłużej, dzielę na małe porcje i zamrażam. Nie eksperymentuję z przechowywaniem jej na półce tylko dlatego, że znajduje się w słoiku.
I chyba właśnie dlatego lubię takie małe domowe przetwory najbardziej. Nie muszę wyciągać dziesięciu słoików, pasteryzować połowy kuchni i zastanawiać się, gdzie to wszystko później postawię. Jeden garnek, jeden słoiczek i pół godziny później mam konfiturę pachnącą śliwkami i cynamonem.
Tylko z tym jednym słoiczkiem znowu nie do końca przemyślałam sprawę. Bo kiedy następnego ranka nałożyłam pierwszą łyżeczkę do jogurtu, stało się jasne, że zapasów na zimę z tego raczej nie będzie.