Krakersy z parmezanu. Przekąska z kategorii „dlaczego ja wcześniej tego nie robiłam?”
Miałam ochotę na coś do chrupania. Nie na obiad, nie na deser i nawet nie na nic szczególnie konkretnego. Po prostu na coś, co można postawić obok siebie i sięgać po kolejną sztukę podczas czytania albo oglądania filmu. Na low carb właśnie takie zachcianki bywają najbardziej podstępne, bo człowiek zaczyna zaglądać do szafek z nadzieją, że może przez noc pojawiła się tam paczka czegoś chrupiącego, co ma trzy węglowodany i smakuje jak najlepsze chipsy. U mnie, niestety, szafki nadal nie mają takich zdolności.
Za to w lodówce był parmezan. Wyjęłam go, spojrzałam na tarkę i przypomniałam sobie o najprostszych chyba krakersach świata. Jedynym obowiązkowym składnikiem jest właściwie ser, więc trudno znaleźć wymówkę, żeby ich nie zrobić. Jeszcze zabawniejsze jest to, że przygotowanie trwa krócej niż moje zastanawianie się, na co właściwie mam ochotę.
Tym razem nie eksperymentowałam z temperaturą ani proporcjami. Sprawdziłam kilka wiarygodnych receptur na klasyczne parmesan crisps i zasada rzeczywiście jest bardzo prosta: świeżo starty parmezan układa się cienkimi porcjami na papierze lub macie silikonowej i piecze tylko do zezłocenia. Food Network w przepisie Giady De Laurentiis podaje 200°C i około 3–5 minut, a Ina Garten przygotowuje podobne krakersy w niższej temperaturze przez około 6 minut.
Składniki na około 10–12 sztuk:
- 100 g Parmigiano Reggiano lub dobrej jakości parmezanu w kawałku,
- świeżo mielony pieprz,
- opcjonalnie odrobina suszonego oregano, wędzonej papryki albo chili.
I tutaj bardzo ważna rzecz – kupuję parmezan w kawałku i ścieram go sama. Gotowy drobno tarty ser potrafi zachowywać się podczas pieczenia inaczej, dlatego przy tak prostym przepisie wolę nie kombinować.
Piekarnik nagrzewam do 200°C, góra-dół. Blachę wykładam papierem do pieczenia albo matą silikonową. Parmezan ścieram drobno i odmierzam mniej więcej po jednej czubatej łyżce. Układam niewielkie kopczyki w odstępach, a następnie delikatnie rozpłaszczam je na krążki o średnicy około 5–6 cm. Nie robię ich zbyt grubych, bo właśnie cienka warstwa sera daje później tę przyjemną chrupkość. To odpowiada sprawdzonej metodzie, w której porcje startego parmezanu piecze się cienko rozłożone do momentu, aż ser się stopi i zezłoci.
Posypuję pieprzem i – zależnie od humoru – odrobiną oregano albo chili. Soli nie dodaję, bo parmezan naprawdę jej nie potrzebuje.
Wstawiam blachę do nagrzanego piekarnika na 3–5 minut i nie odchodzę wtedy daleko. Najpierw ser zaczyna się topić i bąbelkować, a później brzegi robią się złote. To właśnie moment, kiedy trzeba go wyjąć. Minuta nieuwagi potrafi zmienić „pięknie rumiane” w „ciekawe, czy czujnik dymu działa”.
Po wyjęciu zostawiam krakersy na blasze do całkowitego ostygnięcia. I to jest część przepisu, której nie warto pomijać. Gorące są jeszcze miękkie, natomiast podczas stygnięcia twardnieją i stają się chrupiące.
Gotowe.
Bez mąki, bez jajek, bez zagniatania, wałkowania i wycinania równych kształtów. Zresztą moje nie muszą być idealnie okrągłe. Jeden wychodzi większy, drugi ma krzywy brzeg, trzeci wygląda trochę jak mapa nieznanego kontynentu i właśnie tak jest dobrze.
Można chrupać je same, podać do dipu, położyć obok sałatki albo potraktować jako dodatek do kremowej zupy. Ja najbardziej lubię wersję z pieprzem i odrobiną chili, bo parmezan jest już na tyle wyrazisty, że naprawdę nie potrzebuje wielu dodatków.
Największym problemem tego przepisu nie jest więc przygotowanie. Jest nim przekonanie samej siebie, że skoro zrobiłam dziesięć krakersów, nie oznacza to automatycznie, że dziesięć stanowi jedną porcję. Nadal pracuję nad tym zagadnieniem. 😄
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Napisz co o tym sądzisz :) Będę bardzo wdzięczna :)