Kulki serowe z cheddarem, szczypiorkiem i orzechami. Małe przekąski, które znikają podejrzanie szybko
Z przekąskami mam pewien problem. Kiedy przygotuję jedną dużą porcję czegoś na talerzu, potrafię całkiem rozsądnie uznać, że właśnie tyle zamierzałam zjeść. Kiedy jednak to samo jedzenie występuje w postaci małych kulek, zasady najwyraźniej przestają obowiązywać. Jedna na spróbowanie, druga, żeby sprawdzić, czy pierwsza rzeczywiście była dobra, a przy trzeciej zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zrobiłam ich trochę za mało.
Tak właśnie było z kulkami serowymi. W lodówce miałam otwarte opakowanie serka śmietankowego i kawałek cheddara, który zdecydowanie należało już wykorzystać. Początkowo myślałam o jakiejś paście, ale potem przypomniałam sobie o orzechach włoskich. Dodałam szczypiorek, trochę przypraw i zamiast kolejnej miseczki pasty powstały małe serowe kulki. Niby te same składniki, a od razu wyglądają tak, jakbym planowała przyjęcie. Nie planowałam. To jednak nie przeszkodziło mi zrobić próby generalnej.
To bardzo prosty przepis low carb, ale jest kilka rzeczy, które decydują o tym, czy kulki będą zwarte i kremowe, czy zaczną rozpłaszczać się na talerzu. Najważniejszy jest odpowiedni serek – wybieram pełnotłusty, gęsty serek śmietankowy, a nie lekki twarożek czy rzadki serek kanapkowy. Cheddar ścieram drobno, a gotową masę przed formowaniem dobrze schładzam.
Składniki na około 16–18 niewielkich kulek:
- 200 g pełnotłustego serka śmietankowego typu cream cheese,
- 120 g cheddara w kawałku,
- 50 g orzechów włoskich,
- 2 łyżki drobno posiekanego szczypiorku,
- ½ łyżeczki musztardy Dijon,
- ¼ łyżeczki czosnku granulowanego,
- świeżo mielony pieprz,
- szczypta wędzonej papryki,
- ewentualnie odrobina soli.
Cheddar ścieram na drobnych oczkach tarki. Orzechy siekam nożem – dość drobno, ale nie zamieniam ich w mąkę. Chcę, żeby w gotowych kulkach było czuć ich chrupkość.
Serek przekładam do miski, dodaję cheddar, musztardę, czosnek, pieprz, wędzoną paprykę, połowę szczypiorku i mniej więcej jedną trzecią posiekanych orzechów. Wszystko dokładnie mieszam łyżką lub szpatułką. Dopiero wtedy próbuję i decyduję, czy potrzebna jest sól. Cheddar sam w sobie jest słony, dlatego najczęściej wystarcza naprawdę niewiele.
Miskę przykrywam i wkładam do lodówki na około 30–45 minut. Nie pomijam tego etapu. Schłodzony tłuszcz w serku i cheddarze sprawia, że masa staje się wyraźnie twardsza i dużo łatwiej ją formować.
Pozostałe orzechy mieszam z resztą szczypiorku i wysypuję na płaski talerz. Ze schłodzonej masy nabieram porcje mniej więcej wielkości dużego orzecha włoskiego i szybko formuję kulki. Nie trzymam ich długo w dłoniach, bo masa zacznie się ogrzewać.
Każdą kulkę obtaczam w mieszance orzechów i szczypiorku, lekko dociskając panierkę. Gotowe układam na talerzu i ponownie wkładam do lodówki przynajmniej na pół godziny.
I właściwie koniec. Bez pieczenia, smażenia i sterty naczyń.
Co zrobić, jeśli masa jest za miękka?Przede wszystkim nie dosypywałabym od razu kolejnych składników. Najpierw wkładam masę na dłużej do lodówki. Jeśli użyłam gęstego, pełnotłustego serka i zachowałam podane proporcje, po schłodzeniu powinna bez problemu dać się formować.
Jeżeli w kuchni jest bardzo ciepło, można formować po kilka kulek, a resztę masy trzymać w lodówce. To znacznie wygodniejsze niż próba toczenia coraz bardziej miękkiego sera między dłońmi.
Z czym je podać?Najprościej z pokrojonym w słupki ogórkiem, papryką albo selerem naciowym. Można też podać obok krakersów z parmezanu, które już pojawiły się na blogu. Na większym stole dobrze wyglądają razem z oliwkami, kawałkami sera i warzywami.
Kulki można przygotować wcześniej. Przechowuję je w szczelnym pojemniku w lodówce i najlepiej smakują mi zjedzone w ciągu 2–3 dni. Jeśli przygotowuję je dla gości, wyjmuję je około 10 minut przed podaniem – pozostają zwarte, ale serek robi się przyjemnie kremowy.
Orzechy można zamienić na pekany albo migdały. Z kolei jeśli chcę ostrzejszą wersję, dodaję do masy odrobinę chili. Nie przesadzam za to z dodatkami, bo cheddar i szczypiorek mają tutaj grać główną rolę. To jedna z tych przekąsek, którym naprawdę nie trzeba pomagać siedemnastoma przyprawami.
Pierwsza partia miała być próbą przed ewentualnym podaniem ich kiedyś gościom. Próba wypadła bardzo pomyślnie. Do tego stopnia, że później zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam zrobić drugiej partii, żeby sprawdzić, czy wynik da się powtórzyć. W końcu rzetelność w testowaniu przepisów jest bardzo ważna.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Napisz co o tym sądzisz :) Będę bardzo wdzięczna :)