Bulion kolagenowy, czyli troska gotowana na wolnym ogniu
Kolagenowy bulion to nie jest moda z Internetu. To powrót do kuchni, w której jedzenie miało sens, głębię i cierpliwość. Do gotowania, które nie krzyczy, nie błyszczy, tylko spokojnie pyrka sobie na kuchence, robiąc po cichu wielką robotę. Ten bulion nie udaje fit cudów. On po prostu odżywia. Skórę, stawy, jelita, odporność. I jeszcze przy okazji pachnie domem, takim prawdziwym, gdzie ktoś o kogoś dba.
Składniki:
-
1-1,5 kg kości wołowych lub drobiowych (szpikowe, kolagenowe)
-
2 marchewki
-
1 pietruszka
-
kawałek selera
-
1 cebula (można opalić na suchej patelni)
-
2-3 ząbki czosnku
-
2 liście laurowe
-
kilka ziaren ziela angielskiego
-
1 łyżka octu jabłkowego (ważne!)
-
sól do smaku
-
woda - tyle, żeby wszystko było przykryte
Kiedy gotuję kolagenowy bulion, zawsze mam wrażenie, że robię coś więcej niż zupę. To jest trochę jak zapas sił na później. Jakby w tym garnku odkładało się bezpieczeństwo na gorsze dni. Długie gotowanie wyciąga z kości to, co najcenniejsze, a z nas wyciąga pośpiech. Trudno się spieszyć przy czymś, co potrzebuje kilkunastu godzin i spokoju.
Najbardziej lubię ten moment, kiedy wystudzony bulion trafia do lodówki, a rano wita mnie w postaci galaretki. To znak, że wyszło. Że w środku jest to, o co chodziło. Wtedy podgrzewam kubek, siadam na chwilę i piję powoli. Bez telefonu, bez biegu. Taki zwykły rytuał, który mówi ciału: „jestem po twojej stronie”.
Kolagenowy bulion to nie jest kolejny zdrowotny trend do odhaczenia. To nawyk troski. Coś małego, powtarzalnego, co z czasem robi ogromną różnicę. Garnek, woda, kości i czas. Reszta dzieje się sama. A my, trochę niepostrzeżenie, zaczynamy czuć się bardziej „w sobie”. I to jest chyba najlepsza rekomendacja.

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Napisz co o tym sądzisz :) Będę bardzo wdzięczna :)